środa, 9 października 2013

Grzechy i grzeszki przyszłej mamy

Źródło: Google
Jak powinna jeść przyszła mama - wiadomo: zdrowo. Dla dwojga zamiast za dwoje. Z rozsądkiem i umiarem. Powinna zawsze wybierać produkty bogate w wartości odżywcze a nie tylko w puste kalorie. Unikać chemii. To oczywiste, ale czy proste...

Na pierwszej w obecnej ciąży wizycie w gabinecie mojego ginekologa położna urządziła mi pogadankę o diecie właśnie. Wymieniała po kolei wszystko, co powinnam wybierać, a z czego raczej zrezygnować. Grzecznie przytakiwałam - w końcu wszystko, co mówiła, było aż do bólu oczywiste. Ale z każdym jej słowem czułam się coraz bardziej jak podła, wyrodna matka, która nie jest w stanie poświęcić własnych zachcianek dla dobra własnego dziecka.

A ja właśnie skończyłam karmienie piersią skazańca białkowego i czułam się, jakby ktoś zdjął mi łańcuchy i kaganiec. Mleko, sery, jogurty, - wreszcie w ilościach większych niż naparstek, żeby przypadkiem nie wywołać zaostrzenia u Jędrusia. Jaja - hurra! Wreszcie mogłam upiec sobie normalne ciasto. A wcześniej we śnie i na jawie marzyłam choćby o plasterku jaja na twardo na kanapce... albo o kapce majonezu do sałaty...
 No więc teraz, choć wiedziałam już o ciąży, zaczęłam sobie folgować na całego.

Kolejny punkt - owoce i warzywa. Nigdy nie byłam wielką fanką surowizny, zawsze wolałam konkrety. Moją lodówkę szczelnie wypełniały mięcho, jaja i różne rodzaje nabiału. Czasem wrzuciłam na ząb jakąś mandarynkę, trochę czereśni albo jabłko z naszego ogrodu. Od biedy surową marchewkę. Ale na tym koniec. W ciąży tylko się to spotęgowało. Kiedyś owoce były mi obojętne, teraz wręcz mnie odrzucają. No nie mogę i już. Fuj. Zmuszam się tylko wtedy, kiedy Andrzejek na mnie patrzy. Przecież musi mieć dobry przykład od rodziców...

Dalej mamy pieczywo.  Nigdy nie lubiłam tego zdrowego ciemnego, pełnoziarnistego, a ziarenka w chlebie odstręczały mnie już całkiem. Zawsze wolałam puchate białe buły - i tak mi zostało. Nie potrafię się przemóc.

Następna rzecz - cukier. Uwielbiam go, nie mogę bez niego żyć. Przed ciążą do średniej wielkości kubka herbaty wsypywałam 3 kopiate łyżeczki. Udało mi się zejść do dwóch z niewielką "górką", ale dalej ani rusz. Słodycze też znacznie ograniczyłam. Pozwalam sobie na małego batonika lub kawałek ciasta 2 razy na tydzień. Coby mnie nie kusiło - nie trzymam takich rzeczy w domu.Gorzej jest na zakupach, ale na razie jakoś się trzymam.

Tak samo jest z solą. Zawsze lubiłam mocno doprawione jedzenie, a w ciąży moją jedyną (do niedawna) zachcianką był nawet nie twarożek z solą, a raczej sól z twarożkiem. Nikt normalny nie czepiłby się tego, a ja nie mogłam się oderwać. Udało mi się jakoś nad tą zachcianką zapanować, ale wieczorami czuję się dosłownie jak jakiś ćpun na głodzie.

Kolejny grzech - mięso. Trochę czerwonego, więcej białego, raczej gotowane, pieczone (ale nie w folii aluminiowej) lub gotowane na parze niż smażone i 2 razy w tygodniu ryby - tak podobno jest najlepiej. Rodzaj - ok. Zeszliśmy z wieprzowiny, kupuję wołowinę na zmianę z różnymi częściami kurczaka i indyka. Gorzej z przyrządzaniem. NIENAWIDZĘ mięsa z pary. Ani pieczonego w rękawku. Nie wspominając już np. o mięsie z rosołu... Ok, nie musi być smażone, ale przynajmniej duszone z jakimś treściwym sosikiem. Żeby to miało jakiś smak, zapach, wyraz, trochę wilgoci, trochę tłuszczyku... A do tego najchętniej chrupiące ziemniaczki z patelni polane masełkiem czosnkowym... Kocham mięsiwa przyrządzane z leśnymi grzybami, suszonymi owocami albo żółtym serem. A tu nagle się dowiaduję, że to wszystko jest be. Bo kaloryczne, bo cholesterol...
Ryby - łatwiej mówić niż nie pobiec na sam zapach do łazienki, kiedy jest się ciężarną w pierwszym trymestrze. Do dziś na ich zapach reaguję teleportacją do toalety.

