sobota, 28 marca 2015

Trzylatek

Trzylatek to fajny gość.
Trajkocze jak nakręcony i zadaje pierdyliard absurdalnych pytań w dowolnej jednostce czasu. Lekarka mówi, że nie czepiłaby się takiej mowy na bilansie sześciolatka. Wymawia prawidłowo wszystkie głoski. Czasem jeszcze "r" wyjdzie z francuska lub z angielska, ale coraz rzadziej.

Trzylatek jest jak sąd - wszystko, co mu powiesz bezlitośnie wykorzysta przeciwko tobie - a pamięć ma jak dyktafon.

Trzylatek jest sprawny fizycznie. Wszędzie wlezie, ze wszystkiego zjedzie, na wszystkim się uwiesi.
Zasuwa na biegówce i pedałuje na trójkołowcu, trzaska jaskółki i piruety, ślizga się na kaflach na jednej nodze.

Trzylatek lubi prace plastyczne - tak bardzo, że cały czas odkłada je sobie "na deser". Mając do wyboru rysowanie i cokolwiek innego zawsze wybierze to drugie.

Trzylatek zaczyna ogrywać mamę w memo i domino i umie grać w Piotrusia, ale i tak wybierze skakanie po łóżku.

Trzylatek garnie się do innych dzieci. Umie się dzielić, prosić i dziękować.

Trzylatek marzy, by zostać policjantem, strażakiem albo księdzem. Odprawia Msze, umie na pamięć Ojcze Nasz i Zdrowaś Mario, zaczyna modlić się własnymi słowami. A w wolnych chwilach goni złodziei z pistoletem zrobionym ze zdjętej z szafki blokady albo gasi pożar rurą od odkurzacza.

Trzylatkowi fikcja miesza się z rzeczywistością. Budzi się rano z płaczem, że pani zabrała mu jego lale, albo opowiada, że był z dziadkiem na lodach i nagle na dziadka spadło całe mnóstwo niebieskich piórek.

Trzylatek jest niezależny do bólu. Sam decyduje, w co się ubierze - i jak (na przykład na której części ciała wylądują spodnie), Co i kiedy będzie jadł oraz gdzie i kiedy pójdziemy na spacer.  A że najchętniej latałby jak go Bozia stworzyła, żył kiszonymi ogórkami, oliwkami z czosnkiem oraz kiszoną kapustą i w kółko chodził na jeden i ten sam plac zabaw, to już insza inszość.
I cały czas testuje granice autonomii. Chcesz, żeby wykonał twoje polecenie? Powiedz mu, że ma tego w żadnym razie nie robić, a będzie chodził jak w zegarku.

Trzylatek to drobina. Waży 13kg i mierzy 94cm wzrostu. Za to podstawy ma solidne. But w rozmiarze 25/26. W prezencie urodzinowym dostanie chyba (swoją pierwszą!!!)  wizytę u fryzjera;p

Oczywiście - mój Trzylatek.


Kocham Cię, mój Jędruliński.
Nawet poparzonego, potłuczonego, rozczochranego, niegrzecznego i z majtkami zamiast nauszników.
Rośnij zdrowo, syp bon motami jak dotąd i baw się dobrze w przedszkolu.

Jubilat pomagał ozdabiać:)


piątek, 27 marca 2015

Klęska urodzaju

Źródło: rybnik.pl
Mamy! Mamy! JEDNAK MAMY!!!
Dziękujemy, Święty Judo! Mamy miejsce
w przedszkolu i to tym pierwszego wyboru całkiem blisko nas!!!

Nie wiem, jak to się stało i jak mąż mój zaczarował Siostrę Dyrektor, ale Jędruś jest na liście "Pszczółek".
Taki prezent na jutrzejsze urodziny.
Będzie chodził do katolickiego przedszkola otoczonego parkiem, z własnym placem zabaw i z własną kuchnią, nowoczesnego, pięknego, kolorowego i chwalonego na krakowskich forach.
Yupiii:D

A żeby było ciekawiej, z trzech przedszkoli, które dziś sprawdzaliśmy, młody dostał się do dwóch.
Czyli 66% skuteczności przy kompletnym braku jakichkolwiek chodów, pleców, protekcji i innego naciągania. A jeszcze dziewięć placówek zostało do sprawdzenia.
Właściwie to już zdecydowaliśmy, ale mąż chce jeszcze zaczekać na wyniki rekrutacji w pozostałych. Ale po co? Nie wiem.

