piątek, 24 kwietnia 2015

Kocykowo

Mamy kilka kocyków. No dobrze, duuużo kocyków.
Właściwie to jeszcze trochę i otworzymy sklepik z kocykami: dwa mamy jeszcze po mnie i moim bracie, dwa kupiła moja mama na wieść, że będzie miała pierwszego wnuka i kolejny na wieść o drugim wnuku. Kiedy Jędruś zobaczył, że braciszek jeszcze się nie urodził, a już dostał nowy kocyk, oczka mu posmutniały, więc mama męża postanowiła naprawić szkodę i Jędrula wrócił z targu z kolejnymi dwoma kocykami. Ile to już? 7?
No więc dostaliśmy jeszcze dwa. Tym razem - do przetestowania od marki Sensillo, ale wszystkie kocyki z pewnością z nami zostaną, bo nasza rodzina nadal jest, mam nadzieję, w fazie rozwoju:)
I kiedy już pojawi się ten wyczekany trzeci maluch, to będą mieli po 3 na głowę, więc w granicach przyzwoitości. Chyba...

No więc przyjechała w Wielki Piątek przesyłka, a w niej co następuje:





Otwieramy opakowania. Pierwsze wrażenie? Od razu do prania. Kocyki pachniały.. hmm, powiedzmy, że nowością.
Szybki rzut oka na zalecenia producenta:


szybka organizacja reszty wsadu i już następnego dnia chłopcy mogli wypróbować nowości.
Nawet cieszyłam się, że testy częściowo pokryły się z wyjazdem do Krosna. U nas bowiem, na południowej ścianie bloku z wielkiej płyty, jest wiecznie gorąco i chłopcy śpią nieokryci, a w domu moich rodziców bywa, że temperatura nocą spada do 16-17 stopni, a i w dzień o tej porze roku nie przekracza 19.

Chłopcy swoje prezenty podotykali, Julek nawet przytulił się do tego z minky.

Zanim jednak o wrażeniach z drzemek pod kocykami, parę informacji od producenta:

1. Kocyk bąbelkowy pluszowo-welurowy z aplikacją – Hey! Hello!

Prawdziwi przyjaciele są nierozłączni, chcą być ze sobą zawsze i wszędzie razem. Tak jak Twój maluszek i nasz kocyk. Połączyliśmy w nim delikatny plusz i welur. Uzyskaliśmy w ten sposób wyjątkowy produkt, zapewniający właściwą temperaturę i odpowiedni mikroklimat przy skórze dziecka. Kocyk o przyjemnej fakturze, dobry na każdą okazję.
  • uniwersalny kocyk bąbelkowy dwustronny, dobry na każdą okazję
  • wykonany z najwyższej jakości pluszu i weluru
  • pozwala na utrzymanie odpowiedniej temperatury i mikroklimatu przy skórze dziecka
  • posiada haftowane aplikacje z motywem wesołych dzieci
  • rozmiar idealny do wózka i dziecięcego łóżeczka, sprawdzi się w domu i na spacerze
  • trwały w użytkowaniu, nie odbarwia się
  • łatwy w konserwacji, można prać automatycznie
  • estetycznie zapakowany, doskonały pomysł na prezent
Rozmiar 75×100 cm. Kocyk bąbelkowy pluszowo-welurowy z aplikacją (dzieci) dostępny w 3 kolorach, na każdym kolorze inny wzór aplikacji.

2. Miękki kocyk dwustronny z aplikacją – Piesek i Kotek

Kochają się jak pies z kotem – z naszym kocykiem to powiedzenie nabiera wreszcie właściwego znaczenia. Sympatyczne aplikacje umieściliśmy na ciepłych dwustronnych kocykach utrzymanych w pastelowych barwach. Połączenie mikrofibry i polaru o antypilingowym wykończeniu zapewnia delikatność, trwałość i utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała dziecka. Doskonały kocyk na spacery w chłodniejsze dni, a jak wiadomo – wszystkie pieski i kotki uwielbiają spacery:)
  • ciepły dwustronny kocyk, idealny na chłodniejsze dni
  • wykonany z najwyższej jakości miękkich włókien mikrofibry i antypilingowego polaru
  • pozwala na utrzymanie odpowiedniej temperatury i mikroklimatu przy skórze dziecka
  • posiada haftowane aplikacje pieska i kotka
  • rozmiar idealny do dziecięcego łóżeczka i wózka, sprawdzi się w domu i na spacerze
  • trwały w użytkowaniu, nie odbarwia się
  • łatwy w konserwacji, można prać automatycznie
  • estetycznie zapakowany, doskonały pomysł na prezent
Rozmiar 75×100 cm. Miękki kocyk dwustronny z aplikacją – piesek i kotek jest dostępny w 5 delikatnych kolorach, na każdym kolorze inny wzór aplikacji.

