czwartek, 30 października 2014

Hurra!!!

Warto było wczoraj wysiedzieć się 2 godziny na twardym krześle z powodu poślizgu w poradni rehabilitacji, a nawet być mimowolnym świadkiem najeżonej przekleństwami kłótni woniejącej używkami rozmaitymi pary rodziców jednego z małych pacjentów.

Dlaczego?
:)))

Julian może nieśmiało wracać do chusty. Oczywiście mam obserwować, czy znów się nie wygina, a jeśli tak, to pożegnać szmatę raz na zawsze, ale dla nas to szansa. Myślę nad konsultacją ws. przypomnienia wiązania plecaka:) 

Jul nie musi już jeździć cały czas na płasko. Dozwolona pozycja półleżąca, a na krótko nawet półsiedząca. A kiedy Julo już trochę się wprawi - witaj, Caretero Primusie, koniec fajdania brokułem aucianego fotelika:)

No i Juliano - przynajmniej na razie - nie musi nic ćwiczyć. Pani doktor orzekła, że bardzo ładnie się rozwija i wystarczy kontrola za miesiąc:)

Przy okazji i Andrzejek załapał się na konsultację - już nie musi nosić obcasów Thomasa. Z radości aż poszliśmy do naszego ulubionego sklepu z butami i kupiliśmy mu nie tylko nowe kozaki, ale też nowe trzewiki:) W ramach wspierania polskich marek, z których jesteśmy zadowoleni - znów Ani-But (hej hej, chcemy współpracować:p)

A na koniec to, co bardzo spodobało się pani doktor - w wersji domowej. Filmik pierwszy sprzed prawie dwóch tygodni, drugi - przedwczorajszy:)






A teraz pakuję się do łóżka, bo z poradni chyba przywiozłam sobie jakieś choróbsko:/

poniedziałek, 27 października 2014

On rozwala mnie...


Jędruś chyba zaczyna rozumieć przenośnie...

A: Mama, coś bym zjadł.
M: Dobrze, a co byś chciał?
A: Może coś słodkiego? (I mina a la kot ze Shreka)
M: To może gruszkę?
A: A mogę zjeść stopę Julianka?

***
 Jędruś się identyfikuje...

M(do Julka): No kto jest kochanym małym mopsikiem?
A: Julian. A ja jestem Jeksiem. I zjobię sobie z desek budę z kółeczkiem i będę jobić Auuu, i hau hau, i będę przybijał pieczątką.

 ***

Jędruś śpiewa.
Idzie mu coraz lepiej, czasem nawet utrzymuje właściwą melodię:)
Za Chiny nie chce jednak zaśpiewać do kamerki, muszę znaleźć jakiś sprytny sposób.

Repertuar naszego małego piosenkarza jest dość szeroki - od podwórkowych wariacji na temat "wlazł kotek na płotek" (Wlazł kotek na płotek/uderzył go młotek/I tejaz na płotku jest plama po kotku lub Wlazł kotek na płotek/po żejdzi/najadł się kiełbasy i śmiejdzi) przez piosenkę z czołówki "Czterech pancernych" po żurawiejki i poważne pieśni patriotyczne.
Jędruś, co tu ukrywać, śpiewa je jednak bez zrozumienia - nie wymagajmy cudów od dwuipółlatka...
W każdym razie często wychodzą z tego różne kwiatki np. hit z dzisiejszego ranka:

"Majsz, majsz Polooonia
Nasz dzielny nawooozie..."

***

Jędruś zadaje pytania. W cholerę pytań. Jakiś czas temu mieliśmy etap "Co to?", potem była era: "A po co?", a teraz płynnie wchodzimy w epokę "Dlaczego?" Przykład z wczoraj:

A: Mamo, mogę wylać tą zupę na podłogę?
M: Nie, nie możesz - powinieneś ją zjeść.
A: Mamo, dlaczego ja muszę zjeść zupę?
M: Żebyś był silny.
A: A dlaczego mam być silny?
M: Na przykład żebyś dał radę jechać rowerkiem na plac zabaw.
A: A dlaczego?
M: Żeby móc się fajnie bawić.
A: A dlaczego?
M: Nie chcesz się bawić?
A: Nie.
M: A co chcesz robić?
A: Chcę wylać zupę na podłogę. Mogę?
M: A dlaczego chcesz wylać tę zupę?
A: A dlaczego pytasz?