A dziś jeszcze kolejna zapowiedź: Dołączamy do blogerów testujących Dermaveel.
Krem dziś do nas dotarł. Nie mamy dużo czasu na testy, ledwo 10 dni, ale po takim czasie da się już zauważyć jakieś działanie lub jego brak. Króliczkami doświadczalnymi będą:
  • Andrzejek i jego niewiadomego pochodzenia "kaszka" na plecach
  • Julo i jego kolanka przesuszone po przejściu zaostrzenia
  • Mama i jej spierzchnięte od Hashimoto łokcie i kolana
Start jutro, recenzja po Świętach.

A teraz z radości idę upić się podpiwkiem benedyktyńskim:D

wtorek, 24 marca 2015

Noworodka w domu mieć

Uspokajam: nie, nie urodziło mi się trzecie dziecko - choć bardzo bym chciała, tym bardziej, że na kontroli po urodzeniu Julka endokrynolog oznajmił, że jeśli chcę mieć jeszcze dziecko - z takimi wynikami - to powinnam starać się już, bo za dwa, trzy lata (taki miałam plan) może być już po ptakach.
Chodzi o innego "noworodka".
Takiego, który łazi sobie po domu, na widok swojej miski wskazuje ją palcem i pyta "kaka?", a usłyszawszy dowolną odpowiedź (tak, kaszka/nie, zupka) krzyczy "Niaaammm!!!" Po czym wtryni całość, by minutę później podejść, walnąć mnie w biust i oznajmić tonem nieznoszącym sprzeciwu: "DA!". O, tego:



To nic, że właśnie zjadł porcję wielkościowo podobną do mojej.
To nic, że najdalej godzinę przed obiadem też mnie doił.
On żąda i już, nie da się zbyć innym piciem, samym przytuleniem, zabawą, pieszczotami ani niczym innym, a kiedy już dostanie to, o co mu chodziło, przysysa się na 20-30 minut.
Kiedy obiad podaje mu tata, a mnie w pobliżu nie ma, po zjedzeniu zaczynają się dantejskie sceny.

Wszyscy endokrynolodzy (w sumie troje), z którymi zetknęłam się po jego urodzeniu, jak jeden mąż mówili, że to cud, że przy Hashimoto z niedoczynnością tak długo karmię dziecko piersią i to bez dokarmiania, bo lwia część kobiet z tą przypadłością albo nie karmi wcale, albo bardzo krótko.
No i wygląda na to, że póty dzban wodę nosi... Zaczęły się kłopoty z laktacją.
Mleka jest wyraźnie mniej.
Odciągać wieczorem już właściwie nie ma co, na kolację Julek je kaszkę na Bebilonie pepti z kapką maminego, a czasem już nawet bez kapki. I jakoś mu przez gardziołko przechodzi.

Natomiast to, co dzieje się w dzień, a szczególnie w nocy, to już jeden wielki kryzys laktacyjny, do którego dołożyły się jeszcze dwie wyłażące czwórki (bąble są, ale końca nie widać) i zaostrzenie AZS. Mały przyłazi do mnie i domaga się piersi dosłownie co chwilę. Już nawet nie liczę, ile tego jest od rana do wieczora. 15 razy? 20? Licho wie.
W nocy nie lepiej. Półtorej godziny bez pobudki to luksus. I nie pomogło dwukrotne zwiększenie porcji jedzenia w dzień. Julo ilościowo je więcej niż Andrzejek, ale nie przeszkadza mu to ciągle przychodzić do mamy i naciągać jej ubrania, krzycząc "daaa!!!"
Andrzejka w tym wieku od dawna nie karmiłam już poza domem. Jul, o ile nie śpi, domaga się co najmniej dwa razy podczas każdego wyjścia, inaczej jest dziki wrzask.

