czwartek, 28 maja 2015

Na ostatnią chwilę - mój pomysł prezent na dzień dziecka dla trzylatka

Tak chłopaki będą wyglądać 2 czerwca
Zbliża się dzień dziecka. Przyznam, że trochę zaspałam z prezentami dla chłopaków.
Nie pomyślałam.
Dopiero dziś zdałam sobie sprawę, że nic dla nich nie mam.

A tak chciałam, żeby się cieszyli.

Julo jest jeszcze mały i nie rozumie, o co chodzi z dniem dziecka. Ale Jędruś to co innego. On słyszy - i zapamiętuje. No i oczywiście zapytał, co to jest ten dzień dziecka. Odpowiedziałam, że święto wszystkich dzieci, taki dzień, kiedy rodzice chcą zrobić swoim dzieciakom jakąś drobną niecodzienną przyjemność.
Ucieszył się więc Jędruś, że to tak jak urodziny i że coś dostanie - a matka w popłoch: skąd w dwa dni wziąć fajny i wartościowy prezent dla bajtla bez wydawania fortuny, skoro nie mam nawet pomysłu...

Wstępny pomysł był taki, że robimy święto lodów. I święto lodów będzie - zamierzam zrobić ze 3-4 różne rodzaje, w tym ulubiony przez Andrzejka sorbet truskawkowo-bananowy i lody śmietankowe na cześć udanej prowokacji Julasa śmietaną właśnie. Przepisy wybrane, miejsce w zamrażarce czeka, Thermomix już się niecierpliwi:)

Być może pójdziemy też do sali zabaw - zależy od pogody, jeśli będzie ładna, to może w niedzielę wybędziemy na jakąś wycieczkę za miasto.

Pozostaje kwestia symbolicznego drobiazgu. Chciałam, żeby było to coś, z czego chłopcy się ucieszą, ale Jul ucieszy się nawet z foliowego worka do szeleszczenia albo świeczki herbacianej, z której można wydrapywać wosk. Albo ziemniaka. Ziemniakami ostatnio zdecydowanie najlepiej się rzuca.
Postanowiłam, że Julo dostanie jakąś prostą drewnianą zabawkę do pchania albo ciągnięcia za sznurek, na szczęście sporo takich widziałam w sklepie dziecięcym niedaleko nas.

Większy problem był z Jędrusiem, bo jak go zapytałam, co chciałby dostać, to powiedział, że pieska.
Żywy oczywiście nie wchodzi w rachubę, ale od czego allegro. Znalazła matka pieska, którego Jędruś kocha już teraz, mimo że jeszcze go nie posiada:

A prezentem właściwym będzie to, że Jędruś pierwszy raz dostanie przesyłkę zaadresowaną na JEGO nazwisko:)

poniedziałek, 25 maja 2015

Hashimatka

"Chwaliłam" się już tutaj nieraz swoją chorą tarczycą. Już dawno myślałam o takim poście jakby zbierającą wszystkie te tarczycowe sprawy do kupy.
To, co mi dolega, dokładnie nazywa się przewlekłym limfocytowym zapaleniem tarczycy lub potocznie - od nazwiska pana, który tę jednostkę opisał - chorobą Hashimoto.
Najczęściej diagnozuje się je u "dojrzałych" (powyżej 45 lat) kobiet, ale pojawia się u młodszych, a nawet u dzieci, czego żywym przykładem jestem ja sama.

Choróbsko to polega na tym, że organizm sam wytwarza przeciwciała, które atakują i niszczą jego własną tarczycę, mylnie rozpoznając ją jak wroga publicznego nr1.
A tarczyca - ważna rzecz. Niby mała, bo waży ok. 30-60g, ale poprzez produkowane przez siebie hormony ma wpływ na masę różnych funkcji organizmu.
Produkuje ona trzy hormony: tyroksynę (T4), trójjodotyroninę (T3) i kalcytoninę. Ta ostatnia bierze udział w gospodarce wapniowo-fosforanowej organizmu, natomiast dwa pierwsze, regulując metabolizm cukrów i tłuszczów (tyroksyna pobudza rozpad tłuszczów, wzmaga wchłanianie glukozy w przewodzie pokarmowym i wzmacnia działanie hormonów sterydowych na organizm) mają wpływ na każdą komórkę ludzkiego ciała - od neuronów przez przewód pokarmowy aż po układ rozrodczy.

Pracą tejże tarczycy zawiaduje przysadka mózgowa wydzielająca, w zależności od stężenia T3 i T4 we krwi, tyreotropinę - czyli TSH. To sygnał, że tarczyca ma podnieść produkcję. Im mniej jest hormonów tarczycy, tym więcej TSH wyrzuca przysadka. Kiedy tarczyca wzmaga wydzielanie hormonów, spada produkcja TSH. Mniej TSH=>mniej hormonów tarczycy - i tak w koło Macieju.