Wylał. Przy okazji ochlapał swoje spodnie.

A: Mamo, przebierz mi spodnie!
M(podaję Andrzejkowi szmatę, sama biorę drugą): Najpierw pościeramy podłogę i umyjemy krzesło.
A: Ale moje spodnie są mokje!
M: To dlatego, że wylałeś na nie zupę.
A: A dlaczego wylałem na nie zupę?

niedziela, 26 października 2014

O Legionach - dla wybranych

Dziś na początek - wyjątkowo zdjęcia.


Byliśmy na wystawie. Wspaniałej, pięknej, wartościowej.
Wyszliśmy stamtąd wstrząśnięci, zmieszani i pełni podziwu.
Myć się w wydrążonej dyni?
Mieszkać w ziemiance?
Spać na wąskiej drewnianej ławce pod pod własnym płaszczem?
Podgrzewać podłe konserwy w zardzewiałej blaszanej menażce nad małym ogniskiem rozpalonym w okopie?
Strugać krzyże dla kolegów, z którymi jeszcze tego samego dnia się rozmawiało?





Jak dziś się przekonaliśmy - można, jeśli tylko ma się odpowiednią motywację. A żołnierze Legionów Polskich najwyraźniej ją mieli i za to zawsze będę ich podziwiać.

Wystawa to "Legionowe Kadry". Zorganizowało ją krakowskie Muzeum Historii Fotografii. Kto ciekaw, niech pędzi na ulicę Józefitów, bo ekspozycja jest czynna jeszcze tylko do końca października. Szczerze polecam.
Trafiliśmy akurat na dzień ze wstępem wolnym, obsługa była bardzo miła i życzliwie patrzyła na nas i naszego niemowlaka, który bardziej niż wystawą, zajęty był czarowaniem wszystkich dookoła:







Mam tylko jedno małe "ale"...
Jeśli chce się ją zwiedzić, nie można być:
  • z małym, ciekawskim dzieckiem chodzącym swobodnie
  • osobą niepełnosprawną
  • samotną kobietą z małym dzieckiem w wózku.
Miałam to szczęście, że wybrałam się razem z mężem i Julkiem, a Jędrusia zostawiliśmy z babcią.
Nie mam ani cienia żalu za brak przewijaka w toalecie - tak małej, że nie byłoby nawet jak tego przewijaka rozłożyć. Karmiłam też we wspomnianym kibelku, bo specjalnego miejsca po temu nie było. Ale że kibelek względnie czysty i ciepły, to wolę dyskretnie tam niż w salach wystawowych i nie ma co robić o to larum.

Gdybym natomiast na tę ekspozycję musiała wziąć też starszego synka, natychmiast musiałabym płacić za szkody.
Aparaty podróżne z czasów międzywojnia




Delikatne szklane stoły są naprawdę ładne, ale moment nieuwagi i... no właśnie.
Do tego jeszcze dokumenty leżące na stoliku tak, że można by je po prostu wziąć - aż kuszą, żeby zrobić z nich origami, a dwu-trzylatek nawet nie zwróci uwagi, że tarmosi świadectwo nadania orderu Virtuti Militari...

Gdyby natomiast nie było przy mnie męża albo gdybym, nie daj Boże, była osobą niepełnosprawną poruszającą się na wózku...





sobota, 25 października 2014

Chyba odzyskałam jaja.

Źródło: galinex.pl
Mam kolejny powód by ozłocić teściową.
Poważnie. Nie mam tylko - czym.