Co ciekawe, Jul nadal nie przybiera na wadze. Tylko wydłużył się bardzo. Wydaje mi się, że przebił 80cm, bo z tygodnia na tydzień się okazało, że nie mamy dla niego pajaców do spania, a sporo bodziaków, w których dotąd był luz, teraz ledwo dopina się na wielorazówce.

Ja chcę z powrotem moje uśmiechnięte cudo.

No to się wyżaliłam.
Nie chcę się poddawać, walczymy do ostatniej kropli.
Życzcie mi dużo siły, bo padam na pyszczydło.

niedziela, 22 marca 2015

O miłości bezwarunkowej

Teraz to ja żyję:)
Teraz mogę karmić do osiemnastki i jeden dzień dłużej:D
Jesteśmy po kolejnych dwóch prowokacjach. Jul akceptuje już w mojej diecie niewielkie ilości twarogu, a sam... od ponad tygodnia wcina jogurt. Jupiii!!!

Na następny raz spróbujemy śmietany - ja takiej wiejskiej, pełnotłustej, a jeśli wszystko dobrze pójdzie, to Julkowi zabielę zupkę dwunastką.

Żeby nie było tak wspaniale - nadal muszę czytać składy wszystkiego, nawet jogurtu "naturalnego". Z tej całej euforii nieco straciłam czujność i przedwczoraj zeżarłam jogurt Andrzejka.
A tam było mleko w proszku.
Tego Julo już mi nie przepuścił. Walczymy więc z plackami, amarantami i suchościami, na szczęście zaostrzenie jest z tych lżejszych i bez pokarmowych sensacji. Dziś już widać wyraźną poprawę, jeszcze pewnie parę dni i wcale nie będzie śladu, ale nocki są straszne. Swędzi bidaka, zaostrzenie plus atak zębów = wiszenie na matce przez cały dzień, a w nocy pobudka co pół godziny.


A Jędruś? Jędruś troszczy się o braciszka. Kiedy babcia przyniosła im po bułeczce, przechwycił obie, powąchał i powiedział:  
 
Źródło: godmother.pl


Julianek nie może tego zjeść. Tam na pewno jest mleko, a Julianek jest uczulony i miałby wysypkę paskudną.
Po czym uwolnił braciszka od trefnej bułeczki;p


 ***

Prowadzimy też ostatnio coraz dłuższe dysputy. Ta jest z dzisiejszego przygotowywania podwieczorku:

A: Mamo, mogę sam zrobić sobie herbatę?
M: to włóż sobie torebeczkę do kubeczka, a ja ci naleję wody.
A: A dlaczego nie mogę sam nalać?
M: Bo to bardzo gorąca woda i nie chcę, żebyś się poparzył.
A: A dlaczego nie chcesz?
M: Bo cię kocham i chcę, żebyś był cały i zdrowy.
A: A poparzonego byś mnie nie kochała?
M: Ja cię zawsze kocham.
A: A chorego mnie kochasz?
M: Tak.
A: A niegrzecznego też mnie kochasz?
M: Kocham cię nawet niegrzecznego.
A: Ja też cię bardzo kocham. Nawet kiedy jesteś niegrzeczna. A teraz rób tą herbatę, bo pić mi się chce.

wtorek, 17 marca 2015

Nadrabiam

Takie tam.
W ostatnim poście obiecałam zdjęcia. Dorwałam się do mężowskiego grata laptopa, więc będzie małe co nieco. Taki miniprzegląd z ostatnich dni.

Mama, nie ma zapomniałam, wracaj po kask!

To jak, wracamy czy mogę spać?
Deser BLW po obiedzie: biszkopty oddałem Jędrkowi, o chrupkach już zapomniałem, a teraz najlepsze:)
Nawet babcia się nabrała, że to Jędruś;p

Mamo, mamo, jak ci się podoba moja zębiasta mina???