Tyle producent, a co sądzą testerzy?

Mama
  • Miłe, mięciutkie, łatwo się piorą, dobrze znoszą pranie.
  • Ładne kolory, choć co do aplikacji przychylam się do opinii mojego pierworodnego.


  • Szkoda, że w 100% z poliestru, chciałoby się jednak choć trochę naturalnych włókien.
  • Mimo zapewnień producenta, oba raczej lekkie, może nie na lato, ale z pewnością nie na "chłodniejsze dni" - no chyba, że ten chłód to ok. 15 stopni.
    Wydaje się gruby, ale jest lekki - to tylko dwie warstwy cieniutkiego polarku typu minky

    Z jednej strony meszek, z drugiej polarek. Polarek milszy, więc Julka nakrywam polarkiem w dół
  • Kocyki są dość duże - za duże dla noworodka i małego niemowlaka, w sam raz dla mojego roczniaka i "na styk" dla trzylatka.
  • Gdybym miała małego, leżącego jeszcze niemowlaka, przetestowałabym je jeszcze jako matę do ćwiczeń na brzuszku.  Myślę, że sprawdziłyby się w tej roli co najmniej dobrze.

Jędruś, lat 3
(testował nr 2)
  • obrazek na "tym w kropki" mu się nie podobał, ale piesek i kotek ładne i on chce ten z pieskiem i kotkiem. OK.
  • Za ciepły. Nawet podczas chłodnej nocy Andrzejek się  rozkopał. Ale on nie jest tu wiarygodny - kto normalny w kilkunastu stopniach biega w krótkim rękawku i śpi półgoły przy otwartym oknie?

Julek, lat 1
(testował oba):
  • Milutkie. Mogą służyć jako przytulanka. 
  • Trochę za lekkie. Na dzienne drzemki w sam raz, ale na noc mimo welurkowej piżamki, oprócz kocyka potrzebny był jeszcze śpiworek. 
  • Kocyk bąbelkowy idealnie sprawdził się za to na spacerze przy chłodniejszej pogodzie - złożony na pół. Na dodatek Julka zainteresowała aplikacja - jadąc w wózku ćwiczył na niej pokazywanie palcem części twarzy;p
Tu zdjęcia na potrzeby niniejszej recenzji zrobione na początku tygodnia w czasie dziennej drzemki Julasa:



Podsumowując - fajne, zostają dla Julianka i ewentualnego Juniora.
Jeszcze tylko kocyki sensillo w liczbach:

Funkcjonalność: naciągane 5/5
Raczej nie na wielkie chłody. O dziwo pod tym poliestrem Julek się nie poci.

Wygląd: 4/5 (bąbelkowy) i 5/5 (z pieskiem i kotkiem)
Dzieci na aplikacji nas nie urzekły, ale jakość wykonania i dobór kolorów nam odpowiadają.

Bezpieczeństwo: 5/5 - u starszego dziecka.
Małego niemowlęcia w ogóle nie okryłabym kocykiem ze strachu przed ewentualnym przyduszeniem.

Wygoda: 5/5
Łatwe w czyszczeniu, nie sztywnieją w praniu, szybko schną, są leciutkie.

Fajne, mogę polecić. Tym bardziej, że ceny dość przyjazne - w sklepie niedaleko nas w granicach 30-35zł.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Łatwy jogurtowy obiad dla zagonionej mamy

Jedyny bez dodatkó1w, jaki znalazłam w moim sklepie. Pycha:)
Julek na dobre przyjął już do jadłospisu jogurty i kefiry. Nic tylko korzystać. Ja włączyłam je do swojej diety już jakiś czas temu i na szczęście nie odbija się to na buźce Juliana.
Muszę tylko uważać, żeby mój jogurt nie zawierał słodkiego mleka czy słodkiej śmietanki (również w proszku) dodanych już do gotowego wyrobu dla złagodzenia smaku. Jeśli taki mam - to hulaj dusza, można zrobić koktail (mój i Jędrusia ulubiony jest z jabłek, gruszek i bananów z odrobiną soku z limonki), można zrobić dip czosnkowy do smażonego mięcha i wędlin (jogurt zmieszać z majonezem, dodać sól, pieprz i zmiażdżony czosnek do smaku), albo wypić solo - i tak lubię najbardziej.

Dziś jednak ciekawy sposób na drób podpatrzony u mojej teściowej. Roboty jest przy nim góra 15 minut (głównie na oczyszczanie mięcha), czego wcale nie zdradza smak gotowej potrawy.