Tytułem wstępu: Mama męża często przynosi nam różne smakołyki, a że wie, jaką dietę stosuję, od progu ostrzega jeśli czegoś jeść nie powinnam.
W niedzielę, podczas mojej bytności w kościele, przyniosła ciastka, a że mąż żadnych ostrzeżeń mi nie przekazał, zdziwiłam się, skąd teściowa wytrzasnęła bezmleczno-bezjajeczne biszkopciki, po czym, usłyszawszy, że mąż nie wie, zjadłam kilkanaście za jednym posiedzeniem.
Kiedy następnego dnia mama męża przyszła i zobaczyła mnie z nadgryzionym ciachem w łapie, zapytała: To A. ci nie mówił, żebyś ich nie jadła? Tam są JAJA.

Kęs pysznego biszkopta stanął mi w gardle i chyba wyrosły z niego kolce.
Mogłam się upewnić - myślałam. Moja mała bida, tak ufnie ssie moją pierś, a ja przez własną głupotę i łakomstwo skazałam go na biegunkę i kolejne swędzące wypryski.

Poprzednio po omyłkowym zjedzeniu kanapki z masłem na śniadanie czy rosołu na mięsie wołowym na obiad paskudztwo pojawiało się jeszcze tego samego dnia.
A tu mija poniedziałek i nic. Wtorek - i nic. Środa rano - nadal nic. Zadzwoniłam do julkowej alergolog, nie odebrała. Nic to, raz kozie śmierć, kupiłam jajka i dodałam jedno do masy na kotlety mielone.
Środa - nic.
Czwartek - nic.

Na dziś mieliśmy zaplanowanych gości. By mieć ich czym podjąć, zrobiłam szarlotkę. Na cieście z żółtkami na twardo (przepis TU), pod pierzynką z białek i waniliową kruszonką.
Niby nic niezwykłego, na dodatek z bezmleczną margaryną zamiast masła, ale uwierzcie - dawno nic mi tak nie smakowało. Wegańskie ciasta się chowają.

Tymczasem poobserwuję mojego atopika jeszcze parę dni.
A jeśli nic mu się nie będzie działo - myślę, że moja radość będzie porównywalna:


środa, 22 października 2014

Dzień Babci

Tak, to nie pomyłka! Dziś co prawda nie 21 stycznia, ale jeśli Julian ogłasza Dzień Babci, to tak musi być i ja się z nim kłócić nie będę.
Tak więc dzisiejszy wpis dedykujemy Babci Gosi oraz Babci Bogusi:)


poniedziałek, 20 października 2014

Złapał katar Katarzynę...

a raczej Andrzeja i Juliana.

Tylko dlaczego akurat rano w dniu, kiedy mieliśmy odwiedzić dawno niewidzianych znajomych i ich pięciomiesięcznego synka?

Dlaczego śpiki nie dają znać o sobie za dnia, za to w nocy mamy istny koncert na dwa głosy?
Pierwszy raz od nie pamiętam kiedy Julo obudził się po wieczornym karmieniu. Nie pomogło odessanie, nasivin, nawilżacz, inhalacje nebulizatorem, książki pod materacem, czosnek nad łóżeczkiem, parówka z tymianku, nic. Darł się bite pół godziny i zasnął dopiero po włożeniu do fotelika samochodowego. OK, skoro tak mu lepiej...

Dlaczego mąż ma jutro pracę w dokładnie takich godzinach, w jakich przyjmuje nasza pediatra - i to w dodatku przedpołudniowych, żeby przypadkiem nie mogła mi pomóc teściowa... Wiadomo, i tak nie pójdę tam z samym katarem, ale w razie "W"...

No i jak można uczulić się na maść majerankową, no jak? Buuu...

Na szczęście poza gilami do kolan chłopcom nic nie dolega, nawet na spacerze dzisiaj byli.
Oby nie trzymało ich tydzień, bo po siedmiu nockach bez snu chyba odwiozą nas w kaftanach do wariatkowa.

A na koniec moi dzielni mali piloci:



piątek, 17 października 2014

Ja mama.