I wszystko jest dobrze, dopóki coś tego mechanizmu nie zaburza. W przebiegu choroby Hashimoto tarczyca jest niszczona przez przeciwciała produkowane przez własny organizm. Z początku sobie z tym radzi, narzucając większą produkcję hormonów niezajętej chorobą części. Wykonane w tym momencie badanie wykaże podwyższony poziom TSH i właściwe poziomy T3 i T4.

Kiedy zniszczenie tarczycy postępuje, jej wydolność spada, a wraz z nią - poziomy hormonów. Tymczasem TSH nadal rośnie. Na tym etapie pojawiają się objawy niedoczynności tarczycy czyli między innymi:
  • wypadanie włosów, 
  • nienaturalnie mała potliwość, 
  • skłonność do stanów depresyjnych, 
  • bradykardia (zwolniony rytm pracy serca)
  • spowolnienie, 
  • ciągłe zmęczenie i senność, 
  • zaburzenia koncentracji, 
  • wzrost masy ciała, 
  • nietolerancja zimna, 
  • zaburzenia owulacji, 
  • nieregularne cykle, 
  • kłopoty z zajściem w ciążę
  • skłonność do poronień
  • zaburzenia lub brak laktacji po porodzie
  • bóle stawów i mięśni
 Diagnostyka polega na wykonaniu badań poziomu hormonów (TSH, T3 i T4), poziomu przeciwciał anty-TPO i wykonaniu biopsji lub USG tarczycy.

Choroba Hashimoto często występuje w pakiecie z cukrzycą, insulinoopornością, zespołem policystycznych jajników i paroma innymi niefajnymi paskudztwami.

No i najważniejsze - choroba często występuje rodzinnie. W mojej rodzinie dotąd jej nie było, ale... moich synków badam, szczególnie Julka, wolniej rozwijającego się zmarzluszka. Na razie wszystko u nich ok, ale naz na pół roku obaj chłopcy mają badane poziomy hormonów tarczycy.
Ich niedobór jest szczególnie groźny w czasie ciąży i w pierwszych latach życia, kiedy intensywnie rozwija się układ nerwowy. Leczenie niedoczynności tarczycy jest wtedy szczególnie ważne, by nie dopuścić do powstania tzw. kretynizmu tarczycowego.
Leczenie polega na suplementacji tyroksyny. Występuje ona w różnych dawkach jako Letrox i Euthyrox, jest również składnikiem preparatu Novothyral.
Leczenie kontynuuje się do końca życia w razie potrzeby modyfikując dawki hormonów.

Jak to wyglądało u mnie?
Prawdę mówiąc, to nie wiem, kiedy dokładnie wykryto u mnie niedoczynność tarczycy. Z czasów przedszkolnych pamiętam częste kłucie, a ze szkolnych pobudki na Euthyrox, który musiałam zażyć na godzinę przed śniadaniem.
No i to, że nie zawsze musiałam go brać - czasem mama kazała mi go odstawić, a potem wracałam do niego, kiedy już zdążyłam przyzwyczaić się do spania bez pobudek;p

Teraz, kiedy patrzę wstecz, mieszają mi się już okresy niedoczynności i te, w których poziomy hormonów miałam w normie. Na pewno dłuższe okresy spokoju miałam w liceum i na studiach, a zaostrzenie niedoczynności między poronieniem, a ciążą z Andrzejkiem. W ciąży z Andrzejkiem wszystko się wyciszyło i cieszyłam się, że może będę miała spokój raz na zawsze. A guzik.
Przy Julku niedoczynność wróciła. I właśnie wtedy okazało się, że to nie "zwykła" niedoczynność spowodowana np. niedoborem jodu, a właśnie Hashimoto.

Które z objawów miałam lub mam?
Większość.
  • Senność, zaburzenia koncentracji, skłonności do depresji, spowolnienie - takie ogólne niechciejstwo - te przede wszystkim.
  • Zrobił się ze mnie okropny zmarzluch.
  • Jakoś na przełomie podstawówki i liceum w ciągu kilku miesięcy straciłam prawie połowę włosów.
  • Kłopoty z cyklem - zaburzenia długości cyklu, cykle bezowulacyjne i zaburzenia temperatury ciała pojawiły się po urodzeniu Julka. Ja, wprawiona w obserwacjach, nagle przestałam rozumieć z tego cokolwiek.
  • Pierwsze dzieciątko poroniłam, dwoje następnych ledwo donosiłam - i to na potężnym wspomaganiu farmakologicznym. O trzecie, bo zdecydowaliśmy, że jednak chcemy trzecie, endokrynolog kazał mi się starać jak najszybciej - i mam nadzieję, że już niedługo będę mogła pochwalić się efektami tych starań.
  • Kłopoty z laktacją zaczęły się względnie niedawno. Julek już chyba przyjął to do wiadomości, bo częstotliwość karmień spadła z kilkunastu do 1-2 na dobę.
  • bóle mięśni... nigdy już nie miałam ataku tak silnego, jak ten pierwszy, po którym podejrzewano mnie o naprawdę ciężki stan, ale zdarzają się dość często. Bolą mnie przede wszystkim ręce. Nie ma wtedy mowy o dociąganiu chusty czy podniesieniu czegoś cięższego niż czajnik z wodą.
  • Na szczęście nie miałam nigdy kłopotów z nadwagą.

