piątek, 12 lipca 2013

Toniemy!!!

Ciasno nam. W wyniku chwilowej konieczności mieszkamy - dwoje dorosłych i wszędobylskie małe diablątko - na 34m2.
I może nie byłoby tak źle, gdyby nie pokaźne kolekcje należące do moich Mężczyzn.

Pierwsza - własność poślubionego mi pracownika naukowego i od niedawna doktora nauk społecznych - zajmuje 2 wysokie regały, 2 szklane gabloty, stertę pudeł, część barku i dno szafy z ubraniami. Spora jej część została wyniesiona do podobnej wielkości lokum teściowej, a ona sukcesywnie znosi nam kolejne okazy, z którymi nie mamy już co zrobić. To, co nie zmieściło się w dwóch małych mieszkankach zostało wywiezione przy okazji wyjazdu na Wielkanoc i pokutuje na strychu u moich rodziców.









Tymczasem na własne zbiory cudem udało mi się wywalczyć DWIE nieduże półki, z których jedną dodatkowo musiałam podzielić się z Andrzejkiem i jego woluminami. Reszta również czeka na zmiłowanie w moim domu rodzinnym.

Druga kolekcja dzielnie walczy o miejsce z pierwszą. Zajmuje  2 duże szuflady z jędrusiowej komodzie, 3 pudełka na szafce, górną powierzchnię tejże, sporą część podłogi i w dzień niemal całe łóżeczko, a w nocy siedzenie standardowej kanapy z kompletu "Bieszczady". Analogiczną ilość okazów przechowuje babcia piętro wyżej oraz druga babcia i dziadek w Krośnie, ale ci ostatni są w o tyle komfortowej sytuacji, że mają ponad 100m2 samej powierzchni piwniczno-strychowej. Oto mała próbka:









A są jeszcze 2 pudła puzzli piankowych, mata muzyczna, pudełko zabawek z drewna, wór zabawek kąpielowych w łazience...

Obie kolekcje systematyczne się powiększają, zajmując coraz to nowe obszary naszej i tak niewielkiej przestrzeni życiowej. Do męża uśmiechają się coraz to nowe pozycje piętrzące się na "taniej książce", a on nie może patrzeć na ich smutne miny i słuchać błagalnego "Przygarnij Książkę". Do tego masa kserówek - tych z własnych studiów i tych dla własnych studentów. Brrr...

Zabawki tymczasem przychodzą do nas same. Na palcach mogę policzyć te, które kupiłam małemu ja lub mąż. Były to: karuzela do łóżeczka, drewniana piramida, chodzik-pchacz, 2 grzechotki, może ze 2 piłki i ostatnio koło ratunkowe + pływaczki. No i malutkie autko, za które musiałam zapłacić, kiedy Andrzejek porwał je ze sklepowej półki i nie chciał oddać. Cała reszta jest od babć, cioć i wujków, do których nie docierają delikatne sugestie, że mały zabawek ma już za dużo, a od tych, które ma, i tak woli wszystko, co znajdzie w kuchennych szafkach. No bo przecież nie wypada tak do dziecka z pustymi rękami, a co kupić na prezent, jak nie zabawkę! Niech się malutki ucieszy!

A potem rodzice muszą patrzeć na niewyraźne miny gości, kiedy dziecko, zamiast tulić pluszaka albo grać na kolejnej duperelce z guziczkami, rzuca się na metki odcięte pluszakowi i mierzy opakowanie po grającej duperelce - może będzie z niego dobry hełm?

Pomijam już fakt, że zarzucanie dziecka od małego gadżetami z okazji lub bez to najprostszy sposób wychowania roszczeniowego materialisty. Dlatego dojrzewam do decymacji jędrusiowych zbiorów - dla niego i potencjalnego rodzeństwa zostawię okazy wartościowe i te ulubione, a resztę oddam potrzebującym.




2 komentarze:

  1. Co za znajomy widok.. My się już ledwo mieścimy z rzeczami, aż boję się pomyśleć co będzie jak dojdą zabawki Gabi...

    OdpowiedzUsuń
  2. Skąd ja to znam,mówie o rzeczach maluszka, bo jeśli chodzi o książki to mój mąż niestety nie lubi czytać, za to ja uwielbiam :-)ale wracając do zabawek u mnie przy dwóch córeczkach doszło już do tego, że zabroniłam wszystkim kupować zabawek o dużych gabarytach,jak już to mają zgodę tylko na malutkie, pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...