No dooobra, podawałam mu te kółka. Ale lansik jest:)

niedziela, 15 marca 2015

Jedenaście miesięcy Julianka

Źródło: getreligion.org
I znów kolejny miesiąc przeleciał. Julek ma ich już jedenaście. Prawdę mówiąc, nawet nie wiem, kiedy to  minęło. Tooo był moooment...
Różnicę widać jednak po Julku. Bardzo wyrósł. Po domowemu wymierzyłam go na 78-79cm wzrostu. Waży (metodą Julek z mamą minus sama mama i minus jakieś 20dag na ubranie)ok. 9kg.
Ubranka nosi już w większości na 86, tylko spodnie jeszcze 80, bo lecą z chudego zadka i robią się z nich biodrówki;p
Butki (Emele) w rozmiarze 18 jeszcze ciut za duże, ale pracujemy nad tym.
Zębów nadal 8, ale jest bąbel w miejscu na lewą górną czwórkę.

Przesypianie nocy skończyło się już chyba na dobre. Julo dwa razy budzi się w nocy na pierś. Pomyślałam, że nie dojada na kolację, więc zwiększyłam ilość kaszki i robię ją nie ze 150, ale ze 170-180ml mleka. Nic to nie dało, jak się Julek w nocy domagał piersi, tak domaga się nadal.
A propos mleka na kolację - wieczorem Julek zawsze je kaszkę na mleku. Póki dawałam radę odciągnąć wystarczającą ilość, była w całości na moim, ale ostatnio te 180ml to za wysokie progi, ja za jednym zamachem odciągam góra jakieś 100-120, czasem uda się 150. Poszłam więc do lekarza i poprosiłam o receptę na Bebilon pepti i bez problemu ją dostałam, jednak mały nie był szczęśliwy z powodu tej nowości. Stopniowo, kombinując też z mlekiem ryżowym i sinlakiem, udało się dojść do proporcji 100ml mojego: 80ml pepti, a potem w miarę spadku laktacji pewnie paskudztwa będzie coraz więcej.

Pisałam już wcześniej o nowym foteliku i butkach dla Julka, nie będę się zatem powtarzać. Dodam tylko, że kupiłam też dla małego kubek 360 stopni. Obwąchiwanie trwało kilka dni, ale Julek załapał i pije z niego dość chętnie.
Z innych nowości - Julek je już całe jajko, wprowadziłam mu też cielęcinę i wołowinę (hurra, udało się!!!), paprykę, szczyptę egzotyki (mango i melona), wspomniany wcześniej sinlac, a do własnej diety udało mi się dołączyć żółty ser i miód. Ponadto za Julkiem już pierwsze kanapki, naleśniki (bezmleczne), jajecznica, pierogi, kopytka i kluski na parze.
Co zaobserwowałam? Że Julek chyba w ogóle nie przepada za słodkim smakiem. Nadal kręci nosem na owoce, nie polubił biszkoptów ani herbatników. Kruchego ciasta od mamy męża nawet nie zaszczycił spojrzeniem.
Jego ulubionym daniem jest w tej chwili ex aequo łosoś w sosie pomidorowym i spaghetti bolońskie - oczywiście bez sera i nadmiaru przypraw.
Jeśli chodzi o przyprawy - stopniowo je wprowadzam. W naszej rodzinie lubimy zioła i przyprawy korzenne, więc zaczęłam przyzwyczajać Julka do ich smaku. Zna już oregano, bazylię, tymianek, koperek, kminek, natkę pietruszki i majeranek, liznął też odrobinę cynamonu i imbiru. Nie robię też już, jak przy Jędrusiu, histerii, że zje ciut soli dodane do ciasta na pierogi albo ziemniaki gotowane w lekko osolonej wodzie. Generalnie jego menu jest coraz bardziej zbliżone do naszego i już niedługo przestanę pewnie gotować osobno tylko dla niego.