A jak z tym żyję...
Bardzo różnie.
  • Z tym, że nigdy już nie będę mieć gęstych włosów, a moje paznokcie co chwilę się łamią, już dawno się pogodziłam. Podobnie jak z wiecznym trądzikiem i przesuszoną skórą. Staram się pielęgnować, ale wiem, że cudów nie zdziałam.
  • Oczywiście łażę do endokrynologa i stosuję się do jego zaleceń
  • Ruch zapewniają mi chłopcy, staram się też jak najczęściej z nimi wychodzić.
  • Ostatnio modnie jest twierdzić, że hashimotowcom szczególnie szkodzą nabiał i gluten. Zapytałam o to endokrynologa - kazał nie dać się zwariować i jeść rozsądnie - tak, żeby nie spowodować niedoborów, ale i nie tyć. Swoją drogą nie zauważyłam, by podczas stosowania ścisłej diety beznabiałowej mój stan ulegał jakiejś szczególnej poprawie. Raczej byłam wtedy cieniem człowieka.
  • Walczę z własnym lenistwem - również intelektualnym. Staram się czytać, pisać (tak, ten blog i forum chustowe to też elementy tej walki;p), staram się wymyślać rozwijające zabawy dla dzieci i dla siebie - nadal lepię z plasteliny - choć dawno nie udało mi się dzieło, które chciałabym Wam pokazać.
  • Próbuję nie zadręczać się wyrzutami sumienia, kiedy dom woła o sprzątanie, dzieciaki się nudzą, a ja cały dzień snuję się, próbując nie zasnąć - bo i tak się zdarza.

środa, 20 maja 2015

Gdzie sprzedawać ubranka po dzieciach?

Do tej pory byłam nastawiona na trzymanie wszystkiego dla trzeciego malucha.
No i trzymałam, trzymałam...aż przy ostatniej wizycie w Krośnie naszło mnie na przegląd tego, co zostało u rodziców. Najpierw wyciągnęłam pudło podpisane "Andrzejek 86", żeby znaleźć tam coś na Juliana wyrastającego w ekspresowym tempie ze wszystkiego, co ma w komodzie, a potem zajrzałam do mniejszych - niemowlęcych i noworodkowych. I bardzo się zdziwiłam.
Niektóre ciuszki nadgryzły mole.
Na innych, szczególnie białych, pojawiły się zażółcenia.
Czy taki jest urok przechowywania rzeczy w pawlaczu na strychu? U nas jest to możliwe - rzeczy moje i moich rodziców też są dziesiątkowane mimo, że nie mamy zwyczaju odkładać rzeczy nie tylko niewypranych, ale nawet niewyprasowanych.

Na szczęście większość jest w nienaruszonym stanie, ale kilkanaście ubranek musiałam wyrzucić.
Te, które ocalały, upchnęłam częściowo w szafie w moim "panieńskim" pokoiku, ale i ta nie jest z gumy, resztę, jeśli chciałam ją ocalić, musiałam zabrać ze sobą do Krakowa.

Tu powstał problem - gdzie je przechowywać? Szafy, szafeczki i szuflady mamy zapchane po brzegi. Dwa ogromne pudła zawadzają wszędzie, gdzie je położymy.

Po tygodniu potykania się o nie, z bólem serducha zdecydowałam, że części trzeba się pozbyć, a pozbywając się dobrze byłoby coś z tego odzyskać.

Przystąpiłam więc do selekcji i tak do sprzedania poszły ubranka, których chłopcy nie zdążyli założyć, te, które z różnych względów nosili najrzadziej - zwykle niezbyt trafione prezenty (np. ogrodniczki, ładne, ale niespecjalnie lubiłam toto zakładać) - oraz typowo letnie koszulki - wszystkie ciuszki ładne i zadbane.W razie "W" zostawiłam nam jeszcze bodziaki, półśpiochy i trochę spodenek.
Zajrzałam do ulubionych szmateksów, by zorientować się w cenach ubranek i swoje wyceniłam ok. 1/3 taniej, po czym zaczęłam rozglądać się za punktem zbytu.