Na cztery porcje potrzebne będą:
  • 2 podwójne piersi kurczaka
  • duży kubek jogurtu naturalnego
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 kostki rosołowe - u mnie ekologiczne np. takie z Rossmanna: 


Czosnek przeciskam przez praskę, zgniatam z kostkami rosołowymi i łączę z jogurtem (można oczywiście przyprawić po swojemu, ja zrobiłam wersję fast-food;p).
Do tego wrzucam oczyszczone z błon i pokrojone w dość drobną kostkę mięso. Mięcho w zalewie wędruje na co najmniej pół godziny do lodówki, a my do swoich spraw. Po tym czasie przerzucamy do garnka i delikatnie gotujemy przez 15-20min., od czasu do czasu mieszając.


Podajemy jak chcemy, dobrze smakuje z ryżem, ziemniakami czy kaszą. Smacznego:)

Trzeba sobie radzić: chciałam zjeść z kaszą gryczaną, ale Moi Kochani Mężczyźni nie zostawili mi ani ziarenka:/

sobota, 18 kwietnia 2015

Matka trzydziestolatka

Od dziś zmiana kodu - trójka z przodu:)

Podobno to najlepszy wiek dla kobiety. Czy ja wiem? nie czuję się inaczej niż wczoraj, kiedy miałam jeszcze 29 lat;P Właściwie to często czuję się, jakbym miała ich połowę mniej. Moja skóra jest chyba tego samego zdania, bo niezmiennie funduje mi te same nastoletnie atrakcje.
Powinnam już spoważnieć, bo sporo mniejszych i większych problemów mieliśmy, ale nadal nie widzę problemu, żeby w zimie okładać męża śnieżkami albo, z chwilowego braku stroju kąpielowego, wskoczyć do zalewu w (estetycznej) bieliźnie.

A czy cofnęłabym czas o te 15 lat, gdybym mogła? Nigdy w życiu!
Mam to, o czym zawsze marzyłam - męża, z którym tworzymy udane małżeństwo, i troje dzieci, z których dwójkę mogę przytulić, a z jednym pogadać, kiedy nie widzi mnie nikt, kto mógłby uznać mnie za wariatkę. Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze jednego dzieciątka po naszej stronie. Nieśmiało marzy mi się córcia:) Moja rodzina to najlepsze, co mnie w życiu spotkało i, można powiedzieć, najlepsze, co mi w życiu wyszło. W ogóle to nie mogę narzekać na swoje życie - może nie wszystko udało mi się tak jak, siksą będąc, planowałam (wtedy zakładałam, że po studiach wrócę do Krosna i nie mieściło mi się w pale, że mogę być menedżerem gospodarstwa domowego a nie kobietą sukcesu spełniającą się zawodowo prowadząc rodzinną aptekę), ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - moje pozostanie w domu było świadomą decyzją, bo mam zasady, które nie pozwalają mi wrócić do tego, co kiedyś robiłam, a co przed zmianą prawa wydawało mi się moim powołaniem.
Mam też jakiś tam plan na swoją dalszą "karierę zawodową" w ramach czasowych nie przekraczających kilku godzin tygodniowo.
Mam też, jak pewnie każdy, swoje strachy i obawy, ale i, na szczęście, ufność, że jest Ktoś, kto jak dotąd z każdych kłopotów pozwalał nam wyjść obronną ręką.

A kim chciałabym być za następne 30 lat? Fajną babcią opowiadającą bajkę gromadzie wnuków. No, zamiast robić w tym czasie na drutach (bo 30 lat to dla mnie za mało na opanowanie tej sztuki) mogłabym zabierać je na stok i uczyć jeździć na nartach.
Życzcie mi zatem zdrowia i cierpliwości:)


