niedziela, 21 lipca 2013

Wspólny front









Nasza rodzina staje właśnie w obliczu pierwszych kłopotów wychowawczych. Chociaż Andrzejek nie ma jeszcze nawet półtora roku, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż wchodzi on w fazę owianego wieloma legendami buntu dwulatka.Są już wszelkie objawy:

-chęć decydowania o sobie: na spacerze Jędruś chce decydować o jego kierunku i celu, a następnie o tym, jak będzie się bawił.  Rano osobiście wybiera, w co będzie ubrany. Pije z z naczynia, które sam sobie przyniesie. Jeśli rodzice uznają jego wybór za niewłaściwy, zaczyna się krzyk.

-mniej lub bardziej absurdalne zachcianki (np. ostatnio piosenka o "Panu Tik-taku"dowolną ilość razy dziennie, a do zabawy łyżeczka i otwieracz do puszek lub ewentualnie tłuczek do mięsa). Jeśli nie zostaną one spełnione, następują liczne próby wymuszenia.

-próby wymuszenia: zaczyna się od ciągnięcia rodziców za dół ubrania ze słodką minką i trzepotem rzęs. Potem jest obraza śmiertelna: Andrzejek odwraca się na pięcie, odchodzi kilka kroków, zwija się w kłębek na ziemi i zaczyna pochlipywać. Jeśli i to nie pomaga, zaczyna się histeria.

-histeria: dzikie krzyki, wierzganie, kopanie, rzucanie się na ziemię i płacz z bezdechami.

Jak wielu rodziców przed nami i pewnie wielu po nas, również i my staramy się hamować dyktatorskie zapędy naszego synka. Sęk w tym, że... na zupełnie różne sposoby.

Każde z nas - rodziców - ma inne wzorce wyniesione z domu, inne doświadczenia, a co za tym idzie, inną wizję wychowania własnych dzieci. Pobierając się, mieliśmy niemal identyczną hierarchię wartości i zakładaliśmy, że chcemy wychować nasze dzieci na porządnych, uczciwych  ludzi. Na katolików i patriotów. Konia z rzędem jednak tym, którzy już przed ślubem ustalają, czy pozwolą swojemu roczniakowi wspinać się na stół, a dwulatkowi decydować, co na siebie włoży i co będzie jadł na śniadanie.
My tego nie zrobiliśmy i teraz, gdy przychodzi nam zmierzyć się z pierwszymi dziecięcymi widzimisiami, ścieramy się ze sobą niczym słynne poznańskie koziołki. I, wstyd się przyznać, dziecko często to słyszy.

Mój mąż bardzo kocha swego pierworodnego. Zjeżdża z nim na zjeżdżalni, pozwala mierzyć swoje buty i uderzać się czołem w splot słoneczny.
Jest jednak zwolennikiem wychowania twardą ręką: jego zdaniem dziecko ma być przede wszystkim posłuszne. Gdy to on ubiera rano małego, nie ma mowy o jakimkolwiek sprzeciwie. Może nie ubiera go siłą, ale nie daje mu możliwości wyboru. Wodę zawsze wlewa do niekapka, bo nie chce potem wycierać podłogi i przebierać Andrzejka. Nie pozwala włączać "Pana Tik-taka", bo ma go już dość i nie daje Jędrusiowi do zabawy łyżeczek, bo nie będzie ich potem zbierał po całym domu. Jedzenie każe miksować, bo takie synek je szybciej i w większej ilości. Karmi do momentu, aż  zje wszystko lub zaczyna prowokować wymioty.
Gdy Jędruś płacze z powodu jakiejś odmowy, mówi tylko "nie dostaniesz tego"/"nie możesz tam wejść"/"nie będziesz w kółko słuchał tej piosenki" i uważa sprawę za zakończoną.
 Nie chce go brać na ręce, a tuli wtedy, kiedy jemu samemu się na to zbierze.