Najpierw popytałam w dwóch pobliskich komisach. Przyjmą, ale zedrą 40% dla siebie.
No to podejście drugie - alledrogo.pl.
Zaczęłam zagłębiać się w zawiłości regulaminu i padłam pokonana.
Podejście trzecie - olx i gumtree. Wystawiłam, ale ofert kupna brak. Nawet na fejsie do grupy się zapisałam, ale też brak chętnych. Jeszcze za drogo? Hmmm...

No cóż, ostatecznie zdecydowałam, że wlepię to pudło mamie i poproszę o wstawienie do komisu w Krośnie - tam biorą tylko 15% prowizji i z powodzeniem sprzedali już kilka par butów po Andrzejku. Obniżę ceny jeszcze o 1-2zł na sztuce, żeby były konkurencyjne w Krośnie, a jeśli się nie sprzedadzą, to pójdą do Caritasu.

A Wy co robicie z zalegającymi ubrankami po dzieciach?





Wszystkie zdjęcia pochodzą z moich ogłoszeń

niedziela, 17 maja 2015

Dlaczego brak mi Piłsudskiego

Mama mojego męża ma coś, czego ja nie mam. Tym czymś jest telewizor, narzędzie niezbędne, by na bieżąco śledzić debatę prezydencką.
Oglądałam ją całą i opadły mi wszystkie witki.
Nigdy w życiu nie oglądałam debaty prezydenckiej, pierwszy raz mnie tak naszło.
Spodziewałam się, że dwóch kandydatów kreujących się (a raczej kreowanych) na dojrzałych polityków i kulturalnych ludzi będzie ze sobą merytorycznie rozmawiać.
Zamiast tego oglądaliśmy pokaz szermierki, w którym orężem były długie nosy obu kandydatów.

Spięty pretendent wyrzucający z siebie słowa z prędkością kałacha kontra broniący stołka zblazowany starszy wujaszek klepiący po ramieniu uczniaka, obaj robili co mogli, by nie odpowiadać na pytania, a wzajemnie zarzucać sobie mijanie się z prawdą.

I o ile pan Duda jest właściwie kandydatem wyciągniętym jak królik z kapelusza, o którym nic powiedzieć nie mogę - może poza tym, że wygląda mi na cwaniaka, o tyle pana prezydenta Komorowskiego sama - ja, laik - dwa razy przyłapałam na kłamstwie: pierwszy raz wtedy, gdy powiedział, że w przeciwieństwie do konkurenta on nie ma nad sobą "prezesa", a drugi, gdy zarzekał się, że tak szanuje wolność sumienia. Panie prezydencie, skoro tak, to co z inicjatywą klauzuli sumienia dla farmaceutów? Hę?
No chyba, że ta wolność działa tylko w jedną stronę. Równi i równiejsi jak zwykle.

I mam dylemat: skoro już załatwiłam sobie możliwość głosowania w miejscu zamieszkania, to chciałabym to zrobić. Chciałabym zagłosować.
Tylko nie ma na kogo.

czwartek, 14 maja 2015

Trzynastka julkowa wcale nie pechowa:)

Łaaa! A ja cały czas na pytania odpowiadam, że Julian ma rok... A on już 13 miesięcy ma. I taaaki duży chłop z niego - 82cm wzrostu i 9,5kg żywej masy:)
Ubrania nadal nosi w rozmiarze 86, pojedyncze ma też w rozmiarach 80 i 92, co firma to rozmiarówka. Właściwie to na bieżąco wyjmuję za małe ubranka z szafy Andrzejka i przekładam do szafy Julka, któremu wystarczy tylko podwinąć rękawki.
Pieluchy wielorazowe w końcu rozpięłam do rozmiaru L, no i butki "18", jeszcze niedawno za duże, teraz zrobiły się na styk. Akurat kiedy zaczęły być eksploatowane całkowicie zgodnie z przeznaczeniem;p

Tak, właśnie w tym miesiącu Julian w końcu odważył się na samodzielne chodzenie. Choć po parę kroków przedreptywał już sporo przed "roczkiem", to dopiero teraz zaczęło się chodzenie w pełnym znaczeniu tego słowa. Tak jak przypuszczałam, to była kwestia przełamania strachu. Wielka w tym zasługa naszej lekarki od rehabilitacji - 4 dni wykonywania jednego prostego ćwiczenia i okazało się, że Julek umie przejść właściwie dowolną odległość, nawet robiąc przy okazji różne inne rzeczy (jedząc chrupki lub popijając z niekapka), zawrócić i całkowicie samodzielnie wstać z podłogi. Jeśli więc miał jakiekolwiek zaległości w tej materii, to zostały one nadrobione, a teraz Julo bierze się powoli za bieganie i próbuje naśladować brata, kiedy ten staje na jednej nodze. Ba, nawet na kanapę nauczył się wchodzić:)

