poniedziałek, 16 września 2013

Bunt na pokładzie

W moich postach twierdziłam nieraz, że mój syn, choć nie skończył jeszcze półtora roku, ma już pełnoobjawowy bunt dwulatka. Ostatnie 2 dni sprawiły, że zaczęłam mieć nadzieję, że przesadzam. Nic z tych rzeczy.
Dzisiaj wesołego psotnika z ostatnich dni zastąpił Buntownik z Byle Powodu.
Na dodatek dzisiaj po raz pierwszy Andrzejkowi udało się zrobić rodzicom wstyd w miejscu publicznym.
Do rzeczy: ponieważ mój mąż od dawna przebąkiwał, że chciałby pojechać do opactwa Benedyktynów w Tyńcu, postanowiłam, że wybierzemy się dziś. Wstaliśmy rano, zjedliśmy śniadanie, całkiem sprawnie się zebraliśmy i w drogę.
W samochodzie Jędruś pyta o przejeżdżające obok nas tramwaje - tłumaczę mu wszystko najprościej jak potrafię. Wtedy Andrzejek postanowił "Adin jedzie tladajem!"(Andrzej jedzie tramwajem). Znów tłumaczę, że jedziemy autkiem, a tramwajem pojedziemy niedługo do Pani Doktor. "Nie! Jedzie tladajem! Tladajem! Tladaaajeeem!!!" i ryk do samego Tyńca. Zaczęliśmy nawet udawać, że naprawdę jedziemy tramwajem i naśladować jego odgłosy, ale na nic się to zdało.

Dojechaliśmy na miejsce i postanowiliśmy zacząć od "Przystani pod Lutym Turem" czyli przystanku krakowskiego "tramwaju wodnego" pływającego po Wiśle.




Andrzejek porozglądał się dookoła, ucieszył się na widok kaczek i kolegi w podobnym wieku, który pojawił się na horyzoncie, jednak w pewnym momencie, w niecałą godzinę po śniadaniu zaczął dopominać się o jedzenie. Dostał więc jogurcik i poszliśmy oglądać opactwo.


Dziedziniec opactwa. Widok spod kościoła.

Kościół na terenie opactwa. Widok z murów od strony kawiarenki

Weszliśmy do pięknego kościoła, gdzie syn przez chwilę zachowywał się przyzwoicie, by za moment zacząć głośno komentować każdą panią i każdego pana wchodzącego do kościoła. Co za szczęście, że nie wyraża jeszcze opinii na temat ludzkich sylwetek i urody...

Wyszliśmy z kościoła i udaliśmy się do księgarni. To znaczy mąż miał tam wejść, a my poczekać na zewnątrz, ale Andrzejek tak się wyrywał, że postanowiłam w końcu zaprowadzić go "tam do taty".
W księgarni również Andrzejek był grzeczny przez jakąś minutę. Błyskawicznie wyczaił niedomkniętą szafkę z dewocjonaliami i tylko mój refleks powstrzymał go przed splądrowaniem jej zawartości. Wspólnymi siłami moimi i sprzedawczyni, udało się odwrócić andrzejkową uwagę od tych nieszczęsnych różańców i zainteresować go małymi ikonkami z wizerunkami świętych. Ikonki spodobały się tak bardzo, że młody, wziąwszy sobie kilka, postanowił cichaczem opuścić księgarnię. Nie pozwoliłam mu na to i dopilnowałam, by wszystkie ikonki odłożył na miejsce. Uff, choć raz obyło się bez krzyków... Jędruś szybko się jednak otrząsnął i chwilę potem już zaczepiał też starszych państwa, którzy wybierali bajeczki dla swoich wnuczek i próbował wspinać się po tacie, by dostać się do obrazów i rzeźb wystawionych na najwyższej półce. W końcu kupiłam dla niego upatrzoną wcześniej książeczkę z rymowaną modlitwą, a mąż złapał syna na ręce, przeprosiliśmy wszystkich i skierowaliśmy się do wyjścia. Wtedy zaczęła się scena stulecia. Jędrula zaczął wrzeszczeć tak, że trudno było rozróżnić jego słowa, za to łatwo było zorientować się, kiedy wpada w udawany bezdech. Na dodatek wyprężył się w łuk i zaparł się w drzwiach, by uniemożliwić ojcu wyniesienie go na zewnątrz. Myśleliśmy, że zapadniemy się pod ziemię, szczególnie, kiedy sprzedawczyni powiedziała, że jeszcze nie miała klienta, który tak przeżywał, że musi opuścić księgarnię.