Mnie bliżej do poglądów mojego śp. dziadzia, który, gdy odkrył, że jego synek, a mój wujek popala z kolegami, kupił sobie i jemu po paczce "Sportów", po czym wujka zaprosił na wspólne palenie i "dopingował" tak długo, aż wujek był półprzytomny i bliski torsji. Metoda okazała się stuprocentowo skuteczna.
Nie jestem co prawda aż tak liberalna, ale uważam, że dziecku można od czasu do czasu ustąpić - np. puścić piosenkę, o którą prosi, pozwolić bawić się łyżeczkami i pić po dorosłemu nawet jeśli trzeba go będzie przebierać.
Jestem zdania, że podejmowania decyzji trzeba się nauczyć, podobnie jak unikania niebezpieczeństw. A tego - o ile to możliwe - najlepiej uczy się na własnych błędach. To dlatego pokazałam synkowi, jak się "robi" ogień i pozwoliłam zbliżyć palec do płomienia. Dziś unika ognia. Dałam dotknąć lodu z zamrażarki. Pozwalałam raczkować po śniegu, a kiedy miesiąc temu Jędruś wsypywał sobie żwirek za bodziaka, powiedziałam tylko, żeby tak nie robił, bo będzie mu niewygodnie. Po chwili rzeczywiście przyszedł spłakany, pokazując obolałe plecki. Do tej pory już niczego nie włożył sobie pod ubranie.
Biorę na ręce, czasem jeszcze noszę, często przytulam. Od razu reaguję na płacz, a jeśli czasem się na coś nie zgadzam, staram się tłumaczyć, dlaczego. Generalnie jestem dużo łagodniejsza od męża i na znacznie więcej gotowa Andrzejkowi pozwolić.

Synek dostrzega tę różnicę. Przy mężu, gdy zostają sami, zachowuje się podobno spokojnie, daje się usypiać, je jako-tako (karmiony papką) i nawet czasem sam bawi się w kojcu.
Przy mnie co chwilę domaga się uwagi, z jedzenia (zachęcam go do samodzielności) robi cyrk, za Chiny Ludowe nie daje się uśpić o stałej porze i sam pada ze zmęczenia akurat wtedy, gdy trzeba mu dać następny posiłek, a z kojca wyłazi po pół sekundy.
Czyżby ojcowska kindersztuba była lepsza od rodzicielstwa bliskości, które chce praktykować mama?
 
Oboje z mężem mamy świadomość, jak ważne jest, by rodzice stanowili jeden front. Jedność rodziców to poczucie bezpieczeństwa dziecka. Sprawia, że ono wie, na czym stoi. Teraz może rzecz dotyczy piosenki, którą ja włączam, a tatuś przerywa, wyciągając z kontaktu kabel od odtwarzacza - niby nic. Ale co będzie, gdy zaczną się gadżety, imprezy, późne powroty i randki?

Kogo słuchać, gdy jedno pozwala, a drugie zakazuje? Ano tego, którego zdanie bardziej mi się podoba. No bo w końcu nawet jeśli tato ukarze za nieposłuszeństwo, to mama karę anuluje, bo przecież ona pozwoliła. I jak wychowywane w ten sposób dziecko ma mieć jasny, spójny światopogląd? Zamiast pewności jest dezorientacja. Zamiast opoki - grząski teren. I skąd tu brać poczucie bezpieczeństwa?



Z drugiej strony - czy powinnam stanąć po stronie męża nawet, jeśli kompletnie się z nim nie zgadzam i w żaden sposób nie możemy wypracować kompromisu? 

Jak wtedy reagować?

Jak wy sobie z tym radzicie?

4 komentarze:

  1. To jak u nas, wspólny front wypracowany tylko w sytuacjach krytycznych typu pojawienie sie przeklenstw. Tylko faktycznie to ja z chłopakami jestem cały dzien wiec ja wychowuje po swojemu a tata po swojemu czasami :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Trudny temat, tak jak i trudna sytuacja. Najlepiej byłoby usiąść i na spokojnie opracować wspólne zasady, ale czy to wypali na dłuższą metę?

    OdpowiedzUsuń
  3. no ciężko ustalić wspólny front jak się jest wychowywanym w innych rodzinach:)
    u nas jest podobnie... moja milość swoje a ja swoje w końcu staje ma moim:D po długich rozmowach i czasami kłótniach, moje argumęty stają sie silniejsze.
    więc trzymam bardzo mocno kciuki za Was:D

    OdpowiedzUsuń
  4. To jest bardzo trudne,też często mamy z mężem odwrotne zdanie, ale jakoś powoli dochodzimy do wspolnej decyzji, powodzenia :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...