Mimo tego ogromnego postępu w dużej motoryce, nadal widać, że to zabawy manualne są żywiołem Julka. Sortery, klocki, znikopis i piaskownica są już jego. Dwoma paluszkami potrafi wydłubać i podnieść najmniejszy paproszek z dywanu. Wieżę robi z czterech klocków, piąty jeszcze mu zlatuje. Zadziwiająco dokładnie zaciemnia tablicę znikopisu, jakby chciał pokolorować obrazek. Umie przesypać piasek albo przelać wodę z kubeczka do kubeczka praktycznie bez strat.
Jest niesamowicie wrażliwy na przyrodę - potrafi zerwać jedno źdźbło trawy i gapić się w nie ładnych parę minut albo przeraczkować spory kawał za mrówką lub innym równie ciekawym żyjątkiem.
Je łyżeczką. Co prawda idzie mu powoli i brudzi niemiłosiernie, ale dostaje oddzielną porcyjkę do ćwiczeń i dzielnie wiosłuje (a ja karmię go właściwą porcją). Zapału ma więcej niż jego trzyletni brat. Apetytu zresztą też i często po zjedzeniu własnej porcji podkrada jedzenie Jędrusiowi (a Jędruś udaje, że nie widzi).
Przy okazji jedzenia dodam: Jul je już biały i żółty ser. Następna w kolejności będzie śmietana - jeśli to się uda, zacznę produkować domowe masło:)
Ale to najwcześniej za tydzień-dwa. Najpierw Julek musi złapać oddech po ostatniej jelitówce.

Jeśli chodzi o rozwój intelektualny i społeczny - można powiedzieć, że mamy chwilowy przestój. Teraz najważniejsze jest chodzenie, co przełożyło się na jedyne zrozumiałe nowe słówko - "dziemy" - czyli "idziemy/chodźmy". Oprócz tego Jul cały czas paple coś w sobie tylko znanym języku.
Nadal domaga się nazywania pokazywanych palcem przedmiotów, tańczy, wokalizuje i akompaniuje sobie grzechocząc zabawką, szeleszcząc reklamówką, klaszcząc lub uderzając łapkami o dowolną twardą powierzchnię.
Niesamowita zmiana nastąpiła natomiast w mimice Julasa. Ciężko to sfotografować, ale od niedawna umie marszczyć nos i robić niesamowite "marsowe" miny. No i opanował chyba ze sto różnych rodzajów uśmiechu - z tym, że już tylko dla znajomych twarzy. Dawno niewidziane i obce osoby są witane zmarszczonymi brwiami i odwróceniem głowy.

Fantastyczna jest natomiast relacja Julianka z Andrzejkiem. Wojenki o zabawki oczywiście się zdarzają, czasem Jędruś Julka potrąci albo Jul od buziaków (tak, umie dawać buziaki;p) płynnie przechodzi do gryzienia, ale Jędruś bez Julka nie chce wychodzić z domu, a Julo, dostając do zabawy klocki, zaraz nawołuje brata. No i uczy się od niego. Najnowsza zabawa to robienie pierdziochów zamiast dawania buziaków. Oprócz tego Andrzejek mimochodem nauczył Julka dmuchać, wydmuchiwać powietrze nosem i pluć. Przydatne to umiejętności - będziemy kontynuować:)

W następnym miesiącu - prowokacja śmietaną, być może osławiony MMR (choć będę chciała choć trochę odroczyć) i, mam nadzieję, zamieszkanie we wspólnym pokoju razem z bratem.

A teraz zapraszam na fotograficzny skrót trzynastego miesiąca życia Julianka:

Kaszkę Jul zajada całym sobą
Z kanapką idzie mu zdecydowanie czyściej;p
Andrzejek zaszczepia bratu pęd do wiedzy
U dziadków można rozwijać prędkość 8schodów/10s