Pół roku temu urodziłam Julka.
Sześć miesięcy upłynęło od drugiego cesarskiego cięcia.
Nadal nie odzyskałam swojego cyklu. Hormony buzują, chodzę podminowana, jakbym miała ciągły PMS.
Tarczyca szaleje. Z niedoczynności w nadczynność i z powrotem przy minimalnych zmianach dawkowania Euthyroxu. Raz rozsadza mnie energia, raz spałabym całą dobę.
Jak się okazuje - odzyskać dawną figurę a odzyskać dawne ciało to dwie zupełnie różne rzeczy. JA zrzuciłam już wszystkie nadprogramowe kilogramy i odzyskałam dawny obwód talii. Brzuch też jest względnie płaski, biust nadal trochę większy niż przed ciążami. Mieszczę się w ubrania z końca podstawówki.
Włosy lecą. Nie garściami, ale wypadają. Na skroniach widać to dość wyraźnie.
Na brzuchu tygrysie paski i trochę za luźna skóra, która raczej nie wróci już do stanu sprzed dzieci.
Blizna po cięciach ładnie się zgoiła i jest mało widoczna. Nadal jednak nie mam w niej pełnego czucia. Odzywa się za to na zmiany pogody.
Ale i tak jestem z siebie dumna. Ja, chudzina, nad którą rodzinka wydziwiała, że lepszych do trumny kladą, donosiłam dwóch dorodnych młodych mężczyzn. 
Karmiąc ich piersią dałam/daję im to, co najlepsze - oprócz miłości również hormony, przeciwciała i masę innych niepodrabialnych dobroci:) A mleka mam tyle, że - gdyby Andrzejek tylko zechciał - śmiało mogłabym karmić tandem. 

Także kobitki z niedowagą i małym biustem - nie dajcie sobie wmówić, że nie możecie karmić. 
A jeśli ktoś Wam to wmawia, to pokażcie mu moje zdjęcie sprzed ciąż (są tu np. ślubne)
i powiedzcie, że ten patyczak na zdjęciu karmi już w sumie prawie dwa lata i jego dzieci mają się jak najlepiej;p


Pieluszkowe zapalenie mózgu poziom hard.
Mój świat kręci się teraz wokół dzieci. Koncentracja na czymkolwiek innym - leży i kwiczy, choć pewnie nie bez winy jest tu moja walcząca o przetrwanie tarczyca.
Czytam głównie wiersze Tuwima i najnowsze wytyczne rozszerzania diety.
Nawet z plasteliny najlepiej wychodzą mi dzidki;p
O powrocie do pracy nawet nie myślę - choć pewnie powinnam. Ale ja wciąż jestem duchem na kanapie z Julkiem u piersi i na placu zabaw z Jędrusiem.
Widząc w sklepie bluzkę, zanim jeszcze pomyślę, naciągam jej dekolt, żeby sprawdzić, czy da się w niej karmić piersią.
Spisując codziennie listę zakupów bezwiednie zaczynam od rzeczy dla dzieci.
Co wieczór obiecuję sobie, że po uśpieniu chłopców pomaluję sobie paznokcie, ale najpierw przepieram polarki do pieluch Jula, potem idę gotować obiad dla nas lub zupki dla Julasa, potem siadam do kolacji połączonej z pisaniem posta, filmem lub plasteliną - i w końcu zapominam;p
Podobnie jest z książkami, odświeżaniem wiedzy zawodowej, segregowaniem zdjęć i jeszcze paroma innymi rzeczami.



