czwartek, 24 października 2013

Szczęście w nieszczęściu i dziwna Poradnia Patologii Ciąży

Źródło: krakow.travel
Jak pisałam już wcześniej, rano dopadły mnie skurcze. W sumie w ciągu niecałej godziny pięć dość silnych skurczów w różnych odstępach czasu.
Skontaktowałam się z moim lekarzem prowadzącym, a on kazał natychmiast jechać sprawdzić, czy nic złego nie dzieje się z szyjką macicy.

Pamiętając niedawną wizytę na SOR-ze w Szpitalu im. Rydygiera, gdzie większość osób, z którymi miałam okazję się zetknąć, potraktowała mnie jak histeryczkę, która nie ma co robić wieczorami poza zawracaniem głowy szpitalowi, tym razem postanowiłam udać się w miejsce, gdzie byłam wcześniej wiele razy, a nigdy nie dano mi odczuć, że zawadzam.

Wchodząc pierwszy raz do "Poradni Patologii Ciąży" w Szpitalu im. Żeromskiego zastanawiałam się, czy nie pomyliłam drzwi. W środku była megakolejka - i ani jednej pani z zagrożoną ciążą. Mniej więcej połowę pacjentek stanowiły "zaawansowane" ciężarówki - czekające  na rutynowe KTG. Druga połowa to damy w wieku okołomenopauzalnym wykłócające się o kolejność przyjęcia na cytologię w ramach jakiegoś programu badań przesiewowych. Co jakiś czas wpadały też młode mamusie bezpośrednio po porodzie, które bez kolejki brano do ściągania szwów. W poprzedniej ciąży przez ostatni miesiąc sama chodziłam tam codziennie na rutynowe KTG, potem byłam również do zdjęcia szwów po cesarce i ANI RAZ nie spotkałam nikogo z autentycznymi problemami w ciąży. Dzisiaj też byłam jedyna i wzbudzałam zainteresowanie swoim brzuszkiem - zdecydowanie za małym jak na okołoterminowe KTG.

Kiedy już odczekałam swoje, przyjęła mnie lekarka znana mi sprzed półtora roku z tej samej poradni. Sprawnie mnie zbadała, orzekła, że to rzeczywiście mogły być skurcze Braxtona-Hicksa, dowiedziała się, jakie leki zażywam i kazała jak najwięcej leżeć. Potem podłączyła mnie jeszcze na moment do KTG, żeby usłyszeć bicie serduszka i, kiedy dało się ono słyszeć, powiedziała, że nie ma sensu, żebym kładła się na oddział już teraz, ale w razie powtórki mam zgłosić się na pato i to bez dyskusji. Ta perspektywa musiała mojemu lokatorowi wydać się straszna, bo brzuszek spiął się słabo jeszcze tylko raz i skurcze minęły. 

Dziękuję Opatrzności. Nie tylko za to, że mój synek jest cały, ale też za naprawdę wspaniałą teściową, która nie tylko zwolniła się z pracy, żeby zająć się Jędrusiem, abym ja mogła jechać do szpitala, ale potem przyszła na całe popołudnie, pilnowała, żeby mały mi nie przeszkadzał, a na dodatek zrobiła dla niego obiad.
Flaszka i kwiaty to za mało:)

16 komentarzy:

  1. ufff dobrze, że wszystko się szczęśliwie skończyło. Ale musisz obiecać, że zwolnisz i będziesz uważać na Was jeszcze bardziej!
    Odpoczywaj :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dostałam lekcję pokory - już myślałam, że najgorsze minęło i mogę sobie trochę poluzować... No nic. Centrum dowodzenia przeniosło się na tapczan:)

      Usuń
  2. Dobrze, ze to tylko BH. Ja też raz je miałam bardzo silne, powiązalam je ze zjedzoną wcześ niej kobiałką malin (nie wiem czy słusznie). Ale zabolały. Trzymajcie się dzielnie w dwupaku :*}

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też mi ulżyło. Teraz będę na nas jeszcze bardziej uważać.

      A co do malin, to zjedzenie surowych owoców nie powinno powodować skurczów. Co innego, gdyby wypić napar z liści.

      Usuń
  3. Dobrze, że wszystko jest w porządku:) Musisz na siebie uważać, choć wiem, że to trudne, gdy już się ma Malucha. Pomimo wszystko myśl częściej o sobie niż o innych. Życzę wszystkiego dobrego i przede wszystkim zdrowia:)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj ciężko, zwłaszcza jak dzisiaj męża nie było przez 6 godzin... No ale teraz już jest i mogę sobie pozwolić na słodkie lenistwo:)

      Usuń
  4. Kurczę, wcześnie się pojawiły te skurcze u Ciebie... Jestem z Wami myślami, i trzymam kciuki żeby się te skurczybyki już szybko nie powtórzyły:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie za wcześnie:( Przy Andrzejku dopiero w 7 miesiącu takie miałam. No, ale już wypoczywam.
      Dzięki za wsparcie:)

      Usuń
  5. Cieszę się, że wszystko dobrze. Trzymaj się, wypoczywaj. Będzie dobrze!

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj, widać Julek uznał, że trzeba mamę postraszyć, bo średnio się oszczędzasz buszując po markecie w poszukiwaniu serka do ciasta, nie masz w zeszyciku łatwiejszych przepisów? ;-) właśnie kupiłam składniki, ale ser też będzie inny. Mam nadzieję, że się uda, bo nie mam szczęścia do marchewkowych i dyniowych wypieków...Wasz Czu-czu jest genialny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba masz rację, ostatnie lepsze dni uśpiły moją czujność i trochę przeszarżowałam. Za to teraz kiedy tylko mąż jest w domu, leżę na tapczanie i pozwalam się obsługiwać:)

      Co do ciasta, chciałam spróbować czegoś innego niż zwykle. A ten przepis jest banalny i mało pracochłonny (pod warunkiem, że się ma robota kuchennego który posieka za człowieka orzechy i zetrze marchewkę:))

      Usuń
  7. Dobrze, że wszystko dobrze się skończyło :)

    Zapraszam Cię na mój blog, który właśnie startuje :) http://tatapiotr.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zajrzałam i czekam na więcej - chętnie poczytam dla odmiany również bloga taty:)

      Usuń
  8. No to macie nowego przyjaciela,jakim jest tapczan:)centrum dowodzenia jak znalazł! dbaj o siebie łobuzico :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...