Na koniec bonus - Julo w drugim dniu samodzielnego chodzenia:


wtorek, 12 maja 2015

Z cyklu: Wpadki Matki - Matka i Thermomix

I MATKA-PIEKARZ

Piątek. Po pierwszych bułeczkach, które wyszły absosmerfnie fantastyczne, postanowiłam powtórzyć ten niewątpliwy sukces. Wrzuciłam wszystkie składniki do maszyny, ta w okamgnieniu wyrobiła mi piękne ciasto, odłożyłam je do podrośnięcia i... zaraz, zaraz, coś jest nie tak... Ciacho, poprzednio idealnie sprężyste, teraz nie dało się formować i rwało się w rękach. Nic to, tym razem będą bułeczki-kuleczki. Utoczyłam 8 idealnych kuleczek i siup je do pieca. Pół godziny później wyciągnęłam pięknie podrumienione bułeczki i niepokój się nasilił: dlaczego skórka nie popękała? Czy one w ogóle urosły?
Rozkroiłam jedną - a jakże, zakalec na centymetr. Zmartwiłam się tym. Na pytanie męża, co się stało, pokazałam mu przekrojoną bułę, powiedziałam, że nie będę tego jeść i przykazałam, że ma absolutnie nie dawać dzieciom, na co on: Czy to znaczy, że wszystkie są dla mnie? Po czym, nie czekając na odpowiedź, pożarł cztery na raz, a wieczorem dobił resztę i kazał mi częściej robić bułki z zakalcem.
Długo się głowiłam nad przyczyną takiego obrotu sprawy, aż wymyśliłam:
Sekretem zakalca idealnego są drożdże. Otwarte w poniedziałek, przechowywane w lodówce do piątku. No to niedługo powtórka - oczywiście wersji dla wszystkich, ze świeżutkimi drożdżami:)


II MATKA-CUKIERNIK

Również w piątek chłopcy zgubili mi "kopystkę" (łopatkę do zgarniania) od Thermomixa. Potrzeba matką wynalazków - używałam silikonowego lizaka albo łopatki z drewna i radziły sobie równie dobrze. Do czasu...
Niedziela. Chcę sprawić rodzince (i sobie) przyjemność i zrobić pyszne lody. Myślę sobie - truskawkowe jedliśmy w Krośnie, dla odmiany zrobię z "mieszanki kompotowej". Miałam w zamrażarce jedno opakowanie. Na obrazku były wiśnie, truskawki, jeżyny i czarne porzeczki - świetnie - myślę - będzie idealna na sorbet. Chłopaki w kościele, potem mają iść na wybory - mam trochę czasu, ale będą mieć niespodziankę, kiedy wrócą! Och i ach:)
Wrzuciłam zawartość opakowania do maszsyny, domiksowałam banana i stwierdziłam, że jeszcze ciut za kwaśne, więc dorzuciłam łyżkę cukru pudru i gotowe lody przełożyłam do pudełka, w którym chciałam je potem przechować.
Jeszcze przed planowanym podwieczorkiem naszło mnie łakomstwo. Nałożyłam sobie dwie kopiate łychy do kubka i wcinam.
Niebo w gębie, pyszności, mmm... zgrzyt.
Co to było? Wyciągam z paszczy jakiś kawałek drewienka.
-Może nóż odłupał kawałek drewnianej łopatki. Hmm, dobrze, że trafiło do mojej porcji, a nie np. do Julka albo Jędrusia.
Jem dalej. Ups, znów coś twardego. Tym razem to coś ma dziwnie zaokrąglony kształt, jakby kawałek kuli. Nie zrażam się, kończę swoją porcję, wyciągając jeszcze trzy takie znaleziska, ale resztę lodów spuszczam do Wisły.

Już wiem, co to było. Podczas segregacji ekośmieci mój wzrok padł na opakowanie po feralnej mieszance. Stało tam jak byk:

"owoce w różnych proporcjach: truskawka, czarna porzeczka, jeżyna, wiśnia z pestką"

Oj głupia matko...

Dziś na pociechę zrobiłam sobie kolejną porcję lodów - tym razem już z mrożonych truskawek. Wyszły genialne i nic w nich nie zgrzytało.
 Nawet fotografować nie ma już czego - po bardziej niż zwykle rodzinnym (z mamą męża i moją ciocią) łasuchowaniu nie zostało kompletnie nic. Tylko Julo, bida mała, się nie załapał. Od rana ma biegunkę i zamiast lodów truskawkowych zajadał ryżankę z borówkami. 
Nadrobi następnym razem, bo to na pewno nie były ostatnie lody w moim wykonaniu - a na dzień dziecka planuję prawdziwą lodową ucztę.
Chcecie z tej okazji mały zbiór przepisów na domowe sorbety?

sobota, 9 maja 2015

(O)Skubany!

Czułam, że coś się święci. Andrzejkowa wizyta u fryzjera była planowana od dawna, ale kiedy mąż wczoraj przez telefon umawiał się z fryzjerką, coś mnie tknęło i powiedziałam do męża:
tylko zostawcie mu loczki.
Tak Andrzejek wyglądał jeszcze dziś rano:


Przed umówioną wizytą wpadła do nas mama męża. Pogadała chwilę z mężem i przerażona wizją Jędrusia ogolonego "na rekruta" postanowiła, że sama go tam zaprowadzi.
Uff - pomyślałam - będzie pożytek z babcinej nadopiekuńczości. Pomogłam więc Andrzejkowi ubrać się do wyjścia, Julka zostawiłam mężowi, a sama wyszłam po codzienne sprawunki, a kiedy wróciłam, zobaczyłam...



i ścisnęło mi się moje matczyne serducho na myśl o spadających na podłogę złocistych loczkach.
No, ale teściowa rzekła, cała dumna: Andrzejek był bardzo grzeczny i dostał od pani fryzjerki lizaka. No i nareszcie wygląda jak chłopak.