Z innych rzeczy - w rozwoju ruchowym mamy raczej regres niż postępy - a wszystko spowodowane urazem po próbie samodzielnego chodzenia i strachem przed kolejnym bolesnym upadkiem. Jak dotąd Julek wrócił do nieśmiałych prób stania bez trzymanki - ale tylko kiedy jestem w pobliżu i znów nie dłużej niż 1-2s.
Szaleje za to z mototyką małą - ładnie przesuwa pojedyncze koraliki po krętym drucie, precyzyjnie drze gazetę na małe kawałki, a ziarenka ryżu z obiadu wyjada rączkami po jednym:) Umie też dość celnie potoczyć piłkę do rodzica, nałożyć kółka na drążek, próbuje wciskać klocki do sortera (choć dopasowywanie kształtów jeszcze leży i kwiczy) i przewracać strony w książce - takie zwykłe, nie utwardzone. No i od dawna odkręca wszelkie tuby i słoiczki, więc kosmetyki nie mogą już znajdować się w jego zasięgu.
Całkiem sprawnie idzie też Julkowi otwieranie sobie drzwi (o ile nie są zamknięte na zamek), wie też, do czego służą uchwyty szafek i szuflad. Ilość blokad w domu rośnie więc w zawrotnym tempie, ale na szczęście, w przeciwieństwie do starszaka, Julo nie próbuje ich forsować. Jeszcze.

Mamy też znaczne postępy w rozwoju intelektualnym i społecznym. Julek ładnie pokazuje już palcem. Na prośbę bezbłędnie pokaże mamę, tatusia, Andrzejka, siebie, swoją stopę, pierś mamy, stół, lampę, pchacz i kotka w jednej książeczce. Babcia nauczyła go też pokazywać, jaki jest duży i rozkładać ręce, kiedy słyszy "nie ma".
Coraz więcej rozumie. Kiedy mówię: "przytul mamę" przychodzi i się tuli. "Głaszczemy Jędrusia" - gładzi go po głowie. Jeśli dać mu grzebyk, spróbuje się nim uczesać (szczotką nie), a jeśli złapie buta albo skarpetkę (wszystko jedno czyją), będzie usiłował włożyć je sobie na stopę. Zrobił się też niezwykle muzykalny. Słysząc muzykę, podskakuje albo rytmicznie się buja, a kiedy jej nie słyszy - wybija rytm łapkami o dowolną powierzchnię, wokalizując sobie przy tym wniebogłosy. Andrzejek nauczył go też uderzać pałeczką w cymbałki. To jest teraz nasza ostatnia deska ratunku, kiedy już nic nie działa, starczy dać cymbałki i Julek przepada.

Nadal nie mogę pojąć, co Julo próbuje do mnie mówić. Widzę natomiast, że stara się powtarzać słowa. Zapamiętać jest jednak w stanie góra dwie sylaby, a i to tylko na parę minut. Wygląda to tak, że ja mówię np. to jest lala. LA-LA. A Julek powtarza "lala". Pokazuję na niego i mówię JU-LIAN, a on: ju-ja. Chwilę później, kiedy pokazuję mu palcem lalę albo jego samego, mówi już tylko coś w rodzaju "dzidzi".

A co za miesiąc? Nie mam pojęcia. Może Julek w końcu odważy się na pierwsze kroki? Może uda się wprowadzić mu do diety chociaż jogurt? Zobaczymy:)

PS. Nie brakuje Wam w tym poście czegoś? Mnie brakuje - zdjęć. Ale obiecuję, że się pojawią, kiedy dorwę się do kompa męża, bo w moim padły już chyba wszystkie porty USB i nie mam jak zgrać z aparatu:(

sobota, 14 marca 2015

Jak państwo dyskryminuje pełne rodziny

Wszyscy szukają, szukamy i my.
Szukamy przedszkola dla naszego pierworodnego.

Dookoła wszyscy pukają się w głowę. Po co? Przecież ja "siedzę w domu" (ha ha ha;p).
Dziecku najlepiej w domu z matką. Taaa, może jeszcze do osiemnastki. Albo nie. do trzydziestki.

Prawda jest taka, że ledwo łapię ostatnio zakręty. Jędruś, jaki jest, wiadomo Wam od dawna, a do tego Julo niezmiernie się uaktywnił. Dalej wprawdzie boi się upadków, ale podtrzymując się ścian/mebli/nóg domowników jest w stanie obejść całe mieszkanie w tempie ekspresowym. A jeśli jeszcze dorwie się do pchacza, to już w ogóle biegiem. I bardzo często mają cichą zmowę - jeden broi w jednym, a drugi w przeciwległym końcu mieszkania.

