piątek, 27 grudnia 2013

Mama w szpitalu, Jędruś w Stajence

Nie, nie położyli mnie do szpitala, wszystko w porządku - musiałam tylko zrobić badania i dostać się z wynikami do endokrynologa. Oprócz podstawowych badań z krwi dorobiłam dodatkowo te tarczycowe i krzywą cukrową, którą miałam zalecona między 24 a 28 tygodniem ciąży - akurat zaczęłam 25 tydzień, więc uznałam, że termin jest w sam raz, a między świętami nie bedzie dużej kolejki. Niestety - chyba z pół Krosna i okolic uznało tak samo, więc w sporej poczekalni nie było ani pół miejsca siedzącego. Na szczęście panie rejestratorki. widząc mój brzuszek, od razu dały mi numerek "0" pozwalający na wejście bez kolejki. Pierwszy raz w tej ciąży ktoś tak zupełnie bez proszenia bez proszenia mi poszedł na rękę...
Sama krzywa... sporo dziewczyn źle wspomina to badanie, a ja, choć już raz je przeszłam, nie wspominam go... wcale. Z krzywej w poprzedniej ciąży pamiętam tyle, że pod koniec byłam już strasznie głodna i, gdy w automacie wybrałam sobie białego "Liona", maszyna była tak uprzejma, że drugiego dodała mi gratis:)
Dziś też nie będzie co wspominać - ot, dwa kłucia, a w międzyczasie pół kubka okropnie słodkiego płynu i pół kubka wody do przepłukania ust. Do przeżycia.
Ponieważ wyniki miały być za dwie godziny, a mój endokrynolog akurat nie był na urlopie i zgodził się mnie przyjąć poza kolejką, postanowiłam przezimować się w dyżurce u mamy. Endokrynolog stwierdził, z tarczycą nie jest źle, ale trzeba ją dopieścić - kazał mi podnieść dawkę hormonów do 75mcg co drugi dzień, a w pozostałe nadal brać 50. I tak oto spędziłam w szpitalu pół dnia:/

Do domu wróciłyśmy razem z mamą, zjadłyśmy obiad, odpoczęłyśmy i - zgodnie z wczorajszym postanowieniem, zabrałyśmy Andrzejka na oglądanie szopek. Mały nawet na moment nie wsiadł do wózka - całą drogę dzielnie szedł, choć od celu - kościoła OO. Kapucynów - nasz dom dzieli ok. półtora kilometra. Z chwilowym odpoczynkiem przy szopeczce na Rynku
 
Andrzejek musiał sprawdzić, czy dzwonek krówki jest prawdziwy:)


trwało to więc prawie godzinę, ale warto było. I choć przed wejściem do kościoła jeszcze na dobry kwadrans zajęły go "źnicie" palące się pod pomnikiem Matki Boskiej, w końcu udało się namówić go na wejście do środka.

Znicze zawsze robią furorę.

Sam pomnik Matki Boskiej pozostał niezauważony.

 Ruchoma szopka u Kapucynów zachwyciła mojego gadułę.

Szopka jest naszpikowana odniesieniami do okolic Krosna - widoczny nad stajenką kościół to wierna miniatura kościoła OO. Kapucynów w Krośnie. Bezpośrednio za nim widać ruiny zamku "Kamieniec" w Odrzykoniu, w którym Fredro umieścił akcję swojej "Zemsty", a nad nim górują "Prządki"

Co prawda nie na tyle, żeby choć na chwilę go zatkało, ale nie chciał dać się od niej oderwać.

Krzyż wskazywany przez paluszek Jędrusia to miniatura krzyża z ołtarza, przy którym Jan Paweł II odprawiał Mszę na krośnieńskim lotnisku w 1997 roku.

Nie nagrałam niestety własnego filmiku, ale znalazłam na yt zeszłoroczny, który całkiem ładnie oddaje jej urok



Andrzejek podziwiał tańczących górali, kołyszący się żłóbek, przejeżdżający pociąg, nie przepuścił nawet padającemu śniegowi i nie omieszkał obgadać tego z dwiema starszymi (na oko 5-6 lat) dziewczynkami, które najwyraźniej przyszły w tym samym celu:) Następne pół godziny z głowy - ale niech się napatrzy, w końcu przyszliśmy tu dla niego.

Bałam się, że po takich wojażach Jędruś uśnie nam wpół drogi, ale gdzie tam. Nie tylko wrócił na własnych nogach, ale zdołał jeszcze na Rynku poderwać kolejną pannę, tym razem mniej więcej w swoim wieku, i poganiać się z nią dookoła drzewa. A potem nie dał się prowadzić - całą drogę maszerował sam, a przy każdej próbie wsadzenia na wózek lub złapania za rączkę  tupał nogami drąc się: "Nie, ja siam pojadzię!!! (poradzę sobie - przyp. red.;p)". Wzięłyśmy go więc z mamą między siebie i - z sercami w gardłach - pozwoliłyśmy mu na samodzielny marsz. Na szczęście obyło się bez problemów natury dyscyplinarnej. No, może jeden był - dla Jędrusia nie istnieje coś takiego jak "powoli", więc po ok. 400m szybkiego marszobiegu do domu dotarłyśmy mokre jak szczury;p

16 komentarzy:

