poniedziałek, 14 października 2013

Korzystamy z resztek pogody

Dzisiejszy dzień miał być podobno ostatnim dniem bez deszczu na południu Polski.
Usłyszawszy tę prognozę mąż rzucił: "no to jedźmy gdzieś na wycieczkę Do 11 chyba się zbierzemy, nie?".
Była 9.20, a my - poza Andrzejkiem - w piżamach i bez śniadania, bo mając w perspektywie wolny dzień wszyscy jakoś tak zaspaliśmy i nic się nie kleiło. Obiad nie ugotowany, ba, nawet zakupy na obiad nie zrobione, fura rzeczy do wyprasowania... No ale dobra, jedziemy na wycieczkę.
Łatwo powiedzieć - jedźmy - ale słowo się rzekło. Raz mogę nie ugotować, wszak Jędruś kocha słoiczki, a nam korona z głowy nie spadnie jeśli raz na ruski rok zjemy kupne krokiety:)

O 11.00 staliśmy więc w progu ubrani, spakowani na drogę i ... nadal niezdecydowani, gdzie właściwie się wybieramy. Padały różne propozycje - Rabka, Ojców, Pieskowa Skała, Busko Zdrój..
Przekomarzanie w samochodzie zajęło nam kolejne 20minut. Wszystkie powyższe propozycje upadły, bo albo za daleko, albo trzeba jechać zakopianką, albo mąż nie zna wyjazdu z Krakowa, albo wyjazd jest przez jawiące się mężowi jako najgorszy koszmar Rondo Ofiar Katynia...

W końcu podjęłam męską decyzję, mąż dla świętego spokoju na nią przystał i tak oto wylądowaliśmy w... krakowskim ZOO.

Październik to dziwna pora na zwiedzanie ZOO. Część zwierząt chowa się przed zimnem do zamkniętych pomieszczeń, a większość pozostałych zwija się w kłębek w kąciku i ani myśli prezentować się w pełnej krasie. Ale cóż, nam się zachciało zwierzątek:) I nie było tak źle - sporo ich jednak zobaczyliśmy, a niektóre nawet udało się uwiecznić. Choć szkoda, że teraz mam do dyspozycji już tylko "smerfona". Ech, przydałaby się funkcja robienia serii zdjęć i lepszy zoom...

No, ale nie ma co narzekać. Sfotografować udało się między innymi dwa słonie,



 pana pawia, co z woliery nawiał,


 urocze małpki z Ameryki Południowej, z których pozować zechciała jedynie ta tamaryna białoczuba

 czy fotogeniczne jak zawsze surykatki.

 Pięknie umaszczony serwal miał nas, hmmm, powiedzmy, że w głębokim poważaniu,


 a na widok tapirów anta Jędruś, ku rozbawieniu gawiedzi...


...wykrzyknął "a to okuziać!"

Mamie jak zwykle najbardziej podobały się wielkie koty.
Odwiedziliśmy więc nowe wybiegi tygrysa bengalskiego



 lwów - na którym zastany potężny samiec z szacunkiem wstał, by nas powitać;p



 i irbisów, gdzie urzędowała mama z urodzonym w kwietniu młodym

mama z przodu, dziecko w tle

i znów mama

Kociak też w końcu się pokazał:)
Nie mogłam też oprzeć się pokusie zaprezentowania Wam, jakie te koty mają cudne puchate ogony. Samo zwierzę jest mniej więcej wielkości wilczura, może nieco mocniej zbudowane (lub owłosione?), ale ogon ma znacznie dłuższy niż reszta ciała i niemal tak gruby jak mój synek w pasie;p


Gdy odeszliśmy nieco od kocich wybiegów, natrafiliśmy na budkę z automatem sprzedającym miód, w której wyświetlany był też film o poszczególnych gatunkach miodu. Parę sekund zajęło nam upewnienie się, że nie jest to raczej film o walorach edukacyjnych, zawołaliśmy więc synka i ruszyliśmy dalej. Tymczasem Jędrusiowi tak się owa buda spodobała, że kilkakrotnie tam wracał i próbował dobrać się do zawartości automatu.


W końcu mąż złapał głośno protestujący przychówek pod pachę i, odszedłszy kawałek od miodowego raju, puścił go wolno. Pozwalając się prowadzić Andrzejkowi dotarliśmy do części ze starymi wybiegami wielkich kotów, gdzie nadal jeszcze przebywają m.in. jaguary.