Niech mu tylko odrosną te śliczne sprężynki, to daję słowo - nie puszczę go więcej do fryzjera beze mnie, a fryzjerka, jeśli spróbuje tknąć moje ukochane loczki, poczuje siłę matczynego gniewu;p

piątek, 8 maja 2015

Odzyskać małżeńską sypialnię

Adios, łóżeczko! Jędruś dorasta:)
Wczoraj stało się coś, co chcieliśmy przeprowadzić już dawno, a o czym pisałam już TUTAJ.
Wtedy Jędruś był jeszcze za mały, ale teraz - odpieluchowany i zasypiający samodzielnie - najwyraźniej był już gotów, bo udało się - mały usnął i całą noc bez sensacji przespał NA TAPCZANIE.
Sama się sobie dziwię, dlaczego tak długo zwlekaliśmy, ale nadarzyła się okazja, której po prostu grzechem byłoby nie wykorzystać. TERAZ ALBO NIGDY! ;p
Otóż ciężar Andrzejka przesadzającego górą łóżeczko turystyczne (Jędruś nigdy nie miał przekonania do tego rozsuwanego otworu) spowodował, że dłuższe boki łóżeczka się złożyły. Jędruś w płacz - łóżeczko się zepsuło, gdzie on teraz będzie spał?
Jak to gdzie? Na tapczanie!
Jędruś nie był przekonany. Przywiązał się do swojego wyrka i jeszcze długo błagał, żebyśmy je naprawili. Mąż się wahał, ale ja powiedziałam, że się zepsuło i trzeba je zawieźć do dziadzia do Krosna, żeby je naprawił, w takim zepsutym przecież spać się nie da.
No i Jędruś, naburmuszony, pomaszerował na kanapę.
Zasypianie trwało ze dwie godziny, ale się udało - zasnął.

Teraz zostaje kolejny krok - przenieść Julka do pokoju Andrzejka.
Od dawna chodzi mi po głowie piętrowe wyrko dla synów, ale - o ile Andrzejek jest już gotów do spania na piętrze - o tyle Julo zupełnie nie dorósł do spania na "niezamkniętym" łóżku, a nawet takim z niską barierką. Mój pomysł musi jeszcze poczekać, myślę, że co najmniej rok.
Tymczasem jest prowizoryczny plan, by Julo spał w pokoju z Andrzejem w łóżeczku turystycznym właśnie. Ale tu problemem jest Andrzejek - on swojego nie odda za Chiny Ludowe.
Postanowiłam więc, że kupimy jeszcze jedno, jakieś najprostsze, może nawet używane, a to pojedzie do dziadków, żebyśmy już nie musieli za każdym razem go wozić.
Drewniane wyrko się złoży i w naszym małym mieszkanku zrobi się choć ciut miejsca więcej.

No i pierwszy raz od nie pamiętam kiedy będziemy z mężem mieli sypialnię tylko dla siebie. Cieszę się jak małolata, która pod nieobecność rodziców zaprasza do domu chłopaka;p

To teraz tylko czekać na przyjazd dziadzia, któremu wlepimy obecne wyrko, potem zamówić nowe... Jupii, do dzieła!

czwartek, 7 maja 2015

Obwąchuję Thermomix

Drugie danie się robi:)
Jak już wspominałam, nie tak dawno zostałam szczęśliwą właścicielką wymienionego w tytule cudu techniki.
Potrafi on ponoć absolutnie wszystko (no, prawie) - miesza, miksuje, sieka, mieli, szatkuje, wyrabia ciasto, smaży, gotuje tradycyjnie i na parze... Szkoda tylko, że nie piecze i warzyw nie obiera, ech, dlaczego nie można mieć wszystkiego?;p
Ma ponadto wbudowaną wagę i... kolorowy dotykowy wyświetlacz, na którym można nawet oglądać filmiki. Pamięć zewnętrzną (a w niej całą książkę kucharską) też ma - więcej, ta wbudowana książka po wybraniu przepisu dyktuje, co po kolei robić, tak, że wystarczy tylko dodawać poszczególne składniki i wciskać "gotowe", a maszyna całość ustawia SAMA. Kosmos, niepotrzebnie tyle lat uczę się gotować;p