piątek, 17 kwietnia 2015

Jak przełamaliśmy niechęć do kredek

Przywykłam już do andrzejkowej niechęci do wszelkich prac ręcznych. Aż tu wczoraj wieczorem, ni z tego ni z owego, Jędruś sam zażądał kredek i kolorowanki.
No normalnie Święto Lasu:)
Wyciągnęłam kredki i dawno zapomniane ćwiczenia dla dwulatków. Wszystko, co wymagało przyklejania nalepek, opowiadania, kojarzenia czy wynajdywania różnic już wieki temu zostało przerobione, zostały tylko te nieszczęsne zadania wymagające rysowania i kolorowania, a namówienie Jędrka, by wziął do łapki co innego niż farbki w tubkach albo do mazania palcami graniczyło z cudem. Jeśli już, to tylko znikopis, a i to z wielką łaską.
Tak więc otworzyliśmy książeczkę na chybił-trafił, Jędruś spróbował i... stwierdził, że JA mam kolorować, a on BĘDZIE PATRZYŁ.
I wtedy wymyśliłam fortel:
  1. pokazałam Jędrusiowi, jak trzymać kredkę do rysowania, a jak do kolorowania.
  2. Kazałam chwycić jak do kolorowania i powiedziałam, że będziemy kolorować razem
  3. Chwyciłam jego łapkę i na początku trochę ją prowadziłam.
  4. Zwolniłam nacisk i już tylko udawałam, że kieruję rączką synka.
  5. Kiedy zaczęło mu wychodzić, pochwaliłam go i...
  6. ...uwolniłam jego rączkę, pokazując mu, że moja pomoc to ściema, a tak naprawdę on koloruje całkiem sam.
Teraz Jędruś koloruje sam i już się przed tym nie broni. Tu próbki - pierwsze dzieło bez pomocy, potem z coraz bardziej dyskretną pomocą, dwa ostatnie całkowicie samodzielne.


Zaczął od kolorowania kółka na zielono, więc na dolnym trójkącie pokazałam, co i jak

zaczęłam wiadro i trochę pomogłam przy łopatce

i nieco bardziej przy kółku

Sam! Całkiem sam!!



razem rysowaliśmy tylko kontur łopatki

Wszystko sam:)


pierwsza łapka narysowana bez pomocy
Dokończyłam jedno pole, bo Jędruś spieszył się do kąpieli:)

Wiem, że większość dzieci w jego wieku rysuje i koloruje lepiej. Oglądałam galerię prac jego rówieśników chodzących do przedszkola i widzę, ile pracy jeszcze przed nami, ale dla mnie najważniejsze, że Andrzejek w końcu się przełamał i uważam, że jest to sukces jest godny opicia:)

środa, 15 kwietnia 2015

Nauczka na przyszłość

Jędruś miał dziś wyjątkowo ciężki dzień, bo od samego rana był po prostu nieznośny. Pyskował, wyrywał zabawki Julkowi, nie chciał zjeść śniadania i rozpirzył całą zawartość kuchennych szuflad - ku uciesze Juliana i zgrozie sąsiadów, bo Jul ma niesamowitą radochę z walenia metalowymi pokrywkami o siebie lub o kafelki i wołania przy tym "pac pac!"

Jako że środa jest dla mojego męża dniem wolnym, postanowił on pojechać w końcu do US i złożyć naszego wypełnionego już wieki temu PIT-a. Po powrocie męża zaplanowaliśmy sobie wspólny spacer, a po nim miałam iść po grubsze zaopatrzenie na parę następnych dni.
Tymczasem zostałam sama z dwoma stworami, ale cóż to dla mnie za nowina, w końcu zostaję
z nimi kilka razy w tygodniu i to na znacznie dłużej niż wyprawa do skarbówki. Nie narzekałam tym bardziej, że akurat chłopcy tak fajnie zajęli się każdy swoją zabawą, że ja mogłam w spokoju poświęcić się innym domowym "przyjemnościom" w kuchni i łazience.

Wrócił mąż, zaczęły się przygotowania do spaceru. Jędrek z grubsza ubrany, Jul ubrany, my ubrani - starczy tylko narzucić chłopcom kurtki na grzbiety i można wychodzić. I w tym momencie padło fundamentalne pytanie: Gdzie u licha jest klucz od szafy?
No tak: niby ciepło, ale chłopcy bez wiatrówek na taki wygwizdów iść nie mogą. Wiatrówki obu gagatków wiszą sobie w szafie, a klucz do szafy przepadł. Pechowo, akurat do tej szafy nie pasuje żaden inny.

Zaczęło się przesłuchanie - kto ostatni korzystał z klucza. Ano mąż, wychodząc do US. Musiał zostawić klucz w zamku zamiast odłożyć na półkę poza zasięg dzieci. A do klucza w zamku mogą dosięgnąć obaj nasi synowie. Jul był jednak poza podejrzeniem, on cały czas bawił się klockami w dużym pokoju, przy tej szafie buszował tylko Jędrek.

Kolejne fundamentalne pytanie: Jędrusiu, wziąłeś ten klucz?