Z czterech okazów przebywających obecnie w krakowskim ZOO widzieliśmy tylko tę samicę, ale i ona nie chciała ustawić się do pamiątkowego zdjęcia. Jej czarny "partner" i  ich dwie czteromiesięczne córeczki schowali się w cieple na tyłach budynku.

Z pozostałych kotów, a widzieliśmy jeszcze m.in. panterę chińską, rysie europejskie, manula, żbika, jaguarundi, ocelota i chausa, godnie zaprezentowała się tylko ta pierwsza:



Pozostałe najczęściej siedziały zwinięte w kłębek na jakiejś najdalszej gałęzi i myślały tylko o tym, jak tu nie zmarznąć jeszcze bardziej. Prawdę mówiąc, współczułam im, bo sama trochę za lekko się ubrałam i momentami przestępowałam z nogi na nogę.
 A co miały powiedzieć te sprowadzone z tropików biedactwa, zmuszone znosić całe 12 stopni ciepła...

Andrzejek na szczęście nie zmarzł. Nie miał szans - nie miał nawet czasu, żeby napatrzeć się na zwierzęta, bo cały czas gdzieś mu się spieszyło. Motorek w dupce, słowo daję. Wracał do nas tylko po to, żeby napić się wody i w przelocie łaskawie rzucić okiem na to, czym aktualnie się zachwycamy. Nie sądzę, by cokolwiek zapamiętał, ale niewątpliwie mu się podobało - tyyyle miejsca do biegania, labirynt alejek, hurra! Ani myślał siedzieć w wózku. Oboje z mężem musieliśmy mieć oczy dookoła głowy i łapać go zanim wprowadził w czyn zamysł wskoczenia do bajorka pelikanów albo przesadzenia żywopłotu i pogłaskania tygrysa, który w pewnym momencie szedł dosłownie ocierając się o ogrodzenie swojego wybiegu.
W pewnym momencie jednak nawet on zaczął mieć dość i zaczął domagać się powrotu do domu. Chłopaki ruszyli więc przodem do auta, a ja, idąc sobie dostojnym tempem statecznej przyszłej mamy, zdążyłam jeszcze zrobić zdjęcie przewodnikowi stada szympansów

mój mąż stwierdził, że z tym spojrzeniem wygląda jak menel pod budką z piwem;p
i spojrzeć na gibbony - wszystkie siedziały rzędem obok siebie i huśtały się na linie:) Sympatyczny widok;D
Wielu zwierząt, z których słynie Krakowski Ogród Zoologiczny niestety nie udało nam się zobaczyć. Nie widzieliśmy m.in. uchatki patagońskiej i małej pandy, nowo wyklutego kondora wielkiego, antylop, nie odwiedziliśmy też mini zoo.
Ale przynajmniej mam pretekst, żeby wiosną zaciągnąć tu chłopaków po raz kolejny. Może Jędruś będzie już wtedy bardziej zainteresowany zwierzakami...

10 komentarzy:

  1. Fajny wypad:) Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam w zoo, ale teraz jest Wiki więc będzie pretekst aby się wybrac do Zoo, pewnie udamy się tam w przyszłym roku.

    OdpowiedzUsuń
  2. :)
    Mój Jędruś na ZOO jako takie okazał się jeszcze za mały, ale wypad, owszem, sympatyczny. W końcu nam, mamom, też się coś od życia należy:D

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękna jesień w tym zoo.
    Spontaniczne wypady są super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się - takie właśnie lubimy najbardziej:)

      Usuń
  4. bardzo lubię wypady do zoo i mam nadzieję, wkrótce zabrać tam Milenkę. piekne zdjęcia udało Ci się zrobić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:)

      A Milenka jest jeszcze w takim wieku, że oglądanie jest dla niej bardziej interesujące niż bieganie - zoo to super pomysł:) Aż żałuję, że wcześniej dałam się teściowej zniechęcić. Z drugim nadrobię:)

      Usuń
  5. Ja dzisiaj odbyłam wycieczkę do mini zoo, relacja będzie jutro :)

    OdpowiedzUsuń
  6. No to daleko od domu chyba nie pojechaliście. :-) Zawsze coś zobaczyliście, mimo chłodku, nie wszystkie zwierzaki są ciepłolubne. Już nie pamiętam, kiedy byłam w zoo. Myślę, że zabiorę małą w lato, będzie mieć rok z hakiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż na przeciwległy koniec Krakowa.
      Zoo to super sprawa. Jędrula z początku nie wiedział, gdzie oczy podziać, interesowało go wszystko. Choć fakt, że po jakimś czasie górę nad ciekawością wzięła ruchliwość, ale taki już urok małych łazików;p

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...