niedziela, 26 czerwca 2016

Pierwsza pomoc - jak zawaliłam resuscytację :(

Byłam wczoraj na ślubie w naszej rodzinie. Ślub odbywał się w kościele w samym centrum Krakowa, może 10 minut spacerem od Rynku.
Msza była piękna, chór śpiewał wspaniale, kazanie było urokliwe i dowcipne - głosił je zresztą przyjaciel Państwa Młodych.

W pewnym momencie jednemu z gości - z naszej strony - zrobiło się słabo. Wyszła z nim moja mama - w końcu jest lekarzem. Ja też się zmartwiłam i chciałam jakoś pomóc -  nie wiem, nogi w górze potrzymać, wodę podać do picia, powachlować, zagaić rozmowę... Nie spodziewałam się jednak, że chwilę później rozegra się horror, jakim jest resuscytacja umierającego. Napiszę tylko, że w filmach nie jest to ani w jednym procencie tak przerażające jak w rzeczywistości.

Sama się sobie dziwię,wszak jestem panikarą pierwszej wody, ale tym razem zachowałam zimną krew. Obserwowałam mamę, jak uderza nieprzytomnego w mostek i wykonuje masaż serca i wiedziałam - teraz muszę odchylić poszkodowanemu głowę, otworzyć usta i zrobić dwa oddechy. I zabrałam się za to niezwłocznie. Głowę ustawić mi się udało.  Potem było gorzej - nie udało mi się otworzyć ust ratowanego. Pomyślałam - za słabo - i spróbowałam najmocniej jak umiałam. A guzik. Zaciśnięte szczęki ani drgnęły. Kurczę, z fantomem na zajęciach nie było takich problemów... Mama zobaczyła z czym sobie nie radzę. Jeden fachowy manewr i usta otwarte, bez użycia siły. 
Tymczasem karetka, by dotrzeć na miejsce ze stacji pogotowia oddalonej od nas o dolne kilkaset metrów, potrzebowała - skandal - nieco ponad kwadransa. Szybciej by z noszami przybiegli, naprawmieli rzut beretem.
Tak było w dużym mieście - a co się dzieje na wsiach i w mniejszych miastach, które od szpitala często dzieli kilkadziesiąt kilometrów?  
U nas ostatecznie wszystko skończyło się dobrze, ale gdyby na miejscu nie było mojej mamy, stałaby się tragedia.

Teraz myślę o tym z perspektywy tych kilku godzin - i czuję się jak dupa wołowa. Mam wykształcenie medyczne, a w sytuacji kryzysowej zawiodłam. Zawaliłam swoją część. Gdyby nie było tam fachowca, chrzestny Pana Młodego nie miałby szans.  
I co dały mi godziny zajęć teoretycznych, setki ćwiczeń na fantomie, egzamin praktyczny... 
G*** dały. 
Tylko głowę nafaszerowaną teorią. Tłukli nam o defibrylatorze, my do  najbliższego mieliśmy kawał drogi, a w wielu miejscach w Polsce takiego ogólnodostępnego nie ma wcale. Nie łaska było nauczyć tego uderzenia w mostek? 
Może i topielec czy ofiara wypadku nie ma napięcia mięśniowego i łatwo otworzyć im usta, ale dlaczego nie pokazano nam, jak zrobić to u ratowanego, który ma szczękościsk? To ma być poziom kursu na wydziale farmacji? Na lekcjach PO w liceum był jeszcze żałośniejszy.

Jeśli tylko macie namiary na naprawdobre kursy pierwszej pomocy - nie wahajcie się ani minuty, nigdy nie wiadomo, kiedy, kogo i w jakich warunkach przyjdzie nam ratować.

niedziela, 19 czerwca 2016

9-miesięczna Martusia

Panna Martusia już sama się husia :)
Marta ma już 9 miesięcy. Gdyby nie fakt, że urodziła się przed terminem, można by rzec, że to jak
druga ciąża;)

Wyszła z brzucha taka mała krupka, a teraz to już panna:) Wzrostowo dogoniła rówieśników, nosi ubranka na 78/80. Wagowo... no cóż, w końcu pokonała 8kg. Tap madl mi rośnie.