Mam więc za sobą pierwsze całkowicie samodzielnie, bez zewnętrznych wskazówek wykonane papu.
Na pierwszy ogień poszło pieczywo. Od dawna noszę się z zamiarem pieczenia domowego chleba, zwłaszcza odkąd mój tato, który wcześniej przypalał sobie mleko na kawę i to w mikrofalówce, poczęstował mnie genialnym razowcem, a potem zastrzelił informacją, że sam go zrobił. I to nie z żadnej gotowej mieszanki z suszonym zakwasem w składzie - od podstaw.
Na początek postawiłam jednak na coś mniej ambitnego i wybrałam bułeczki z przepisu zawartego w dołączonej do maszynerii książce.
Rzecz absolutnie niesamowita - odważyłam do misy wszystkie składniki (mąkę pszenną i żytnią razową, drożdże, sól, cukier, olej i wodę), ustawiłam jednym pokrętłem odpowiednie obroty i czas, a po dwóch minutach miałam już idealnie wyrobione ciasto. Potem zostało tylko ulepić bułeczki, pozwolić im podrosnąć w ciepełku:

Widać, którą lepił Jędruś? ;p


posmarować roztrzepanym jajem, ewentualnie posypać dowolnymi ziarnami (my wolimy bez niczego)



I po pół godziny w dwustu stopniach i przestudzeniu na kratce, wcinaliśmy już cudownie chrupiące domowe kajzerki.



Już obiecałam mężowi, że raz w tygodniu będą obowiązkowo, a jak Julo wyleczy się z mlecznej alergii, to będę jeszcze sama robić masło:)

To poniedziałkowa kolacja, a wczoraj z pomocą Thermomixa zrobiłam też obiad. Padło na pieczarkową i kurczaka z warzywami na parze.

Zupę pieczarkową zrobiłam z tego przepisu:
http://zycie-z-thermomixem.blog.pl/2014/04/30/zupa-krem-z-pieczarek-w-thermomixie/

Całość, z obieraniem, krojeniem i gotowaniem zajęła mi niecałe pół godziny. W czasie, kiedy zupa się gotowała, zaczęłam robić sobie grzanki i poszłam przewijać Julka. To dlatego nie ma fotki zupki z grzaneczkami na talerzu - wyglądała jak szlam bagienny z kawałkami Carbo medecinalis. W garnku prezentowała się niezbyt ciekawie:



W ogóle pieczarkowa w moim wykonaniu to jeno z tych dań, które smakują znacznie lepiej niż wyglądają. A smak tej był naprawdę świetny. Do jej zrobienia użyłam co prawa eko kostki rosołowej z Rossmanna, ale już niedługo, kiedy mi się skończy zapas, thermomix zrobi mi moje własne, domowe. Podobnie jak "vegetę". Na razie używam gotowej Vegety Natur, ale zużyję opakowanie, które mam, i nigdy więcej nie kupię przyprawy uniwersalnej - to moje mocne postanowienie, które powzięłam, kiedy spróbowałam "vegety", którą z suszonych warzyw i soli himalajskiej, też w thermomiksie, wyczarowała przyjaciółka mojej mamy. Podobnie nie dam już zarobić wytwórcom cukru pudru, cukru waniliowego, mielonych orzechów i paru innych gotowców. Od tej pory robię sama:)

No i drugie danie.
Potrzebne były:

-zamarynowane w oleju i przyprawach mięso drobiowe
-eko marchewka
-bio ziemniaki z Biedry
-woda z kranu:


A zrobiłam tak: mięso na parter, warzywa na pięterko, na to daszek, woda do misy, tryb gotowania na parze na pół godziny i obiad dla mamy, Julka i Jędrulka gotowy:)


Już kocham tę maszynę, dziś zrobię w niej sok a la "Kubuś" i kluski śląskie, a na weekend pewnie będą lody. Jak ja kiedyś żyłam bez takich ułatwień?

środa, 6 maja 2015

Milowe kroki

Miało być dziś o moim bułeczkowym debiucie, ale zostawię to jednak na następny raz, uzupełniając prawie gotowego już posta o pieczarkową i kurczaka na parze, które planuję jutro na obiad.

A tymczasem dawno nie serwowałam Wam żadnych filmików, co?
No to zapraszam na krótki seans w domowym kinie państwa D.:



Niestety, na razie tylko tyle udało mi się nakręcić, ale... wreszcie bez nęcenia jedzeniem i ze skupieniem zamiast przerażenia na pyszczydle. Jeszcze trochę i może zobaczę właściwą temu stworzeniu radość:)
Pam pam papam! Proszę Państwa!
Mam przyjemność ogłosić, że od (przed)wczoraj Julian CHODZI :D
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...