Zatęskniło mi się do mania w domu tylko jednego malucha. Tego młodszego i spokojnego, który bez braterskich inspiracji jest do rany przyłóż i potrafi nawet przez godzinę zajmować sie zupełnie nieinwazyjną zabawą. A nawet, kiedy zaczyna marudzić, to wrzuca się delikwenta do nosidła i już znów spokój. Przydałby się komuś, kto chce zająć się jakąś zdalną pracą. Ale to tylko jeden powód - i to wcale nie najważniejszy.

Drugi jest taki, że Jędrula mi zwyczajnie dziczeje. Wiecie, dlaczego ostatnio nie ma tu jego zdjęć? Między innymi dlatego, że mały zapałał niechęcią do ubrań i wykorzystuje każdą okazję, by się ich pozbyć. Nawet jeśli rano sam je sobie wybierał.
Z jedzeniem jest horror. Potrafi nawet przy stanowczym ojcu wywrócić swój talerz do góry dnem i strącić zawartość na podłogę.
Odrzuca wszystkie propozycje zabawy. Nie będzie rysował, lepił z ciasta solnego ani grał w memo, nie pobawi się autami ani nie nakarmi misiów ciasteczkami, co jeszcze niedawno czynił namiętnie.
Potrafi za to przez kilka godzin poruszać się po mieszkaniu skacząc i twierdzić, że jest żabą z papą smerfem na grzbiecie. Albo przemawiać czule do opaski odblaskowej na ramię.

No i trzeci powód jest taki, że przy obcych, a szczególnie poza domem Jędruś naprawdę potrafi zachować się przyzwoicie. Nie robi już maniany w kościele, na placu zabaw chętnie dzieli się zabawkami i przepuszcza dziewczynki w kolejce do zjeżdżalni (tatusia szkoła;p), a kiedy przychodzi do nas moja ciocia, jest do rany przyłóż. Tylko przy najbliższych, włączając w to moich rodziców i mamę męża, pokazuje różki.
Może więc, gdyby tak częściej miał kontakt z cywilizacją, znormalniałby i w domu...

Z tych powodów postanowiliśmy - posyłamy dziecko do przedszkola. Albo raczej - spróbujemy posłać...

Chcielibyśmy, żeby synek poszedł do placówki, w której nacisk kładzie się bardziej na wychowanie niż modne fiu bździu typu sto języków obcych, globalne czytanie metodą Domana, fortepian, balet klasyczny i garncarstwo. Chcielibyśmy też, żeby nie było to przedszkole, w którym dzieci traktuje się kompletnie bezstresowo, ani takie, gdzie jest duża szansa trafić na dzieci rodziców, którzy mają takie właśnie podejście.
No i chcemy w końcu, by szanowne państwo w swym obecnym kształcie jak najmniej miało do powiedzenia  w kwestii kształtowania światopoglądu naszego syna: żadnego źle pojmowanego gender, żadnego wyścigu szczurów, żadnej nauki tolerancji dla wynaturzeń i zboczeń.
Tak oto podjęliśmy decyzję, że złożymy papiery tylko do przedszkoli katolickich prowadzonych przez zgromadzenia zakonne.

Szukając takowych w sieci, mąż wynalazł ich w całym Krakowie kilkanaście, wybrał z listy 12, do których mamy bezpośredni dojazd, i wszystkie po kolei objechał, składając w nich podania.

Jego obserwacje?
  • W salach jest dość cicho. Ewentualnie słychać pojedyncze głosy dzieci lub śpiewy całej grupy. Nie ma dzikich wrzasków, płaczów i protestów.
  • Rodzice odbierają uśmiechnięte pociechy, które radośnie opowiadają o tym, co robiły. 
  • W ogrodach klasztornych są duże i fajnie wyposażone place zabaw.
  • Wszystkie te przedszkola mają własne kuchnie. Wywieszone menu wygląda bardzo "domowo", na przekąski - owoce, jeśli słodycze, to co najwyżej domowe ciasto pieczone przez siostry.
  • Siostry dyrektorki mówią wprost - to są bardzo oblegane przedszkola. Na jedno miejsce dla trzylatka jest od kilku do kilkunastu chętnych.