W duchu same sprzeczności. Zespół afektywny wielobiegunowy. A jeśli coś takiego oficjalnie nie istnieje, to powinno powstać specjalnie dla młodych mam.
Kocham mojego męża, ale non stop czymś mnie wkurza.
Żeby nie zdziadzieć do reszty, co rano układam włosy we w miarę staranny koński ogon lub kok i nakładam na twarz podkład albo chociaż korektor. Patrzę wtedy na siebie w lustrze i w ciągu minuty potrafię płynnie przejść od "jest super" do "wyglądam jak krowie spod ogona, A., że ty się jeszcze ze mną nie rozwiodłeś...".
Moje dzieci kocham przeogromnie. Nie przeszkadza mi to jednak n razy dziennie walczyć z samą sobą, żeby nie wlać Andrzejkowi za kolejne ekscesy. Chwilę później i tak wzruszam się do łez, kiedy Jędrula wręcza mi wymiętolonego liścia i czapeczkę żołędzia, mówiąc: "Mamusiu, właśnie takiego szukałem. To dla ciebie". Albo kiedy zakłada na swój dwuipółletni paluszek moją ślubną obrączkę.
 Raz pękam z dumy, że dzieci nauczyły się czegoś nowego, innym razem zapadam się pod ziemię, bo syn starszy drze się na cały blok z powodu słoika oliwek, który nie stoi już tam, gdzie on go wczoraj postawił albo kiedy kolejny raz domaga się zaśpiewania piosenki, której nie cierpię.
Jednego dnia jestem mistrzem zen - wszystko wali się na głowę, a ja potrafię set razy tłumaczyć, jak narysować kółeczko. Kolejnego z byle powodu rzucam wszystkim, co mi się nawinie i czuję się jak Shrek sfrustrowany nieustanną opieką nad trojaczkami. Codziennie mam całą skalę.
Modlitwa... nawet na mojej linii z Panem Bogiem dominuje temat dzieci. Dwa najczęściej "myślane" zdania to "miej ich w Swojej opiece" i "Daj mi cierpliwość do tego gagatka, bo kiedyś w końcu się doigra". A zwykle oba naraz w tej właśnie kolejności.


Stopy 3-miesięcznego Julka. To zdjęcie przywodzi mi na myśl pro-liferską wpinkę w klapie mojego aptecznego fartucha:)


środa, 15 października 2014

Rany Julek! Pół roku:D

Pół roku! Nie do wiary... mój Juleczek, moja kruszynka, mój mały pomarszczony mopsik ma już pół roku.
 
Z niecałych 3,5kg zrobiło się prawie 8, z 56cm wzrostu - 73cm. W użyciu ubranka, w których Andrzejek CHODZIŁ w pełnym znaczeniu tego słowa. Jul potęgą jest i basta:p Do tego dziś rano temu poważnemu mężczyźnie przebił się drugi ząb.

Dietę konsekwentnie rozszerzamy - w jadłospisie, oprócz maminego mleka na żądanie (ok. 7-8 razy dziennie) króluje zupa marchwiowo-ziemniaczana z kaszą manną. Takiej mikstury Julcio wtrynia już ok. 50ml na porcję, a czasem chce jeszcze.
Od wczoraj zaczęłam też wprowadzać dynię, ale na razie nie może się do niej przekona, więc daję ją osobno przed zupką.
Ponieważ Julek jeszcze nie siada (a ja go nie sadzam), posiłki podaję mu nadal w formie papki.
Myślę jednak, że jeszcze miesiąc, a zastanowimy się nad jakimiś małymi grudkami. BLW odkładam do momentu, aż mały będzie pewnie trzymał się w pozycji siedzącej bez podparcia.

Ponieważ Julo ostatnio bardzo się wydłużył, a mało przybrał i trochę zbladł, pani doktor zleciła morfologię. Hemoglobina wyszła na dole normy i tak z dodatków do diety doszło nam żelazo - mam dawać Julkowi saszetkę Actiferolu po 7mg co drugi dzień - i po trzech miesiącach powtórzyć morfologię. Czekamy też na wynik kontrolnego badania TSH i hormonów tarczycy, ale jestem dobrej myśli.

A tak w ogóle to miesiąc szósty ogłaszam Miesiącem Rewolucji:

Spacerówka.
Zupka.
Zęby.
Pieluchy wielorazowe.
Pełzanie.
Turlanie.
Raczkowanie?

O przesiadce do nowego siedziska już pisałam (klik). Niestety - mus to mus, w gondoli Julo nie miał już gdzie podziać kończyn:/

Co do zupy, nie będę się powtarzać (o pierwszej zupce - tu), ani pisać więcej osobnych postów tylko i wyłącznie o rozszerzaniu diety. Jest fajnie, mały wsuwa łyżeczką. Ba, najchętniej wsuwałby razem z łyżeczką. Chociaż wczoraj mi pluł, ale poczytuję to sobie za komplement, bo z braku ekowarzyw podałam Julkowi ulubiony słoik jego starszego brata: ziemniaczki z młodą marchewką Hipp. Czyli mamina kuchnia wymiata:D

 Zęby - idą spokojnie. Wieczorem Julo trochę kwęka, ale smaruję dziąsło Dentinoxem i mały momentalnie zasypia.
Jak dotąd ząbkowanie nie przeszkadza mu w spaniu - nadal przesypia całe noce.