No ale jak tu wyglądać "papuśnie", kiedy się NIC nie je? Młoda właściwie nadal żyje na moim mleku. Zębów w paszczy pięć, właściwie prawie sześć, a jedynym, co ta skubanica chce gryźć, jest - a jakże - moja pierś.
Po chwilowej poprawie skończyło się wciąganie papek i gryzienie skórki z chleba, teraz po spróbowaniu lub zjedzeniu paru łyżeczek Marta na resztę się wypina (znany z czasów wczesnoniemowlęcych płacz z bezdechami wrócił do użycia). Papki nie, kawałki nie. Owoce nie, warzywa nie. Chleb nie, woda w kubeczku nie - szlag mnie trafia. Niech ktoś rozszerza jej dietę za mnie.

Poza jedzeniem, Marta jest absolutnie cudowna. Na razie odpuściła nieco rozwój ruchowy i stawia na komunikację. Rozumie proste gesty (wyciągnięcie piersi, bujanie na rękach) i w odpowiedzi na nie twierdząco kiwa lub przecząco kręci głową, po czym zachowuje się adekwatnie do tego, co pokazała.
Mówi. "Ta-ta" to obije rodzice i coś w rodzaju "na ręce" (wzmocnione wyciągnięciem łapek), "ba-ba" to babcia Bogusia, "la-la" to lalka (ale tylko ulubiona szmacianka), a "jaaa!" to brat. Na obu woła tak samo i zwykle na wezwanie stawiają się obaj:)




 Tusia wnikliwie obserwuje wszystko, co ją otacza. Od dłuższego już czasu sama wyciąga sobie zabawki z pudeł, od niedawna potrafi je wkładać z powrotem. Kiedy siedzi w wózku albo foteliku, niemal na pewno wyrzuci wszystko, co jej się poda, a potem będzie podążać za tym czymś wzrokiem i płakać, by jej tę rzecz oddać z powrotem. 
Kilka dni temu mnie jednak zaskoczyła: raczkując po placu zabaw, zgubiła skarpetkę. Kiedy to zauważyła, zawróciła, znalazła zgubę, usiadła w trawie i zaczęła się tą skarpetką miziać po bosej stópce.

Z ruchowych nowości mamy tylko wstawanie. Marta faktycznie zaczęła wstawać krótko po poprzedniej miesięcznicy, ale długo było to ciągnięcie się na rękach bez jakiejkolwiek pracy nóżkami. Właściwe wstawanie jest od dwóch, może trzech dni. Nóżki na razie jednak ciągle chwiejne, więc stanie kończy się lądowaniem na pupie. Umie też sama lekko rozbujać sobie huśtawkę i aż piszczy wtedy z radości.
No i jeszcze siebie muszę pochwalić, bom z siebie dumna. Odważyłam się, jupiii!!! Nauczyłam się wrzucać Martę na plecy i motać plecak prosty. 


Z początku wychodził tragicznie, ale jestem wytrwała i idzie nam coraz lepiej, choć mała podczas wiązania bynajmniej spokojna nie jest.

Jeszcze tylko trochę fotospamu...

Stylizacja na Bożociałową procesję :)

Koci koci łapci:)

Ej, mama, co to za wielki robal?

Dodaj napis

selfik z nosidłem


 
 A raport z następnej miesięcznicy prawdopodobnie zdamy już z naszej letniej kwatery na Podkarpaciu.
A tymczasem - musicie uwierzyć mi na słowo, bo fota nie wyszła - Marta robi Wam "papa" :)

piątek, 10 czerwca 2016

Wstyd na całą wieś

Źródło: godmother.pl

 Mąż wybył. Obiecał wrócić o 19-tej, jest 20.22, a jego nie ma.
Jul rysuje, ja lulam Martusię i idzie mi z trudem, bo Jędrula gada tak głośno, że słychać go przez zamknięte drzwi.
Bawi się - pomyślałam, kiedy mój czterolatek pytał jakąż panią, czy do nas przyjdzie, a potem opowiadał, co mama zrobiła na obiad.
Marta oczywiście zasnąć nie chciała. Zaczęły się licytacje: kto głośniej - ona tu, czy Jędrula.
Tusia musi jednak jeszcze popracować nad natężeniem, bo mimo jej krzyku usłyszałam, jak Andrzejek śpiewa: "tato, tato, pokaż rogi, dam ci sera na pierogi. Na pierogi, naleśniki, tylko nie bądź taki dziki".
I nie ruszyłoby mnie to wcale, wszak Jędrek często zmyśla i śpiewa, co mu ślina na język przyniesie, gdyby nie jeden szczegół: że syn mój produkował się do słuchawki od domofonu.
Kurtyna!