Jędruś się przyznał, więc mąż drążył: a gdzie go położyłeś?
Na co Jędruś: NIE POWIEM.
Mąż prosił i prosił, aż w końcu doczekał się odpowiedzi: w lodówce.  Przeszukałam - oczywiście go tam nie było.
Kolejna podpowiedź brzmiała: w koszu na brudne ubrania. Wysypaliśmy z mężem wszystko i przeszukiwaliśmy każdą rzecz z osobna. Bezskutecznie.
Potem było kilka kolejnych co raz to bardziej absurdalnych rzekomych lokalizacji, które jednak skrupulatnie sprawdziliśmy - i również nic.
W końcu mąż się poddał i powiedział, że skoro Jędruś nie da mu klucza, to spaceru nie będzie.
Jędruś prosił, błagał i zaklinał, ale mąż był nieugięty: bez klucza nie ma kurtki, bez kurtki nie ma spaceru. Wszystko to przy akompaniamencie żałosnego płaczu naszego starszaka i wśród błagań, żeby go "przymisiulić" (=przytulić).
Jędruś wymyślał więc kolejne bzdurne miejsca, a mąż co chwilę pytał - nie kłamiesz? (swoją drogą, czy trzyletnie dziecko może celowo kłamać? Serio pytam, bo moim zdaniem Jędruś zapomniał, gdzie zapodział ten klucz i był zwyczajnie przerażony reakcją ojca) - i przeczesywał już cały dom jak leci.
Ja, mimo własnej złości, próbowałam łagodzić atak paniki u Jędrusia, ale mąż w kółko powtarzał, że młody musi nauczyć się ponosić konsekwencje itd.
Skoro więc spacer z dziećmi był chwilowo niemożliwy, poszłam na te cholerne zakupy. Kiedy wróciłam, zobaczyłam, że chłopaki nie tylko znów są ubrani do wyjścia, ale mają na sobie kurtki, które były zamknięte w szafie. Co się okazało - mąż znalazł ten nieszczęsny klucz dość szybko między zabawkami w jednej z andrzejkowych skrzyń.

Cała ta scena, moim zdaniem przesadzona, była po to, żeby Jędrek zrozumiał, przeprosił i obiecał, że nie będzie już brał cudzych rzeczy bez pytania.
Jędruś rzeczywiście przeprosił i obiecał, że to się już nie powtórzy. Czy zrozumiał - zobaczymy.
Może nawet już jutro.



wtorek, 14 kwietnia 2015

365 dni Julianka

Rok temu, o czwartej rano z minutami, lekarze ze Szpitala im. Żeromskiego w Krakowie pomogli przyjść na świat mojemu młodszemu synowi. Zapamiętałam z tego momentu widok chudziutkich, sinawych nóżek i pozlepianych ciemnych włosków.
Szybko go zabrali, bo zachłysnął się wodami, ale na szczęście już po chwili zobaczyłam go lepiej, a jeszcze chwilę później szczęśliwy maluch grzał się na tatusiu:) Przez cały ten czas nawet nie zapłakał.
Po ojcowsko-synowskich przytulasach na sali operacyjnej, małego przystawiono mi do piersi - nie minęła nawet godzina od zakończenia operacji. Niby nie skóra-skóra, bo dzieliło nas moje szpitalne wdzianko i to coś, w co Jul był owinięty, ale jak na cesarskie cięcie w Polsce - klasa:)

To było rok temu. A teraz?
Teraz Jul jest wspaniałym, roześmianym dzieckiem, umiejącym cieszyć się absolutnie byle czym. Furorę robią moje opowiadania o tym, jak robią poszczególne zwierzęta i recytowane przeze mnie
z teatralną przesadą wiersze Brzechwy i Tuwima. Julek uwielbia wszelką bliskość, daje buziaki i tuli się do nas przy każdej możliwej okazji. Mama zamykająca za sobą drzwi albo Jędruś potrącający go przez nieuwagę łamią jego wielkie serce - ale nie na długo, Julo się nie obraża i chwilę później znów chce się przytulać. A już szczególnie do moich piersi - mimo wprowadzenia Bebilonu pepti nadal jest karmiony piersią na żądanie i w najbliższym czasie nie zanosi się na zmiany w tym temacie.

Julek absolutnie podziwia swojego starszego brata. Gdzie Andrzejek, tam i on. Naśladuje go, w czym tylko może - już opanował obsługę jeździka i zabawę sorterem - nawet tak skomplikowane kształty jak gwiazdka czy koniczynka umie dopasować do właściwych dziurek.