  1. ruchoma szopka, cudo:)
    a co do badania... ojj ja akurat wspominam nie fanie:) odbijało mi się tym "kurzem" ( jakoś tak mi się skojarzyło) jeszcze dwa dni później:)
    przy pierwszej ciązy drugie kłucie ok.. przy drugiej.. noo.... zawsze było mi ciężko pobrać krew, bo żyły się chowały;) i... ekhm.. jakby to powiedzieć:
    Może chce Pani się położyć na kozetkę? na chwile?
    E.. nie .. proszę kłuć.
    no ale przecież dziurę Pani w tej ręce wywiercimy. pewno Pani słabo.
    ee.. nie... no proszę szukać, gdzieś ta żyła pewno jest..
    Pani Moniko.. może otworzę okno?
    Nie trzeba
    Wie Pani co.. ja zawołam jednak kogoś innego a sama koło tego okna stanę bo przyznam, że zaraz tu odlecę:D:D ehh i tak to było;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam takie zapadające się żyły, dlatego byłam kłuta w obie ręce. "Zabawną" sytuację miałam za to przy znieczulaniu do cesarki - kiedy okazało się, że czuje cięcie skalpelem mimo że dwukrotnie dodawali mi leków, anestezjolog stwierdził, że albo robimy znieczulenie ogólne, albo wzywamy weterynarza, bo dawkę i tak dostałam już końską i on mi więcej dać nie może. Zapytał mnie więc, czy coś jadłam, a na wieść o czekoladzie mlecznej na porodówce odpowiedział: no to krzyżyk na drogę i usypiamy".

      Podejść do sprawy z humorem pozwoliła mi chyba tylko wiedza zawodowa. Gdybym - z racji wykształcenia - nie znała się trochę na lekach i nie wiedziała, że są takie, którymi można znieczulać ogólnie niezależnie od posiłków (bo przecież czymś trzeba znieczulić np. nieprzytomną ofiarę wypadku, która nie powie, kiedy ostatnio coś jadła), to chyba ze strachu pozwoliłabym sobie tę cesarkę zrobić na żywca:) Cóż, służba zdrowia miewa specyficzne poczucie humoru.

      Usuń
  2. My też ją dzisiaj ogladaliśmy :-) i inne w kolejnych Kościołach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Inne zostawiamy sobie na kolejne dni. Jutro wybieramy się do św. Piotra:)

      Usuń
  3. Ja między jednym pobraniem, a drugim pojechałam do domu, bo mam blisko Ośrodek. Zdrzemnęłam się nawet, więc też zbyt wiele nie pamiętam. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też fajnie. Ja szpital mam na drugim końcu miasta, więc bliżej mi było do maminej dyżurki:)

      Usuń
  4. O jak pięknie, muszę wybrać się na oglądanie Krośnieńskich szopek ;) niedługo tam będę.
    Cieszę się, że u Ciebie ok i że w przychodni miałaś tyle szczęścia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam wrażenie, że im "głębsza prowincja" tym mniejsza znieczulica i lepsi ludzie.
      Boleśnie przekonałam się o tym po przeprowadzce do Krakowa po trzech latach mieszkania w podkrakowskich miasteczkach. Nawet mój mąż już to widzi. I tylko jego praca powstrzymuje nas przed przeprowadzka na Podkarpacie:/

      Usuń
  5. Piękna szopka!Widać,że Jędrula był bardzo nią zafascynowany.PS.tytuł posta zmroził mi krew w żyłach...Ola,nie strasz!Na szczęście wszystko dobrze:)życzę zdrówka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, trochę przesadziłam. Postaram się więcej nie straszyć;p

      Usuń
  6. Tytuł musi być mocny, niczym nagłówek przyciągający uwagę na onecie, czy gdzies :P Dobrze, że to tylko badania. I cieszę się, że miło i rodzinnie spędziliście Święta. Puste place zabaw to norma u nas też, może zimą dzieciom nie wolno się zgrzać ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam, mojemu wolno;p Już i tak wkładam mu "za lekką" kurtkę, żeby nie pocił się tak bardzo. A kochane babcie pewnie by mnie zlinczowały, jakby widziały, cośmy z młodym, wówczas jeszcze niemowlakiem, poprzedniej zimy wyprawiali na spacerach;p

      Usuń
  7. Ale fajna szopka, u nas nic takiego nie robią niestety.. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Krośnie też tylko jedna parafia co roku się tak stara, w pozostałych są standardowe figury - dlatego w okresie bożonarodzeniowym naszym Kapucynom bardzo poprawia się frekwencja;p

      Usuń
  8. cudowne te szopki, Andrzejek jak zawsze boski ;) a poczekasz jeszcze trochę, to zobaczysz jakie panny bedzie Ci do domu przyprowadzał ;)))
    no i dobrze, że badania w porządku. osobiście wspominam picie glukozy jako bardzo miły moment - miałam smaka na słodkie i mogłabym jeszcze ze dwa kubeczki wypić ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam tę kapucyńską szopkę, ojcowie wystawiają ją odkąd pamiętam. Konstrukcja i układ są cały czas te same, co roku zmienia się hasło, a co parę lat jakiś detal - uwielbiam wychwytywać te nowinki:)
      A Andrzejek od zawsze uwielbiał kokietować obce dziewczyny. Coś czuję, że będę wredną teściową;p

      Co do glukozy - dobrze miałaś:) Ja przeważnie wśród dzieciatych koleżanek spotykałam się z negatywnym odbiorem tego badania - ewentualnie obojętnym. Fajnie, że są też mamy, które pozytywnie i z humorem do tego podchodzą;p

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...