sobota, 4 czerwca 2016

EEG u przedszkolaka - jak to zrobić bez traumy

Źródło: http://staszek-fistaszek.pl To właśnie Staś "pomagał" mi przygotować Jędrusia
do badania
Jak już Wam wspominałam, jakiś czas temu nasza pediatra wypatrzyła u Jędrusia coś, co wydało jej się napadem nieświadomości (to jeden z kilku podstawowych typów napadów padaczki) i skierowała go na badanie EEG i do neurologa.

Wiem, że posta o EEG obiecałam Wam wieeeki temu. No cóż, na swoje usprawiedliwienie mam masę innych badań, które trzeba było przeprowadzić u Andrzejka oraz kolejną odsłonę serialu pt. "domowy szpital", w której udział wzięli wszyscy oprócz wspomnianego wyżej Jędruli.

No nic, do meritum.

EEG, czyli elektroencefalografia, badanie czynności bioelektrycznej mózgu, czyli, najprościej mówiąc, tak jakby prądu w mózgu człowieka. Badanie to można wykonać we śnie fizjologicznym, w czuwaniu lub we śnie farmakologicznym pod kontrolą anestezjologa. 
Andrzejek, jak większość dzieci z podejrzeniem padaczki, miał EEG przeprowadzone we śnie fizjologicznym.

By to badanie mogło się o
dbyć w zaplanowany sposób, należało sprawić, by dziecko zasnęło dopiero tuż przed rozpoczęciem.
Jak to zrobić?

 Oto wytyczne żywcem skopiowane ze strony Szpitala św. Ludwika w Krakowie:
  • Dzieci: NIE ŚPIĄ
  • Do 6 miesięcy życia 3 godziny przed badaniem zabawione, aby nie przysnęło ani na moment,
  • Od 6 do 24 miesiąca życia nie śpią 4-6 godzin
  • Od 2-4 lat nie śpią od 5:00 rano aż do momentu badania, cały czas w ruchu!
  • Od 4-6 lat nie śpią od północy lub od 2:00 rano aż do momentu badania, cały czas w ruchu!
  • Dzieci nadpobudliwe wybudzane zawsze o północy
  • Przed badaniem nie oglądają telewizji i nie grają w gry komputerowe!
  • Dla małego dziecka wskazane zabranie kocyka, Przytulanki, smoczka i butelki z mlekiem lub herbatką.
  • Starsze dzieci w dniu badania nie mogą pić SŁODZONYCH NAPOJÓW GAZOWANYCH (np. cola), nie mogą jeść tik taków, rzuć (pisownia oryginalna, wiem, że to byk - przyp.red.)gumy do żucia.
  • Jeżeli dziecko przyjmuje leki konieczna jest informacja na ten temat.
  • Do badania zgłaszamy się ze skierowaniem, nr PESEL, książeczką zdrowia.
Jak wyglądało to u nas?

1. Jakiś czas przed EEG zaczęłam bawić się z Andrzejkiem w kosmonautów. Po co?
Ano po to, by oswoił się, że zostanie mu założony czepek lub siatka podtrzymująca elektrody elektroencefalografu. Następnie puściłam na yt filmik z prawdziwego badania EEG i starałam się zaciekawić Andrzejka. Udało mi się to:) Następnie poćwiczyliśmy zakładanie czepka na zwykłym czepku kąpielowym. Gdyby Jędruś był dziewczynką, pewnie wybrałabym zabawę we fryzjera i robienie pasemek:)

2. W dniu badania obudziliśmy Jędrusia przed 5 rano i na 6.30 zawieźliśmy go do przedszkola, uprzedzając opiekunki, że mają nie dopuścić, by usnął. EEG było wyznaczone na 14-tą, więc mąż pojechał po niego ok. 12.30 - tak, żeby odebrać go po obiedzie, a przed leżakowaniem i zawiózł prosto
do szpitala, zabawiając, by nie usnął po drodze. Uff, udało się.

druś bardzo dobrze zniósł badanie. Był spokojny, łatwo usnął. Myślę, że posłanie go tego
dnia do przedszkola było dobrym posunięciem, dzięki temu synek nie odczuł tego jako wyłomu w rytuale. 