A teraz co nieco o kandydacie:
  • dziecko lat 3 (a więc nieobjęte obowiązkiem przedszkolnym)
  • starsze (więc nie ma rodzeństwa w przedszkolu) z dwójki dzieci(a więc nie z rodziny wielodzietnej)
  • wychowują je oboje (a nie jeden samotny) biologiczni rodzice (odpada przywilej dla dzieci z rodzin zastępczych), którzy na dodatek są małżeństwem (więc samotnego rodzicielstwa nie da się spreparować)
  • nikt w rodzinie nie jest niepełnosprawny
  • nic nie przeskrobaliśmy (a więc nie mamy kuratora)
  • mama nie pracuje zawodowo ani nie studiuje dziennie.
A więc czekamy do 27 marca na wyniki, a potem mąż będzie, jak w "Alternatywach 4" szukał nazwiska Jędrusia kolejno na 12 listach.
Zaciskamy więc kciuki i cicho wzdychamy do św. Judy. Szanse są.
Bliskie zeru.



PS. O żłobku dla Juliana nie śmiem nawet marzyć. Końcem lutego dostałam bowiem wiadomość, że Jędruś, którego zapisywałam do żłobka, kiedy miał rok, by poszedł od września mając półtora roku, zostanie przyjęty od 1 kwietnia roku 2016. Tego dnia będzie miał dokładnie 4 lata i 3 dni.

niedziela, 8 marca 2015

Następca cabriofixa, pierwsze buciki i pierwszy krok

Ech, od czego by tu zacząć...

Może od tego, że Julo ma nowy fotel. Chcieliśmy taki montowany przodem lub tyłem do kierunku jazdy na isofix. Pomierzyliśmy do auta trzy różne. Serce uśmiechało mi się do Axkidów, ale ostatecznie wybraliśmy Besafe iZi Combi - w nim Jul, który generalnie nie kocha jazdy autem, rozpaczał najmniej. Fotel jest co prawda tylko do 18kg, ale nasz chudzina nawet 9 nie waży, więc prędzej na długość wyrośnie.


Taki jak nasz, tylko my mamy czarno-czerwony

Nie mogłam tylko zrozumieć, dlaczego sprzedawca po przymiarce i naszej decyzji, że bierzemy, wymontował fotelik z naszego auta i zabrał z powrotem do kasowania. Ostatecznie nowy nabytek przyjechał w bagażniku, ja i dzieci poszliśmy na spacer, a mąż zabrał się do montażu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że zamiast w minutę wpiąć fotel do isofixu, mąż przez prawie godzinę upinał go pasami ostatecznie zahaczając o prowadnice przedniego fotela. Ech, humaniści;p

Po wtóre - buty.
Lądy i morza przemierzyliśmy, kulę ziemską z otwartym czołem. Pojechaliśmy mierzyć Gucie,
z których 18 okazała się na Julka duuużo za duża, i bartkową 17 - na stronie firmy była, ale panie
w sklepie w ogóle nie wiedziały o istnieniu takiego rozmiaru. A w ich 18 Julo mógłby wsadzić obie stopy.
Tymczasem, o ironio losu, we wtorek w sklepie, w którym kupiliśmy prawie wszystkie buciki Andrzejka, znaleźliśmy mięciuteńkie sandałki Emela, które na Julka prawie pasują - ma w nich tylko centymetr luzu - trochę za dużo jak na sandały, ale o niebo lepiej niż we wszystkich poprzednich. Wkładam więc Julkowi grubsze skarpety i jest ok, zalecenie lekarki od rehabilitacji spełnione:)

