środa, 2 października 2013

Rozrabiam, więc jestem:)

Kuracja działa.
Miejsce gorączki zajęły humory.
Wygląda na to, że Andrzejek za punkt honoru postawił sobie dziś doprowadzenie mamy do szewskiej pasji.

Jest rano, Jędrula się budzi. Sprawdzam temperaturę - uff, nie ma. Pora na antybiotyk. Załadowuję strzykawkę różowymi pysznościami (z własnego dzieciństwa pamiętam, że akurat Ceclor jest naprawdę pycha - podpijałam bratu, kiedy mama nie widziała;p) i podaję do pysia, który wczoraj wylizał wszystko do ostatniej kropelki i wołał: "dobe niam, jecie(jeszcze)!". Ale pysio się zaciska. Nie i już.
Nie pomagały prośby, tłumaczenie i zabawianie. Nie i koniec. Nawet nie spróbował. Nie, bo nie. Ostatecznie zadziałał jeden argument - brutalna ojcowska siła. A kiedy rozwarliśmy już zaciśnięte szczęki i przemocą wlaliśmy w nie 5ml truskawkowego ulepku, z pyszczydła wydobyło się: "dobe niam. Jecie." Nie opadłyby Wam ręce?

Śniadanie - na bolące gardło zamiast kanapki - niezbyt gęsta kaszka kukurydziana z wiśniami z syropu. Sama miałam ochotę ( to znaczy miałabym, gdyby nie była na Bebilonie pepti, ale to szczegół). Jędruś skrupulatnie palcami powybierał wszystkie wiśnie i zażądał kiszonego ogórka. Przy wszelkich próbach podania kaszki udawał, że zaraz będzie wymiotował, więc z obawy o z takim trudem podany antybiotyk daliśmy mu w końcu ogórka pod warunkiem, że potem zje kaszkę. Zjadł... jedną łyżeczkę i zakomunikował: "dosić, juź nie kasi(kaszy)" Piękne śniadanie - 3 wiśnie, mały ogórek i jedna łyżeczka kaszki... Tata nie odpuścił, ale Andrzejek wstał, wylazł z krzesełka i uciekał przed nim po całym mieszkaniu.

Nie wiem jak, ale ostatecznie ok. 13-tej chłopaki śniadanie dokończyli i mąż pojechał załatwiać swoje sprawy, a ja ok. 14.30 miałam podać małemu uwielbiany przezeń jogurcik. Na jego widok synek... wpadł w histerię i nie mógł się uspokoić przez dobre pół godziny, a kiedy już go jakoś spacyfikowałam i spytałam, co by zjadł, pokazał mi w lodówce garnek z zupą. No więc zabiera się mama do grzania zupy. Wyciąga ją z lodówki, odlewa porcyjkę do garnuszka, garnuszek na palnik, zbliża odpaloną zapałkę do palnika... w tym właśnie momencie dziecię chwyta mamę za wolną rękę i ciągnie do pokoju, dopominając się zdjęcia z szafy maty muzycznej. Kiedy mama z trudem łapie równowagę, płomień zapałki pięknie opala jej opuszkę kciuka.

No wspaniale - sama z odmawiającym żarcia małym wrzaskunem, boleśnie oparzonym palcem i bez widoków na jakąkolwiek pomoc. Rozbiłam jajo, białko zlałam do garnuszka i zanurzyłam w nim palec, a drugą ręką usiłowałam podać małemu zupę. Na szczęście jadł - ale we własnym tempie, więc trwało to prawie półtorej godziny. Dochodziła 17., a Andrzejek o porcji kaszki i talerzyku ogórkowej...

Wieczorem wrócił mąż i zastał:
  • dziecko buszujące w szafce z butami 
  • sajgon w domu 
  • żonę z palcem w kubku z jajem;p
Skutecznie nakazał synowi posprzątanie butów do szafki, najzwyczajniej w świecie posadził w krześle do karmienia, bez problemu podał mu jogurt i starte jabłko. Pomógł się rozebrać, wziął do kąpieli, podał kolację, zabawił, kiedy podawałam wieczorne leki, a usypiać nawet nie musiał, bo młody sam grzecznie poczłapał do łóżeczka.

Idealna ilustracja podejścia mojego męża do fochów Andrzejka. Źródło: chmurak.pl


Co on ma takiego, czego ja nie mam?


14 komentarzy:

  1. znaczy, że zdrowieje chłopak ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byliśmy dziś do kontroli, gardło już prawie czyste, gorączki brak. Jeszcze tylko kulinarne humory trzeba opanować i będzie zupełnie dobrze:D

      Usuń
  2. Bo mama jest do kochania a tata do słuchania. Tak usłyszałam kiedys. Już nawet nie pamiętam od kogo... Czy prawda - wątpię. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że u nas to się sprawdza? U mnie w domu też tata trzymał nas krótko, a mama trochę rozpuszczała, może chciała nam tak nagrodzić, że ciągle siedzi w pracy.

      Usuń
  3. super że wracacie do zdrowia :-)) z tymi lekami tak jest ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Dziś już o niebo lepiej. A lek znów jest pycha. Dzisiejsza dawka zniknęła na raz:)

      Usuń
  4. heh, myślałam, że zamiast jogurtu Andrzejek będzie chciał ogórka, a nie zupę, ale potem napisałaś, że ogórkowa :)))) podziwiam jego pociąg do ogórków :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obaj z moim mężem mogliby nimi żyć. Tatuś się nie wyprze:)

      Usuń
  5. Zapraszam na swojego bloga http://zosiulinkowo.blogspot.com/
    Oczywiście obserwuję :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dla Ciebie ten dzień nie był miły, ale mnie Twoja opowieść trochę rozbawiła:) Twój Maluszek musi być wielkim i kochanym słodziakiem, no troszkę manipulatorem:) Tak to jest, gdy nasze pociechy nam choruję - nie chcą jeść i trochę wybrzydzają. U mnie jest jednak na odwrót z jedzeniem - u mnie Synek zje wszystko a u taty może nic nie jeść i tata także tym się nie przejmuje. W ogóle tata pozwala na wszystko, a mama wprowadza zasady:))) Och życie... Gorąco pozdrawiam:) i zdrowia dla Rodziny życzę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, dobrze podsumowałaś mojego łobuza;p
      Aż strach, do jakiej perfekcji dojdzie jako zbuntowany nastolatek...

      Usuń
  7. U nas klasyk-mama pobłażliwa, tata jest od zasad. Przy nim Ania jest grzeczna i szybko przestaje marudzić. Tylko my jeszcze przed okresem burzy i naporu, nie wchodzi mi na głowę . Co ma tata czego nie mam ja? Większość mam pyta o to...:-) Dobrze, że choroba zdiagnozowana i zdrowie wraca Andrzejkowi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się staram wprowadzać zasady, ale mały mnie olewa.
      Może brak mi hmmm... charyzmy? Bo moje chłopaki to silne osobowości...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...