Pieluchy? Mój nowy konik. Świetna sprawa. Julek chyba nie widzi różnicy między nimi a pampersami. Pełna akceptacja i pełna współpraca.

Pełzanie. Taaak, po pierworodnym, który zaczął pełzać zanim skończył 4 miechy, wyczekiwałam niecierpliwie kolejnego małego żołnierza w domu. I Julek pełzać zaczął, ale chyba mu się nie spodobało. Przepełznie powoli metr, góra półtora, i kombinuje z innymi sposobami zmiany lokalizacji.

Turlanie. Choć Julo z pleców na brzuch i odwrotnie przetacza się już od dawna, dopiero kilka dni temu wpadł na to, że w ten sposób można się przemieszczać. Ale kiedy już spróbował, czołganie się odeszło w zapomnienie.

Raczkowanie. Najnowszy hit. Julo staje na czworaka, buja się, umie z tej pozycji podnieść na moment jedną rękę albo odrobinę przesunąć do przodu jedną nogę. Ale próby połączenia tego w jakąś spójną całość jak na razie kończą się ucałowaniem ziemi (czyt. materaca lub maty)

 W julczynym gadaniu chwilowo epokowych postępów brak. Gaworzenie (ma-ma, ba-ba, da-da) zdarza się sporadycznie. Zwykle są ciągi przypadkowych sylab i stare dobre głużenie.

Manualnie Julek chyba radzi sobie nieźle. Nie bije jeszcze braw ani nie robi "papa", ale potrafi już trzymać w łapkach dwie zabawki jednocześnie i obie naraz pakować do buzi. Obraca w dłoniach zarówno sporą piłkę jak i spinacz do bielizny, umie złapać w piąstkę zakrętkę od Dentinoxu. Ulubioną zabawką są jednak worki foliowe. Im bardziej szeleszczące tym lepsze. I ja mu je (zlinczujcie mnie) do zabawy daję - oczywiście cały czas nadzorując jego poczynania.




Kolejna zabawka? Gadająco-śpiewająco-głaszcząco-poruszająca się z funkcją gryzaka - starszy brat. Oczywiście dopóki się nie wkurzy, że Julek zaślinił mu trzecie skarpetki;p A tak poważnie - Juluś jest w Andrzejka wpatrzony jak w obrazek i to właśnie Jędruś najlepiej skupia uwagę małego wierciocha podczas czynności higienicznych wymagających chwilowego bezruchu. No i nic nie wywołuje takich salw śmiechu jak "wlazł koootek na płoootek po żejdziii/naaajadł się kiełbaaasy i śmiejdziii"

Rozwój emocjonalny też postępuje w najlepsze - chyba mamy początek lęku separacyjnego, bo Julo bardzo nie lubi zostawać sam - zaraz głośno żali się na swój los. Równie głośno protestuje, kiedy zabierze mu się coś, co akurat międli w paszczy. Na szczęście jednak nie rozpamiętuje straty i łatwo pocieszyć go dozwoloną zabawką.
Mimo tych drobnych zmian Julcio pozostaje najpogodniejszym i najbardziej spragnionym czułości niemowlakiem jakiego w życiu widziałam.

A w miesiącu kolejnym: następne szczepienia, rehabilitacja (i być może - oby - powrót do chusty) i kto wie, może jakieś małe raczkowanko:)


Z lewej - 3 tygodnie. Z prawej wczorajsze:)




niedziela, 12 października 2014

Prezent na pół roczku

Miałam taką jedną fanaberię, z którą wiązał się duży wydatek. Trzeba było tylko znaleźć jakąś godną okazję. Okazała się nią zbliżająca się wielkimi krokami pierwsza "półrocznica" mojego młodszego syna.
Nie lubię rozstawać się z kilkoma stówkami naraz, ale tu, oprócz wizji przyszłych korzyści zdrowotno-środowiskowych, doszła też wizja rychłego zwrotu poniesionych wydatków, a nawet oszczędności.