Jak już zapewne wspominałam, mój młodszy jest z tych strachliwych. Jeśli świat należy do odważnych, to materiał na pana świata z niego, powiedzmy sobie szczerze, żaden.
Tymczasem nowe buty podziałały na niego jak skrzydła - od razu więcej wiary we własne możliwości. Przy meblach i pchaczu już dosłownie biegał. Przedwczoraj Julek postanowił sprawić mi niespodziankę. Puścił nogę stołu i zrobił samodzielny krok.
Pierwszy... i niestety ostatni, bo nie zdołał utrzymać się w pionie i runął do tyłu, dzwoniąc potylicą
w kant stołowej nogi.
Już myślałam, że będzie szpital - mały dość długo leżał w dziwnej pozycji i nie płakał, tylko raczej skamlał jak mały piesek. Na szczęście, kiedy podniosłam go z podłogi i przytuliłam, ryknął na pół osiedla, po czym uspokoił się, trochę possał i wrócił do zabawy - już w parterze.
Obserwowałam go jeszcze wczoraj, ale żadnych niepokojących symptomów nie ma, nawet śliwa, choć spora, jakoś tak ukryła się pod włoskami.
I tylko strach pozostał - nie wiem, kiedy Julo znów porwie się na jakieś wyczyny, na razie wrócił do chodzenia przy meblach, a puszcza się tylko na momencik potrzebny, by złapać coś innego.
Nic to, nie będziemy go popędzać - niech nabierze chłopina pewności i ma radochę z chodzenia:)

środa, 4 marca 2015

Z Julianowej Kroniki:)

Dziś kolejne karteczki z Plastelinowej Kroniki Osiągnięć Juliana.
Wersja oszczędna, bo Jędrula zużył sporo mojej plasteliny na swoje kulki do naklejania na meblach i prawie nie miałam już czego mieszać na "ciałko".

Powstały więc ulepki - niby dwa, a tak naprawdę jeden



Pić z niekapka Julek nauczył się już dość dawno, ale wczoraj odkryłam, że potrafi również z "kapka" - mąż zapomniał założyć zaworka na jego kubeczek-niekapek po umyciu:) A Julo pił, nie krztusił się i nie wychlapywał. Może pora na Lovi 360'? Albo na doidy?

Ambicja mnie zgubiła - misterniejsze nóżki, takie z fałdziochami i paluszkami, nie utrzymały dzidka w pionie;p

Dziś Julo pierwszy raz postał sam dłużej niż sekundkę. Po prostu puścił nogę stołu, stał i radośnie machał swoim (nie)kapkiem, a kiedy zorientował się, że nikt go nie podtrzymuje, jakby nigdy nic usiadł i poraczkował w siną dal. Na foty będę polować jutro, bo na razie był to jednorazowy akt ułańskiej fantazji - mój syn młodszy jest z tych ostrożnych i nie zrobi nic, dopóki nie upewni się, że da radę. Przynajmniej jeden rozsądny w tym naszym domu wariatów;p


piątek, 27 lutego 2015

Rodzina oczami męża i ojca (?)

Źródło: natemat.pl
Podział ról w rodzinie?
U nas bywało różnie - raz pracowaliśmy oboje, innym razem zarabiałam tylko ja.
Teraz, już od dłuższego czasu, utrzymujemy się z zarobków mojego męża. Czyli - wydawałoby się - mamy tradycyjny podział ról.

No właśnie, czy aby na pewno?
Mąż mój bowiem, choć gotować nie umie, z zakupów wraca bez połowy listy, a żelazko parzy go nawet zamknięte w pudle, pomaga mi w domu. Zmywa, odkurza, zrobi jakieś drobne naprawy etc.
A także pobawi się z dziećmi, wykąpie je, odgrzeje im obiad, wie, co i kiedy jedzą i jak założyć Julianowi wielorazową pieluchę.

I NIE WYPOMINA.

Tym szerzej otwierały się ze zdumienia me zielone oczęta, kiedy czytałam, co zalinkował na fb jego kolega, podobnie jak mój ślubny mieniący się tradycjonalistą (ale prywatnie bezdzietny kawaler).
Tekst nie jest autorstwa naszego znajomego, nazwisko autora kompletnie nic mi nie mówi, ale im dalej w las, tym bardziej cieszę się, że nie jestem żoną ani dzieckiem tego pana.

Rzucam Wam zatem owo dzieło na żer - a Wy mi powiedzcie, co o nim myślicie;p

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...