Następna była "Kawiarnia Tyniecka" pięknie położona na murach opactwa.

Widok spod wejścia do Kawiarni Tynieckiej

Mąż zamówił sobie bardzo mocną kawę "po etiopsku" i sernik, a ja deser lodowy zwany "Przysmakiem ojca Leona" czyli lody waniliowe z bitą śmietaną podlane czymś wspaniałym - konfiturą truskawkową w musie malinowym. Niebo w gębie, ojciec Leon musi mieć niezwykłe samozaparcie, skoro jest taki szczupły...

Przysmak ojca Leona. Naprawdę wyglądał lepiej.

Wcale się nie dziwię, ze Andrzejek, choć niedawno wciął swoje drugie śniadanie, zaczął domagać się swojej porcji. Dostał więc wafelka (upewniłam się wcześnie, że może) i dość sporą porcję tejże wspaniałej konfitury - w dodatku za piękne oczy, bo nie zostało nam to doliczone do rachunku. Młody zjadł aż mu się uszy trzęsły i donośnym głosem zawołał "Dobe niam. Daj mi dobe niam!" . Porcja była naprawdę spora, więc nie wypadało nam już naciągać pań i Andrzejkowi odmówiliśmy mówiąc, że już wszystko zjedliśmy, a teraz pięknie dziękujemy i jedziemy do domu. A Jędrula swoje. "Nie domu! Daj mi dobe niam!" . Gdy to nie przyniosło skutku, przyszła pora na popisowy numer. Młody uklęknął, pochylił głowę, schował spłakaną buzię w dłoniach i zaczął cichutko pochlipywać: "Daj niam, dobe niam..." Byliśmy nieugięci i musieliśmy nawet hamować zapędy miłej młodziutkiej sprzedawczyni, która dała się złapać i ulitowała się nad bieduśkiem. Ale wstrętni ci rodzice... A było już tak blisko.

Chcieliśmy iść jeszcze do sklepu z produktami benedyktyńskimi, ale widmo kolejnego cyrku o "kiebaśki" albo "siocie" (soczek) skutecznie zniechęciło nas do zabierania tam Andrzejka. Rozdzieliliśmy się więc i ja poszłam na poszukiwanie cudownej konfitury (była, ale jaka droga, 14zł za nieduży słoik) i "Piwa Szafarza" dla męża, a chłopaki poszli się przewijać do toalety (kochani Benedyktyni, pomyśleli nawet o przewijaku). Potem droga powrotna, znowu cyrk o tramwaj, potem dom i cyrk, bo mały nie chciał obiadu... wymiękam.

Nasze "pamiątki, czyli dla każdego coś miłego:) (podpiwek jest bezalkoholowy, więc nawet ja mogę go pić - bez obawy, że urodzę pijane bobo;p)


Niech mnie ktoś pocieszy:(

10 komentarzy:

  1. Oj, oj widać nie był to najlepszy dzień Jędrusia. :( dobrze jednak, że stoicki spokój Was nie opuścił :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierz mi, różne myśli chodziły nam po głowach;p

      Usuń
  2. Mam nadzieję, że jednak było miło. :) Mimo wszystko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy synek nie dokazywał-tak, bardzo:)

      Usuń
  3. tulę Cię na pocieszenie...
    podziwiam za cierpliwość i wytrwałość! jesteś niesamowita :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, ale to, że Andrzejek nie dostał w pampersa to głównie zasługa męża. Siła spokoju. Ja się od niego uczę:)

      Usuń
  4. Przytulam. Znam to niestety z doświadczenia.
    Kiedyś to minie, prawda? ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. och... ale mamy nadzieje ze mimo wszystko byl to udany dzien!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poza paroma fragmentami wyjętymi z życiorysu - było super:D

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...