Ciekawe, czy równie dobrze pójdzie nam z tomografią komputerową głowy - również rutynowo przeprowadzanym przy diagnozowaniu epilepsji. To już w przyszły czwartek, trzymajcie kciuki za mojego dzielnego kosmonautę:)

  

czwartek, 19 maja 2016

Miesięcy osiem z kochanym Ktosiem*

Tytuł autorstwa Mamanki, mam nadzieję, że się nie obrazi, że podkradłam;)

A tymczasem ów kochany Ktoś - moja Martusia - ma już osiem miesięcy.
Osiem miesięcy, dwa zęby na wierzchu i co najmniej dwa w natarciu i ok. 8kg kochanego ciałka.
Nosi bodziaki i bluzeczki w rozmiarze 74, spodenki i pajace na 80, kapciuszki 18/19 i pieluchy 4/L.

Prawie nadrobiła zaległości szczepienne. Ponieważ dobrze toleruje szczepienia skojarzone i nie ma po nich nawet odczynów miejscowych, może iść"normalnym" trybem i, choć i tak uparłam się przy tylko jednym kłuciu na jedną wizytę, do końca pierwszego roku życia musi przyjąć jeszcze tylko jedną dawkę 5w1.

Z jedzeniem też jakby drgnęło. Marta polubiła szpinak i dynię w wersji słoiczkowej i potrafi wciągnąć całą porcję - taką na 120g. Porównując to ze stanem sprzed miesiąca uważam to za sukces. W zupce z marchewki, pietruszki, selera, ziemniaka i dyni lub szpinaku udaje się też przemycić mięso - niestety tylko drobiowe i królika.Wołowina, cielęcina i jagnięcina mają chyba za mocny smak, bo zupką z nimi Martusia pluje. Jej zupa musi też być idealnie zmiksowana. Najmniejsza grudka oznacza koniec posiłku jaśnie panny.
Jedzenie w kawałkach nadal służy do rzucania. Oraz rozgniatania w dłoniach i rozmazywania po stole.
Raz tylko Marta dała się namówić na nieco chleba, ale jak dotąd powtórki nie było.
Niekapek też nie  spełnia swojej roli. Mimo demonstracji Marta w ogóle nie chce z niego pić.

W tym miesiącu na dobre wróciłyśmy też do chustowania. Ja wytrzymuję ok. pół godziny noszenia, a mojej pannie w to graj, uwielbia się przytulać, a czasem nawet w chuście zasypia:)


Chłopcy dostrzegli, że z Martą można się bawić. Że umie zrobić akuku, że będzie próbowała ich naśladować. Kopara mi opadła, kiedy dziś zobaczyłam, jak moja ośmiomiesięczna panienka, dorwawszy resoraka braci, kręciła jego kółkami, robiąc przy tym głośne pierdziochy ustami. Skąd to takie pojętne? No i empatyczne - kiedy widzi któregoś z braci z miną w podkówkę, przyłazi do niego i po swojemu go pociesza - śmiechem, gaworzeniem, trącaniem łapką - często z pozytywnym skutkiem:)


O ile jednak domowników Marta szczodrze obdarowuje swoją miłością, o tyle innych... już nie. Przekonali się o tym ostatnio mój brat i jego dziewczyna. Lęk separacyjny jak się patrzy. To pierwsze moje dziecko, które objawiło go tak wcześnie, chłopaki stali się tacy nieufni, kiedy byli jakieś dwa razy starsi.

A co potrafi nasza ośmiomiesięczna panna?