Tak oto, choć półrocznica właściwa dopiero pojutrze, my prezent użytkujemy już od przeszło tygodnia:)

A co to takiego?

Pieluchy:)

Ooo takie:

A teraz Wam opowiem, jak to właściwie było.

Decyzję, że chciałabym pieluchować wielorazowo, podjęłam już dawno - jeszcze przy Jędrusiu, ale nie miałam błogosławieństwa męża. Kiedy mąż się zgodził, skakałam z radości.

Bity tydzień poświęciłam na przekopywanie sieci w poszukiwaniu rad, porad, plusów, minusów - przestudiowałam nawet wątek o pieluszkowych kryzysach i o tym, jak nawet zaprawione "wielomamy" mają serdecznie dość. Pod wpływem tego właśnie wątku napisałam posta "Wielorazowo mi(?)" - i dostałam to, czego potrzebowałam: wsparcie i konkretne porady od doświadczonej w tej kwestii Oli Uru.
Olu - dzięki wielkie raz jeszcze:D

Potem zaczęłam poszukiwać marki. Kusiły mnie pieluszki marek Milovia i Babyetta, ale na sam widok cen zabolało mnie konto w banku.
Stanęło na sklepie Pupus.pl - to nie jest reklama.
Przetrząsnąwszy stronę na dziesiątą stronę, postanowiłam wziąć na próbę zestaw "Otul mnie" i wybrałam sobie otulacze - dwa PUL-owe z podwójną gumką przy nóżkach, jeden PUL z pojedynczą gumką i jeden minky.
Przesyłkę dostałam... nazajutrz.
Pieluszki okazały się ładne i starannie uszyte.

Która ładniejsza?

Darowałam nawet sklepowi, że pomylił się i przysłał mi trzy otulacze z podwójnymi gumkami. A niech będzie.

Na początku przerażała mnie ilość napek. Czy ja w ogóle będę w stanie to pozapinać?
Poćwiczyłam na miśku i szybko nabrałam wprawy.




Następnego dnia trzy razy wypłukałam wkładki a raz otulacze - strasznie jechały chemią. Kupiłam też wiaderko na brudy i olejek lawendowy do tegoż.
Jeszcze tylko kilka płukań wkładek... i zebraliśmy się na odwagę. A właściwie to ja się zebrałam, bo mój mąż nadal się zbiera;p

Spostrzeżenia pieluchowej świeżynki?
Proszę bardzo:)

Nic mi jak dotąd nie przeciekło. Nawet kupa gigant. W pampie Julo pewnie miałby ją na szyi, ale gumki otulacza dały radę.

Łatwo się je czyści.  Wspomniana już kupa z otulacza spłukała się pod bieżącą wodą. Wiadomo - wyprałam go, ale po samym płukaniu nie było już nic widać. Mikropolarek (wkładka "sucha pupa") wystarczyło potraktować odrobiną Loveli.

Pieluchy schną w okamgnieniu. U mnie po wywirowaniu w 700 obr/min. wkłady chłonne (mikrofibra+mikropolar) potrzebowały ok. 3-4 godzin, podobnie otulacze PUL, wkładkom "sucha pupa" wystarczyła niecała godzina. Nieco zawiódł mnie tu nasz najpiękniejszy i najmilszy otulacz minky - on potrzebował na wyschnięcie całego popołudnia i nocy. Buuu, nie kupię takich więcej.

Chłonność jest nieco mniejsza niż w pampersach. Przy braku kupy muszę zmieniać co ok. 2 godziny. Co ciekawe - choć taka zasiusiana pielucha waży naprawdę sporo, dzięki mikropolarkowi Juluś ma sucho.

