poniedziałek, 18 listopada 2013

Podróż nieco sentymentalna

Mąż znowu wyciągnął nas na wycieczkę. Krótką i niewymagającą, więc się zgodziłam, tym bardziej, że była to swego rodzaju podróż sentymentalna do końca naszego narzeczeństwa i pierwszych miesięcy po ślubie.
Odwiedziliśmy więc moją pierwszą "placówkę" - Proszowice, niewielkie (ok. 7 tys. mieszkańców) miasteczko 30km na północny wschód od Krakowa. W jednej z tamtejszych dziesięciu wówczas, a kilkunastu(!) dziś aptek dostałam swoją pierwszą "prawdziwą" pracę tuż po studiach i stażu. Pracę wspominam źle, ale w miasteczku mieszkało się bardzo miło, z dala od krakowskiego tłumu, smrodu i pośpiechu. Podobało się tam nawet mojemu ówczesnemu narzeczonemu. Na tyle, że nie namawiał mnie na Kraków i zadeklarował, że po ślubie zamieszka ze mną w Proszowicach i na swoje zajęcia będzie dojeżdżał:) Po rzeczonym ślubie moja proszowicka kawalerka zamieniła się więc w składowisko książek, a młode małżeństwo wolny czas spędzało, wysiadując w ogrodzie biblijnym albo przy braku pogody - sącząc herbatę w "Kawiarni Muzealnej".

W naszą podróż do przeszłości zabraliśmy ze sobą synka. Nie było więc  mowy o wielkim "zwiedzaniu". Apteki nawet nie chciałam oglądać, żeby nie psuć sobie nastroju, więc poszliśmy obejść sobie Rynek, gdzie Jędruś omal nie stratował wieńców z 11 listopada, rwąc się do wspinaczki na pomnik Tadeusza Kościuszki,

Moje zdjęcie nie wyszło, to jest z panoramio.com

zajrzeliśmy do kościoła, który niestety był zamknięty - udało się wejść tylko do przedsionka, ale Jędruś i tak ucieszył się, że przyjechał "do Pana Jeziusia".

Kościół św. Jana Chrzciciela w Proszowicach. Widok z Ogrodu Biblijnego.


Szkoda jedynie, że nie widać stamtąd jego niezwykłej barwnej polichromii - jednej z najciekawszych, jakie kiedykolwiek widziałam. Swoich zdjęć niestety nie mam, w celach poglądowych dodaję więc wygrzebane z wikipedii - też nie najlepsze, ale przynajmniej robione z szacunkiem dla miejsca - bez flesza:



Po wizycie w kościele poszliśmy powspominać do Ogrodu Biblijnego znajdującego się po drugiej stronie ulicy, w którym kiedyś spędzaliśmy długie godziny rozmawiając albo po prostu siedząc na ławce i ciesząc się sobą nawzajem. W listopadzie nie jest tam co prawda tak malowniczo jak wiosną i latem, bo większość roślin już przekwitła, fontanna nie działa, a oczka wodne są zabezpieczone folią, ale i tak było uroczo i tak... spokojnie. Ten spokój udzielił się nawet naszemu dziecku, które nagle przypomniało sobie, że można spacerować zamiast biegać i pomagało panu, który przyszedł posprzątać, zbierać spadłe liście:) Ba, nawet zdjęcia pozwolił sobie robić!






Kilka kadrów z tego urokliwego ogrodu:




 

Roślinność, jak widać, przeróżna - obok popularnego w Ziemi  Świętej drzewa tamaryszkowego - rodzima dzika róża. Charakter tego miejsca oddają nie tylko tabliczki z opisami poszczególnych gatunków roślin, na których - oprócz danych systematycznych można znaleźć biblijne opisy danej rośliny



ale też wszechobecne cytaty z Pisma Świętego na kamiennych tablicach,




a nawet na brzegu fontanny;p


 oraz dość specyficznie przycięte bukszpany



Piękna pogoda i całe to rozanielenie sprawiły, że czas przestał dla nas istnieć, a o jego upływie brutalnie przypomniał nam jędrusiowy żołądek. Kiedy więc nadeszła pora obiadu, poszliśmy do wspomnianej już "Muzealnej", by sprawdzić, czy znajdzie się tam coś, czym można nakarmić małe dziecko. Na miejscu z przyjemnością odnotowałam zmianę - kącik dla dzieci z zabawkami wszelakimi i krzesełkiem do karmienia. Spośród zabawek Andrzejka zainteresował jeździk-zebra, na którym mój młody szalał po całej dostępnej przestrzeni.


Znacznie bardziej podobały mu się jednak inne elementy wystroju:) Czemuż tu się dziwić - kawiarnia rzeczywiście jest pełna ciekawych eksponatów - od starych książek z regionu przez archaiczne telefony, wagi czy gramofony po chomąta, kołowrotki, a nawet strój sportowy i narty Kamila Stocha. Konia z rzędem temu, kto bez protestów odciągnie ciekawskiego półtoraroczniaka od zabytkowej maszyny do pisania:)
Apetyt na szczęście dopisał - jak to zresztą zwykle bywa, kiedy jemy poza domem. Młody spałaszował sporą miseczkę zupy pomidorowej z makaronem i pół dorosłej porcji grillowanego fileta z kurczaka. Muszę to powtórzyć w domu, bo małemu aż się uszy trzęsły. No ale w takim otoczeniu...



Po obiedzie chcieliśmy jeszcze podskoczyć na nasze dawne osiedle i do lasu, który znajduje się 10 minut piechotą od niego, ale, zanim wszyscy uporaliśmy się z jedzeniem... zaczęło się ściemniać;p Wróciliśmy więc prosto do Krakowa - mimo niedopełnienia planu zadowoleni i bardzo zrelaksowani.
A na koniec pytanie za 100 punktów - kto wie, co to jest?



6 komentarzy:

  1. Fajne są takie wycieczki ;) super zdjęcia.

    http://rodzice-plus-dziecko.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj fajne, zawsze to jakiś odpoczynek od rutyny:)

      Usuń
  2. Widzę, że mieszkałaś w bardzo urokliwym miejscu. Jest co pokazywać. Ten kościółek ma w środku niesamowite kolory - szkoda, że był zamknięty. W sumie to mnie to zdziwiło. Ja rozumiem, ciemną nocą, ale tak po prostu w dzień?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo lubiłam Proszowice, fajnie mi się tam mieszkało.

      Co do kościołów - zawsze mnie to dziwiło. Lubię sobie czasem wstąpić, klęknąć w ławce i pomodlić się w ciszy. A tu większość kościołów albo udostępnia tylko przedsionek, albo w ogóle jest wyzamykana na cztery spusty:( Potrafię jeszcze zrozumieć biedniejsze parafie, których nie stać na ochronę i monitoring, a o dziwo właśnie takie najczęściej stoją otworem cały dzień...

      Usuń
  3. zdjęcie zagadka wygląda jak jakiś dinozaur, ale zapewne nim nie jest :D
    może zegar słoneczny?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...