  • siada sama z dowolnej pozycji
  • siedzi dowolnie długo, stabilnie i prosto jak struna. W pozycji siedzącej potrafi sięgnąć po przedmiot, który leży za nią.
  • Klęka i klęczy bez podparcia.
  • Próbuje wstać. Na razie bez skutku, ale idzie coraz lepiej. Myślę, że to już kwestia dni.
  • Czworakuje. W przeciwieństwie do braci potrafi przemieszczać się bardzo cicho, bez plaskania dłońmi po podłodze.
  • Wyjmuje zabawki z pudeł (i plądruje pokój braci)
  • Chwyta dwoma palcami - na razie chwytem "nożycowym"
  • Rozbiera piramidę z kółek na czynniki pierwsze
  • Rozdziera kartkę papieru na dość drobne kawałki
  • Gaworzy i gada po chińsku
  • piszczy, szepcze, krzyczy, robi brrrm, pierdzioszki, cmoka i wydaje masę innych zabawnych dźwięków 




Wreszcie jakiś rozmówca na poziomie ;)



czwartek, 5 maja 2016

Kto da więcej

źródło: godmother.pl


Chłopcy się licytują:

J: Ja jestem kochanym plomyckiem.
A: A ja jestem kochanym słoneczkiem.
J: A ja jestem kochanym słonecnikiem!

***

Chwilę później młodszy z moich synów wchodzi do naszego "salonu" i przyłącza się do sprzątania przed kąpielą Marty z okrzykiem:

Mamusiu, psysedłem ja, twój kochany odkuzac!

***

Jem kolację przy "Kuchennych rewolucjach" z zeszłego tygodnia.
Andrzejek zagląda mi przez ramię: mamo, wyłącz tę babę z mopem na głowie i puść mi Tomka!

poniedziałek, 2 maja 2016

Wieści majówkowo-julowo-martowo-chustowe;)

Majówka... mieliśmy jechać do Krosna, ale okazało się, że

a) moja mama wybyła na tydzień do Medjugorje
b) mój tato skorzystał z okazji i przeprowadza w domu smrodliwy remoncik z malowaniem ścian i cyklinowaniem parkietów na czele.

 No więc zostaliśmy w Krakowie.
Ja tuż przed weekendem zaszalałam w ciuchu. Poszłam po bluzki do karmienia dla siebie, a wróciłam... zgadnijcie z czym;)

Metodą facebookową sprzedałam trochę garderoby po chłopcach i Marcie. Korzyść potrójna: Stos pudeł i siat wysokością równa się z szafą, a nie sięga sufitu, odzyskałam jakieś 150zł, a przy okazji poznałam przy parę miłych mam z okolicy.

Julo sam z siebie zaczął wołać o nocnik. Nadal oczywiście potrzebuje pieluchy i często myli rodzaj aktualnej potrzeby, ale prawie każda nasiadówka na nocniku kończy się sukcesem.

Martula również nabyła parę nowych przydatnych umiejętności:
powoli, ale do przodu:) 

Niespodzianka na koniec dnia:)



A ja..

Na razie tylko na 10min., ale bez bólu :) A będzie coraz lepiej :)))






środa, 27 kwietnia 2016

dziecko rowerowe i dziecko nierowerowe

Jak już wcześniej wspominałam, Andrzejek od tygodnia ma nowy rower. Zmiana była drastyczna, bo z drewnianej biegówki o 12'kołach przesiadł się na tradycyjny rower o kołach 16'. I właściwie jest już gotów na zdjęcie bocznych kółek.No dobra, byłby - gdyby podczas jazdy patrzył, gdzie jedzie zamiast zachwycać się (na głos) tym, jak pięknie pedałuje... Przez to, choć technikę ruszania, hamowania i skręcania opanował w minutę osiem, ja nadal boję się odejść od mojego cyklisty dalej niż na wyciągnięcie ręki, o odjęciu kółek, ba, nawet o zrobieniu zdjęcia w czasie jazdy, nie wspominając.