A teraz moja największa "zakazana miłość" - sery z błękitną pleśnią... Wypróbowałam chyba wszystkie gatunki, jakie tylko udało mi się znaleźć w sklepach, ale najbardziej ukochałam sobie błękitnego "Lazura". W sklepie, w którym obecnie zaopatruję rodzinkę, bywa raczej rzadko, więc, kiedy już się pojawia, zmiatam z półki cały jego zapas (czyli zwykle 2, góra 3 opakowania. Czyżby przywozili go tylko dla mnie?). Po latach posuchy - bo w ciąży z Andrzejkiem jakoś się trzymałam, a potem była dieta beznabiałowa - zapytałam nieśmiało lekarza, czy mogę choć troszeczkę. A on, że tak, byle nie za dużo. Ale dla mnie nie ma czegoś takiego jak za dużo. Wczoraj złapałam się na tym, że wtryniłam pół opakowania jeszcze zanim dotarłam ze sklepu do domu (a to jakieś 50m)...

A jakie Wy macie doświadczenia z ciążową dietą?

12 komentarzy:

  1. Zamiast cukru mogę Ci polecić syrop z agawy. Można kupić w Rossmanie albo inne tego typu słody.
    Z produktami mlecznymi miałam to samo, choć ze względu na wątrobę, nie mogę szaleć na całego, ale jedzenie serka homo waniliowego wprowadza mnie w stan ekstazy. ;-) Nie wiem, czy też tak masz, ale po kilku miesiącach bez mleczności mam skręt kiszek, gdy jem nabiał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, ja tak nie miałam.
      Ale ja zawsze, poza tym rokiem karmienia żywiłam się głównie nabiałem, więc może nie wszystkie enzymy mi wyginęły:)

      Usuń
    2. Ja też jadłam głównie nabiał, a jednak mam, że tak powiem, przesrane, hehe. No ale powoli się przyzwyczajam i jest coraz lepiej. :)

      Usuń
  2. myślę że nie można popadać w skrajności, ciąża to nie choroba, wszystkiego z umiarem, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, ale wszyscy dookoła tak trąbią o tym odżywianiu, że czasem czuję się jakbym robiła krzywdę własnemu dziecku...

      Usuń
  3. A ja w ciąży nie bardzo przejmowałam się tym co mówią o zdrowym odżywianiu i bardzo dobrze się z tym czułam. Nie jadłam tylko surowego. Ale jadłam i smażone i pieczone, mnóstwo słodkiego, ostrego, to co lubię. I myślę, że Milenki nie skrzywdziłam :) Nie ma się co spinać za bardzo ze zdrowym odżywianiem. Trzeba uważać, ale nie przesadzać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak robiłam przy Jędrusiu. W efekcie do porodu szłam cięższa o 21kg. A że kilogramy zrzucam bardzo łatwo, spadły po kilku tygodniach i zrujnowały mi skórę brzucha. Dlatego teraz staram się jak mogę... ale i tak wychodzi mi co najwyżej średnio:/

      Usuń
  4. McDonald królował. Folgowałam sobie na całego. A przez Twojego posta jestem strasznie głodna, a jest już po 22giej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zaraz będę wcinać swój twarożek powszedni - i znów będzie wewnętrzna walka, żeby nie wsypać do niego morza soli:(

      Usuń
    2. Oj tam, jedz teraz,bo jak urodzisz, to znowu się może okazać, że nie wolno. Korzystaj!!!! Mi się marzy żurek, albo barszcz biały... A tu jeszcze trochę nie wolno...

      Usuń
  5. Oj tam... Uważam, że jedzenie to nie trucizna, jak papierosy, alkohol czy narkotyki. Sery, nawet pleśniowe, są wszak z pasteryzowanego mleka, prawda? Dobrze, że nie masz chętki na tatara i kogel-mogel, ale smażone, z sosikiem, taka chudzina ;-)
    Ja mam podobnie. Po prostu nawet jeśli dieta miałaby po latach spowodować jakieś choroby, to jest to na tyle odroczony skutek, że nie przeraża mnie i nie skłania do poprawy...Każdy popełnia jakieś grzechy, jak nie sól czy mało owoców, to inne...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jea zwykle też się nie zastanawiam nad konsekwencjami. W ciąży mi się tak jakoś zebrało. Ale nawet teraz czasem sobie pozwalam. Dziś na przykład byliśmy na kinderbalu w rodzinie i pozwoliłam sobie na tort. Był wspaniały, mocno kakaowy z wiśniami. Szkoda tylko, że nikt się nawet nie zająknął, że dodatkowo ponczowany wiśnióweczką... Nie było czuć alkoholu, ale gdybym wiedziała, to bym go nie ruszyła.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...