poniedziałek, 2 grudnia 2013

Misie, dietetyk i lepkie ręce

Zacznę misiowo.
U Eli Nogi na blogu drewnianymis.blogspot.com kończy się właśnie misiowy konkurs. Mam nadzieję, że się jeszcze załapię, bo i Andrzejek mój ma misia, którego kocha ponad wszystko. Ponieważ o Zdzisiu pisałam już w co najmniej dwóch postach, nie będę zanudzać po raz kolejny, a zainteresowanych tematem andrzejkowo-misiowym odsyłam TU i TU.
Dodam też, że Zdziś nie jest jedynym ukochanym misiem w naszym domu - bo oprócz synka, swojego kochanego misiaka ma również jego mama - to miś zwany Pandą, którego mama mamy (czyli Babcia Gosia) dostała, gdy spodziewała się dziecka. Podobno była to pierwsza i jedyna zabawka, do której tak naprawdę się przywiązałam - i to tak bardzo, że spałam z nim (a raczej na nim)... aż do ślubu, kiedy to Panda został zdetronizowany przez mojego zazdrosnego męża;P
Jest z nami jednak do dziś. Choć, patrząc na niego teraz, ciężko uwierzyć, że kiedyś był biało-czarny:)
Na zdjęciu powyżej Andrzejek wypłakuje się Zdzisiowi po zakrapianiu nosa. Poniżej maminy Panda i synusiowy Zdziś:



Miałam też dziś konsultacje z dietetyczką.

Czego się spodziewałam?
Bo ja wiem, może tego, że specjalistka pomoże mi wykombinować sensowny jadłospis bez wciskania na siłę surowych lub/i gotowanych owoców i warzyw, do których w obecnej ciąży pałam wyjątkową odrazą. Okazuje się, że według pani dietetyk się nie da. Mam jeść codziennie 400g owoców i 600g warzyw. Oprócz tego sztampowe zalecenia i sztampowe rozwiązania ciążowych "problemów" (imbir na wymioty i migdały na zgagę), które u mnie nie zadziałały. Wyszłam trochę zawiedziona. Pani niby wysłuchała, co mam do powiedzenia, ale jak zacięta płyta powtarzała formułki z kartki z zaleceniami. No cóż, muszę się pogodzić z tym, że źle się odżywiam. Daruj, Julian, ale wolałabym kolejną garść pigułek niż kilo zdrowych paskudztw dziennie - już i tak ledwo wmuszam w siebie szklankę "Kubusia".

Wyszedłszy od dietetyka, udałam się na przystanek. Po drodze wstąpiłam do sklepu papierniczo-zabawkowego, gdzie kupiłam mikołajkowy drobiazg dla Andrzejka i do lumpka, którego zawsze byłam ciekawa, a nigdy nie było okazji wstąpić. Trafiłam dwa piękne sweterki - jeden na co dzień -  granatowy, rozpinany z dyskretną falbanką wzdłuż rzędu guzików, a drugi elegancki, ażurowy, popielaty dyskretnie przetykany złotą nitką. Pomyślałam, że będzie jak znalazł na zbliżającą się rodzinną uroczystość.
Zakupiwszy oba cuda, wsiadłam do zatłoczonego tramwaju jadącego pod sam mój blok, dopomniałam się o miejsce dla mam z dziećmi, dojechałam do celu i ze sporym trudem, osłaniając swój brzuszek, przecisnęłam się do wyjścia na moim przystanku. Brak reklamówki ze sweterkami spostrzegłam już niestety po odjeździe tramwaju, ale moment później wsiadłam w następny jadący na tę samą pętlę znajdującą się 4 przystanki dalej - to niecałe 10 minut jazdy. Na miejscu złapałam jeszcze ten sam tramwaj, którym jechałam wcześniej, ale po moich sweterkach ani śladu - widać te 10 minut wystarczyło by znalazca uznał, że są za ładne, żeby odnosić je motorniczemu:( I choć finansowa strata niewielka, to wiary w ludzi jednak żal.

13 komentarzy:

  1. no nie żartuj, co za ludzie.. ehhh....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, życie. Po czterech literach dostaje dokładnie nie ten, kto powinien:(

      Usuń
  2. Ech, przykre to bardzo... Ludzie są jednak nieprzyzwoicie zachłanni.

    OdpowiedzUsuń
  3. Smutno, takie drobne igiełki zamiast podnieść na duchu to dołują.... dietetyk musi tak gadać, ale wiesz co - zdaj się na swój organizm. Nie zmuszaj się! Zwłaszcza, że surówki zimą to pomysł nie wg wszystkich najlepszy, bo wychładzają organizm. Może znajdziesz jakiś smak duszonych albo gotowanych w smacznej kompozycji, ale uważam tez, że może czasem lepiej łyknąć suplement i się nie gwałcić...Ja tak mam z rybami - nie lubię, co zrobić. Lubię słodycze - cóż poradzę ;-) Mi na mdłości pomagały żelki :-) łyk coca-coli też nie zawadził, albo przegryzanie małych krakersików. Olu, trzymam kciuki ale szybko mija ta Twoja ciąża:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się dziwię, jak szybko leci. Ale to niemal w 100% zasługa Andrzejka:)
      A ludzie, no cóż, to ja chyba jestem zbyt naiwna...

      Usuń
  4. No tak, coraz rzadziej można uwierzyć w ludzi, masakra! Sama osobiście nigdy nie tknęłabym czyjejś siatki..no chyba, że tylko po to by oddać właścicielowi.
    Przykro :(

    http://rodzice-plus-dziecko.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że nie wszyscy są tacy uczciwi...

      Usuń
  5. oj szkoda sweterków :( urocze są Wasze misie - i faktycznie trudno uwierzyć, że panda to panda ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele nie kosztowały, ale już się cieszyłam, że znalazłam coś ładnego na promocję doktorską męża:(

      A miś i tak wygląda nieźle, w przyszłym roku stuknie mu trzydziestka:)

      Usuń
  6. Rzeczywiście niefajnie z tymi sweterkami... Za to zdjecia przekochane;) Dziekuje za udział w zabawie!

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajnie było wziąć udział i czaić się z aparatem na okazję - mój syn nie cierpi pozowania i wszystkie zdjęcia są w 100% naturalne. A sweterki, no cóż, już przebolałam:/

    OdpowiedzUsuń
  8. Szkoda, że nie oddał. Jak widać, panuje u nas nieuczciwość. Ile by nie kosztowały, to wielka przykrość coś zgubić lub zostać okradzionym i ten moment, gdy się orientujesz, że tego nie masz. Nie lubię tego. :( Coś dawno nie pisałaś.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...