Julek nieco wolniej niż jego starszy brat rozwija się ruchowo. Siły mu jednak nie brakuje - on jest po prostu spokojny i ostrożny. Brak mu jędrusiowej brawury i szaleństwa, Julo, zanim coś zrobi, sto razy zastanowi się, czy warto. Jest chyba jedynym znanym mi dzieckiem, które nie cieszy się pierwszymi krokami. Potrafi zrobić ich kilka, ale unika tego jak może - przecież jeśli pokaże, że umie sam, to rodzice przestaną brać go na ręce, a brat nie będzie prowadził go za łapkę. A Julian frajerem przecież nie jest;p

A jak funkcjonujemy? Dotarliśmy się już. Jul wstaje o ósmej, w dzień śpi dwa razy po pół godziny plus na spacerze, wieczorem zasypia o 21. Kocha jeść i uwielbia się kąpać. Nie robi cyrku przy ubieraniu i przewijaniu. Nadal pieluchujemy się wielorazowo. Przy okazji przewijania staram się wysadzać go na nocnik, ale sukcesów brak, za to nocnik okazał się wspaniałym bębenkiem:)

W przeciwieństwie o naszego starszaka, Julek jest dzieckiem mało absorbującym i sam wynajduje sobie zabawy - najczęściej manualne. Ostatnio przyłapałam go na bazgraniu kredkami Jędrusia.
Polubił też znikopis, zwłaszcza odkąd nauczył się przybijać na nim pieczątki i wymazywać obrazki.

Kolejna rzecz, która różni chłopaków: Jędruś w podobnym wieku odzywał się z rzadka, ale zupełnie zrozumiale. Jul nadaje ciągle, ale w jakimś dziwnym narzeczu. Zrozumieć udało mi się tylko pojedyncze słowa: mama, tata, baba, dzidzi (=on sam), Aje (Andrzejek), bam, am, niam, kaka (kaszka albo klocki), da, tam, aaa (spać) i, o dziwo - Gaja (pies dziaków).
Nadal stara się powtarzać usłyszane słowa, ale nadal ich raczej nie zapamiętuje. Wyjątkiem jest szczekanie psa. Na pytanie, jak robi piesek, odpowiada: "Hau łał".
Paluszkiem też pokaże już całkiem sporo rzeczy. Własciwie gubię się już w tym, co rozróżnia dobrze, a co źle, czasem mu się coś poplącze, ale generalnie części ciała ma z grubsza opanowane na sobie, części twarzy na mnie, ze zwierzątek pamięta tylko pieska na jednym kocyku, ale za to sprzęty kuchenne nie mają przed nim tajemnic, Nawet sitko, trzepaczkę i lejek rozróżnia:)

Dokładnych danych liczbowych nie znam. Jul nadal pozostaje wysokim chudziną. Ciuszki nosi w rozmiarze 86, a waży jakieś 9-9,5kg. W kwestiach zębowych nie zmieniło się wiele. W natarciu obecnie wszystkie czwórki i obie lewe trójki, ale już wiem, że to może trwać miesiącami, więc uzbrajam się w cierpliwość.

A w kolejnym miesiącu czeka nas m.in. kontrola w poradni rehabilitacji, masa zaległych szczepień i planowych badań, próba wprowadzenia twarogu i żółtego sera i, mam nadzieję, więcej odwagi w chodzeniu:) Tymczasem - Julian (prawie) roczny:

Umiem grać i dopasować pokrywki wielkością do garnków:)

Odważyłem się. Mama, rób słit focię.

Żeby nie było, żem łysy

Mama, na następne urodziny poproszę większy wózek:)

Żeby nie było, że nie umiem chodzić. Macie:)

No dobra, dość tych popisów.
 A teraz wieję, póki Jędrek nie widzi. Paaa!



niedziela, 12 kwietnia 2015

Dylematy

Dobrze, że pojechaliśmy na Święta do Krosna. Tam najlepiej odpoczywam ja i moje dzieci.
Dzieciaki zawsze z pobytu u dziadków wracają wyhasane i rozpuszczone jak nomen omen dziadowski bicz, ale każda, nawet kilkudniowa bytność u nich to dla nich ogromny skok rozwojowy.

Cieszę się z tych paru dni tym bardziej, że ostatnio mamy zgryz.
Otóż mój mąż będzie starał się o nową pracę. Wykształcenie, kwalifikacje i doświadczenie ma wystarczające. I chce próbować.

Gdyby mu się udało, moglibyśmy zapomnieć o problemach lokalowych, stać by nas było, żeby wynająć dużo większe, komfortowe mieszkanie, posłać Julka do prywatnego żłobka albo zatrudnić nianię, żeby mi pomagała i jeszcze sporo odkładać.

To nad czym ja się właściwie zastanawiam?

Po pierwsze, boję się o męża. On jest dobrym, uczciwym, do bólu prostolinijnym człowiekiem z twardym kręgosłupem moralnym. A trafiłby w sam środek wyścigu szczurów, gdzie każdy pod każdym kopie dołki - bo takie słuchy chodzą o tej firmie.