Jak dotąd przewrażliwiona pupa Julka reaguje nieźle. Przez pierwsze dwa dni była trochę zaczerwieniona, ale to chyba dlatego, że musiała przyzwyczaić się do braku kremu. Teraz jest już jak pupa niemowlaka:)
W pampku po dwóch godzinach bez kremu byłby już ogień i bąble.

Cały mój stosik (4 otulacze, 16 wkładów chłonnych i 10 szmatek z mikropolarku) zajmuje mniej miejsca niż paczka pampersów:) Otulacze i 2-3 zapasowe wkłady owinięte mikropolarkiem trzymam w organizerze przy łóżeczku. Pozostałe wkłady - w niedużym pudle w szufladzie pod julkowym wyrkiem.

Ułatwienie dla tatusia - wkłady owinięte "suchą pupą" gotowe do wpakowania w (również zmniejszony napkami przeze mnie) otulacz

Pranie - łatwizna. 
Nam wypada co dwa dni.
Najpierw płuczę same pieluchy, a potem dorzucam ubrania chłopców lub własne i piorę w płynie Lovela programem do bawełny z praniem wstępnym w 40st i przy 700obr/min. Do komory na płyn do płukania wkapuję 2 kropelki olejku dla odkażenia i zapachu.

Grubsze brudy zapieram od razu, cieńsze czekają w zamkniętym wiadrze wyłożonym workiem z kropelką olejku. O dziwo - tak potraktowane zużyte pieluszki nie wonieją.

I, co najważniejsze, wygląda na to, że Julciowi jest wygodnie. Raz trochę odcisnęły mu się gumki, ale teraz już umiem je układać i nie narzeka. Ruchów pielucha mu nie krępuje - zmian mobilności w każdym razie nie widać:)
Ponieważ jednak pupa nieco urosła, w garderobie synka pojawiły się już bodziaki i spodenki w rozmiarze 80 - w jednorazówce nadal swobodnie mieści się w 74, a nawet w "duże 68".

Teraz już umiem zakładać je ładniej:)

Wiecie co?
Wkręciłam się:) 
Jedzie już do mnie kolejny otulacz (bo ten z minky po wypraniu za długo schnie i muszę mieć jeszcze jeden bardziej "dyspozycyjny") i po kilka dodatkowych wkładów chłonnych i "suchych pup". Po tym uzupełnieniu mój stosik będzie już całkowicie zadowalający i jeśli nic się nie popsuje (albo jeśli coś nie wpadnie mi w charakterze prezentu) - raczej nie będę go powiększać.
No, chyba, że zechce mi się eksperymentu z kieszonkami i formowankami (halo, producenci pieluszek, tu jestem, chętnie przetestuję;p), ale na razie jestem zadowolona z otulaczy i dumna z siebie:)

Póki co, pieluchy wielorazowe zakładam jednak tylko na dzień i to "po domu" - nie odważyłam się jeszcze wkładać ich na spacer ani tym bardziej na noc. Juluś noce przesypia w całości, te wkłady jednak tyle by nie wytrzymały - a nam się zwyczajnie nie chce wstawać tylko po to, by przebierać małego. Na noc i na wyjścia nadal jest więc pampers.
Zobaczymy jednak - może kiedy wprawię się bardziej, pampy zostawimy sobie tylko w razie biegunki.

A na koniec zadowolony użytkownik:)






piątek, 10 października 2014

Chwalenie się cudzymi sukcesami

Rano.
No dobra, po 10. rano. Jędruś zabawia Julka w łóżeczku, mąż się myje - błogi spokój.
Korzystam - dopijam herbatę, dopieszczając dla Was posta o tym, że wcale nie jestem taka leniwa i niezdecydowana, jak mi się dotąd wydawało;p aż tu nagle rozlega się podekscytowany głosik Andrzejka:

Mamo, Tato popatscie! Julian się buuuja.

Odwróciłam się, patrzę i oczom nie wierzę - faktycznie:) Post o kolorowych wdziankach na julczyną dupkę poczeka.
A po całym dniu polowania z kamerką (i poobcinaniu filmu tak, by usunąć niewybredne żarty mojego małżonka) - z dumą przedstawiam dowód rzeczowy:D



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...