Tymczasem w sobotę znów oglądałam dziecięce rowerki mając nadzieję na udany zakup, a potem równie udany debiut na Plantach Bieńczyckich - tym razem towarzyszył mi Julian.
Wychodząc z domu, opowiadałam mu, jak to fajnie jest jeździć na rowerze. Wydawało się, że haczyk został połknięty - Julo piszczał z radości, że idzie mierzyć rowerek. Był grzeczny w autobusie, dziarsko zszedł po stromych schodach (sam!), dał się zaprowadzić do miejsca, gdzie stały rowerki, bez protestu wsiadł, kawałek przetuptał i już miałam mówić, że kupię mu ten rowerek, kiedy Julasty zauważył
GRABKI.
-Chodź,  Juluniu, kupię ci rowerek. Wolisz żółty czy niebieski?
-Wolę glabki. O te zielone - i pokazał na najzwyklejsze plastikowe grabki o piasku.
-Julo, grabki mamy w domu. Ty masz swoje i Jędruś ma...
-Ale ja nie wolę lowelka. Wolę glabki zielone. Glabki chcę!!!

Wszystkie kilkanaście obecnych w sklepie par oczu zwróciło się w naszą stronę. Musieliśmy stanowić niezłe widowisko - matka chce kupić dziecku wypasiony rowerek biegowy, a
dziecko woli grabki za piątaka i na rowerek porzucony po drodze ani spojrzeć nie raczy.

No cóż, ludziska się pośmiali, coś tam nawet skomentowali, rower z pewnym rozczarowaniem odprowadziłam na dotychczasowe miejsce, a Julo z dumą podał ekspedientce pięć złotych za swoje nowe grabki.
Tylko dlaczego owa ekspedientka patrzyła na nas, jakbyśmy jej co najmniej dom spalili...

          Taki chciałam dziecku sprawić...


 













A mój mąż po naszym powrocie wysłuchał całej historii, obejrzał nowy nabytek i... pochwalił Julastego, że wybrał porządne grabie.
Polskiego Wadera, a nie jakąś chińszczyznę.

sobota, 23 kwietnia 2016

Padaczka u dziecka. Niestety - naszego

W środę usłyszałam  dwie wiadomości: dobrą i złą.

Ta zła jest taka,  że Jędruś jednak ma padaczkę.

Lepsza jest taka, że nie ma drgawek, a jedynie napady nieświadomości, po których łatwo wraca do przerwanej czynności. Napady nie są też wyzwalane światłem, więc Andrzejek nie ma np. zakazu oglądania bajek czy pokazów świetlnych. Ograniczenia są jedynie takie, że Jędruś nie może zostawać sam np. na placu zabaw, musi być pilnowany, kiedy jedzie na rowerze (a jeździ jak szatan;p) i musi być pod  nadzorem, kiedy je i się myje. No i żadnych szczepień dopóki ma napady.
Słowem - na razie ma łagodną postać padaczki i wygląda na to, że opanujemy ją jednym lekiem i jest szansa, że z wiekiem choroba ustąpi.

Nie jestem oczywiście szczęśliwa, że Jędrula musi ów lek brać - leki przeciwpadaczkowe są dość toksyczne, bardzo obciążają wątrobę i trzustkę oraz mogą nasilać nadpobudliwość i zaburzenia koncentracji, a moje pierworodne dziecko i bez tego aniołkiem nie jest. Ale cóż robić - trzeba to trzeba i już.

Jest jeszcze jedna dobra wiadomość. Po usłyszeniu diagnozy bałam się, jak zareaguje na chorobę Jędrusia personel w jego przedszkolu. Zdążyłam już bowiem wejść na forum dla rodziców małych epileptyków i przeczytałam kilka historii o nakazach przeniesienia dzieci do placówki integracyjnej.
A u nas... wszystkie opiekunki są przeszkolone o pracy z takimi dziećmi, co więcej, powiedziano mi, że Andrzejek nie jest jedynym dzieckiem z padaczką w przedszkolu, mają też dziecko z cukrzycą, któremu trzeba mierzyć poziomy cukru i wstrzykiwać insulinę. Uff, ktoś jednak czuwał nad nami, kiedy wybieraliśmy przedszkole:)

Teraz Andrzejka czeka jeszcze rutynowa tomografia głowy, a nas notowanie w dzienniczku występowania napadów i ich okoliczności, ale najważniejsze, że będziemy żyć tak jak do tej pory.


PS. Chcecie post o EEG u takiego malucha i o tym, jak przygotowywałam o niego Andrzejka? 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...