Po drugie, boję się samotności. Mąż byłby w domu właściwie gościem.
Czy ja już wspominałam, że nie cierpię Krakowa? Nie cierpię szczerze i marzę, żeby się z niego wynieść. Ale nie do miasta niemal równie dużego, w którym byłam raz w życiu przejazdem, gdzie nie mamy żadnej rodziny, a ja nie znam dosłownie nikogo...

Tu mamy na miejscu mamę męża. A ona ma właściwie tylko nas. W życiu by się do tego nie przyznała, ale kocha wnuki do szaleństwa. Kiedy mąż powiedział jej o swoich planach, wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć.
Do moich rodziców zamiast 180 mielibyśmy ponad 500km i właściwie nie za bardzo mielibyśmy kiedy tam jeździć. Zatęskniłabym się chyba na śmierć... I obie babcie za swoimi wnusiami:/
Inną opcją jest rozłąka: ja z dziećmi w Krakowie (albo Krośnie), mąż sam na drugim końcu Polski, dojeżdżający do nas na parę dni w miesiącu. Też lipa.

Szczerze mówiąc, nie chcę, żeby go przyjęli. Na razie męża czeka sporo przygotowań, długa i skomplikowana rekrutacja, a ostatecznie dowiemy się wszystkiego pewnie nie wcześniej niż jesienią.
Wiem, że mąż chciałby mojego wsparcia, ale dla mnie jedyny plus (finanse) nie przeważa wszystkich wad takich zmian.
Prosiłam męża, żeby zrezygnował, ale odmówił. To był chyba cios w jego męską ambicję.
Modlę się zatem, by nie dostał tej pracy.
Wolę żyć skromnie, ale razem, względnie blisko rodziny. Egoizm?
Co Wy byście mi doradzili?

Darujcie, musiałam to z siebie wyrzucić. Na odtrutkę za 3 dni (a nawet za dwa, bo już po północy) będzie wesoło -  Julek, nasz Promyczek, skończy rok:)

czwartek, 9 kwietnia 2015

Omnibus

Źródło: godmother.pl
M: Andrzejku, chodź, pokolorujemy te autka twoimi nowymi kredkami.
A: Nie.
M: Ale dlaczego nie?
A: Bo ja nie umiem kolorować.
M: Umiesz, przecież wczoraj...
A: Nie umiem. Przecież nie muszę umieć wszystkiego!

***

Spacer z babcią.

A: Babciu, chodźmy do kościoła Kapucynów.
Babcia zaprowadziła wnusia, gdzie prosił. W kościele akurat odbywało się nabożeństwo, więc babcia zabrała wnusia do bocznej kaplicy, gdzie wystawiona była monstrancja z Hostią.
A (na całą parę): Babciu, łał, zobacz, Najświętszy Sakraaament!

***

Spacer z tatą, poczta. Andrzejek pokazał na coś palcem.

A: Tatusiu, co to jest?
T: Nie mam zielonego pojęcia.
A: A różowe pojęcie masz?
T: Nie, nie mam.
A: A czerwone pojęcie masz?
T: Nie, nie mam.
Andrzejek odszedł od taty i zobaczył tabliczkę kierującą do wyjścia ewakuacyjnego.
A: O, tu masz zielone pojęcie!

***

B: Jędrusiu, a teraz pójdziesz już spać, więc wyłączymy telewizorek, żeby on też mógł się zdrzemnąć, dobrze?
A: Nie, telewizor nie może spać, bo nie może zamknąć oczu. A nie może zamknąć oczu, bo nie ma ich przecież.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Nowość na AZS? - nasze wrażenia z testu kremu Dermaveel

Co tu owijać - w ramach współpracy z firmą Heel, testowaliśmy krem Dermaveel przeznaczony dla osób z atopowym zapaleniem skóry.

Krem ma skład, jak na kosmetyk na AZS, nietypowy:



Szczególnie zaintrygowały mnie ektoina i wyciąg z kory leszczyny.
Ta pierwsza jest naturalnym aminokwasem produkowanym przez niektóre bakterie. Ma stabilizować błony komórkowe, chronić przed utratą wody i działać przeciwzapalnie. Łagodzi także świąd.
Wyciąg z kory leszczyny w medycynie tradycyjnej był stosowany jako środek gojący na oparzenia
i odleżyny, łagodził też dolegliwości w świerzbie.

Do przetestowania dostaliśmy tubkę zawierającą 15ml kremu - w sam raz na dziesięciodniowy test.



Testowaliśmy we trójkę: ja, na moje spierzchnięte przez niedoczynność tarczycy łokcie, Julian na pokrzywkę towarzyszącą alergii na sierść psa (przy czym dodatkowo zażywał też Zyrtec w kroplach) i Andrzejek na swoją niewiadomego pochodzenia wysypkę na krzyżu i pośladkach.

Nasze wrażenia:

MAMA:

Pierwsze wrażenia były średnie - krem ma specyficzny zapach, który jednak szybko ulatuje. Gdybym miała go jakoś zobrazować, to powiedziałabym, że przypomina zapach orzechówki robionej przez mojego tatę.
Konsystencja kremu jest przyjemna - dość lekka, dzięki czemu krem szybko się wchłania i nie zostawia tłustego filmu. Po nałożeniu go na łokcie właściwie od razu mogłam się ubrać i nie zauważyłam tłustych plam na swetrze.


Przed testem moje łokcie były w niezbyt ciekawym stanie: łuszczące się i piekące - trochę jak skóra moich synów w fazie zaostrzenia AZS - choć niewątpliwie z mniejszym nasileniem.
Po jednorazowym nałożeniu (rano) nie odczułam ulgi jeśli chodzi o pieczenie, ale skóra wydała się lepiej nawilżona. Wieczorem jednak łokcie wyglądały identycznie jak rano.
Zwiększyłam więc częstotliwość smarowania do czterech razy dziennie i pod koniec 10-dniowego testu mogę Wam pokazać moje odmienione łokcie:

Dzień 1 i dzień 8. Inne oświetlenie, ale mam nadzieję, że widać różnicę:)


 Niestety mam obawy, że kiedy tylko odstawię krem lub wrócę do smarowania rano i wieczorem, problemy wrócą.

ANDRZEJEK

Nie podobał mu się zapach, ale dał się przekonać do posmarowania. Tu zdjęć nie będzie, bo musiałabym Wam pokazać szanowne cztery litery mojego syna. Musicie zatem uwierzyć mi na słowo.
Jędruś miał, na wspomnianych czterech literach i w dolnej części pleców szorstką, kaszkowatą wysypkę. Skóra nie była zaczerwieniona i nie swędziała.
Po dziesięciu dniach testów nadal nie jest to "pupa niemowlaka", ale skóra jest zauważalnie gładsza.

JULEK

Nasz Junior jest uczulony na sierść psa. Ile razy przyjedziemy do dziadków, tyle razy na jego buzi pojawia się niewielka, swędząca wysypka. Tak było i tym razem.
Julo bierze co prawda krople przeciwalergiczne (Zyrtec), ale uznałam, że krem również nie zaszkodzi. W ruch poszedł więc testowany Dermaveel. Co mogę powiedzieć?
Na pewno tyle, że razem z kroplami krem daje radę. Wysypka znikła w ciągu dwóch dni.

Jul w środę i w piątek po śniadaniu, na parę godzin przed pojawieniem się różyczkowej wysypki
Niestety - już w piątek Julek wypadł nam z testów - po południu pojawiła się wysypka, spowodowana prawdopodobnie różyczką. Wieczorem Julo miał krostki już wszędzie, łącznie z buzią. Właściwa diagnoza będzie znana po badaniach krwi na obecność przeciwciał, ale bałam się smarować tę wysypkę naszą nowością.

Podsumowując:

Zacznę od tego, że nie odważyłabym się bez zalecenia lekarzy zastosować nowości u dziecka w fazie zaostrzenia atopowego zapalenia skóry. Zastosowałam go u chłopców tylko dlatego, że ich AZS jest akurat w remisji  - na inne drobne problemy. Nie wiem zatem, jak działa na pełne objawy zaostrzeniowe.
Dermaveel to ciekawy kosmetyk. Na pewno działa. Czy lepiej niż stosowane przez nas dotychczas kremy natłuszczające z olejem lnianym? Myślę, że działa porównywalnie, nie lepiej i nie gorzej.
Jego plusem na pewno jest to, że nie zostawia tłustego filmu i nie brudzi - i tu ma zdecydowaną przewagę nad naszym Linodermem i Limomagiem.
Przegrywa natomiast ceną. Całą tubkę zużyliśmy w dziewięć dni, co - przy stałym używaniu generowałoby spore koszty. Sprawdziłam ceny w aptekach internetowych - tubka 15ml kosztuje 20-25zł, a 30ml to wydatek rzędu 35zł.

Powiem tak: to dobry kosmetyk, wart uwagi, z ciekawym składem, ale u nas przegrywa kosztami używania.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Odważny

A jednak odważył się.
Puścił moje kolano, zrobił dwa kroki w kierunku bączka leżącego na kanapie i ucapił kanapę niczym tonący rozbitek koło ratunkowe.

A kiedy już miałam zacząć bić mu brawo, spojrzał na mnie... i rozpłakał się najżałośniej jak tylko mógł. Jakby właśnie stracił coś bardzo cennego.


Tylko - co?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...