środa, 23 lipca 2014

Deja vu

Byliśmy dziś z Julasem w poradni rehabilitacyjnej. Mały przeszczęśliwy - tyle kobiet do czarowania... Wizyta w każdym razie udana - Julo ćwiczenia dostał i aż do kontroli we wrześniu trenować ma co najmniej 5 razy dziennie. Jakie to ćwiczenia - o tym może jutro, bo zapowiada się, że przez pół dnia będziemy mieć z Julkiem wolną chatę - a nuż uda się jakieś zdjęcia zrobić, a może nawet filmik nakręcić.

Ale dziś nie o tym. Dziś o moim wrażeniu na widok Julka ubranego przeze mnie w pierwsze body i spodnie, które mi się nawinęły po tym, jak ulał na poprzednie.
Wiem, że sporo blogowych mam dzieci tej samej płci prowadzi cykle fotopostów ze zdjęciami dzieciaków ubranych tak samo lub w to samo. Ja nie chciałam tego robić, wszak moje chłopaki to indywidualności są, szczególnie Andrzejek;p
Poza tym ja na co dzień nie przywiązuję specjalnej wagi do wyglądu moich chłopców. Ma im być wygodnie, a mnie ma tych ciuszków nie być żal. A jednak do tej "stylizacji" poczułam dziwny sentyment. Nie dawało mi to spokoju, więc poszperałam w Picasie i już wiem, dlaczego. Poznajecie?



Tak, dokładnie te ubranka miał na sobie niespełna półroczny Andrzejek, kiedy pierwszy raz udało mi się uchwycić jego nieśmiałe próby raczkowania:)
A dzisiaj również w tych ciuszkach Julek pierwszy raz w bólach, stękach, trudzie i na raty, ale wreszcie całkowicie samodzielnie przewrócił się z pleców na brzuch:)


Czy(m) kolejne dziecko może zaskoczyć?

3-tygodniowy Andrzejek i miesięczny Julo
Przyznaję się bez bicia - po odchowaniu Andrzejka nie bałam się już samej opieki nad Julkiem. Czułam się już, hmmm, doświadczona. Przecież tyle pieluch zmieniłam, zaostrzeń AZS wyleczyłam, ćwiczeń z dzieckiem wykonałam, ataków kolki przetrwałam, napadów szału zniosłam, razy gardło na pieśniach legionowych zdarłam, kaszek narobiłam i plam przeróżnych z ciuchów sprałam, że myślałam, że nic mnie już nie zaskoczy.
W zasadzie bałam się tylko dwóch rzeczy - tego, że Jędruś będzie zazdrosny i tego, że Julek będzie taki sam jak Andrzejek, bo wtedy na bank bym ich obu nie ogarnęła.

Pierwszym zaskoczeniem był już pobyt w szpitalu. Myślałam, że wszystkie dzieci płaczą. Błąd. Są takie, które tylko marudzą, a do płaczu trzeba im znacznie więcej niż pełnej pieluchy, mokrego ubrania i lecącej na oczy czapeczki. Podczas czterodniowego pobytu w szpitalu Julek tak porządnie rozpłakał się tylko raz - był głodny, matka tuż po cięciu nie mogła jeszcze wstawać, a położna przyszła dopiero po kwadransie od wezwania.

Kolejne zdziwienie: pielęgnacja.
No bo jak to możliwe, że arcydelikatne kosmetyki, które skutkują u atopika, nie dają rady u noworodka? Dla Julka musiałam kupić inny zestaw, bo z kosmetyczki brata "polubił" tylko Ziajkę natłuszczającą do kąpieli, krem Nivea na każdą pogodę i Linoderm - ale nie na pupę tylko na łuszczącą się skórkę. Wszystko inne  musiałam kupić nowe - a nawilżanych chusteczek Julo nie akceptuje ŻADNYCH. Nawet poza domem mam przy sobie waciki i wodę do mycia.
Pępek. Dlaczego pępek Andrzejka traktowany octeniseptem odpadł 13 dnia, a u Julka trwało to prawie miesiąc, choć w ostatnim tygodniu w akcie desperacji zaczęłam dodatkowo myć go spirytusem?
No i skąd u Julasa ta okropna ciemieniucha? Andrzejek też miał, ale tylko w brwiach, zeszła po jednym natłuszczeniu i "wyczesaniu" patyczkiem higienicznym, a Julek ma to paskudztwo na całej głowie, momentami aż się sypie. Wypróbowałam chyba wszystkie dostępne natłuszczacze, a nawet maść robioną ze sterydem. Wszystko pomaga, ale na chwilę. Kiedy tylko odstawię maści, dziadostwo nawraca. A jak tu natłuszczać i wkładać czapeczkę na taki skwar...
I jeszcze odparzenia.  Tak, wiedziałam, że mogą się pojawić na pupie, ale że na szyi? Albo pod pachami? Jędruś nigdy czegoś takiego nie miał. Dopiero fałdziasty Juluś pokazał mi w praktyce, że jest to możliwe.

No i przede wszystkim - jak rodzeni bracia mogą się tak różnić?
Obaj z tych samych rodziców - jeden niejadek, drugi pożarłby zawartość obu piersi i matkę na dokładkę - i tak z dziesięć razy dziennie. 
Jeden kuty na cztery nogi, drugi pokorny jak cielątko.
Jeden od urodzenia nie wytrzymał pięciu minut w bezruchu, drugi to typ "gdzie położysz, tam leży", czasem nawet nóżkami fikać mu się nie chce.
Starszy od zarania hałaśliwy do bólu bębenków, młodszy tak cichy, że momentami zastanawiam się, ile ja właściwie mam dzieci. Nawet jak coś tam sobie gada to tak, żeby przypadkiem nikomu miru domowego nie naruszyć.
Andrzejek ciągle czegoś ode mnie chce, Julek chce tylko bliskości - i to tylko kiedy nie śpi, a śpi naprawdę dużo.
Jeśli porównać ich rozwój ruchowy, to Jędruś odsadza młodszego brata o co najmniej miesiąc. Jędrula trenował jak stachanowiec, Julo woli się wdzięczyć.
"Ból istnienia" u Julka to dla mnie coś jak lepszy dzień Andrzejka w analogicznym momencie życia.
No i coraz bardziej zaznaczająca się różnica wielkości - urodzili się tego samego wzrostu z różnicą 160g na korzyść Andrzejka. A dzisiaj 3-miesięczny Julek ćwiczy przewrotki na boczek w ciuszkach, w których jego starszy brat zasuwał na czterech mając pół roku.

Z wiekiem pewnie będzie się tego zbierać coraz więcej.
A u Was - czym zaskoczyły Was Wasza dzieci? Czym pierwsze, a czym kolejne?







poniedziałek, 21 lipca 2014

Dlaczego nie będę hejtować lekarzy

To nie tak, że pacjentom nic się nie należy. Należy się, to rzecz jasna i nie powinno się puszczać płazem sytuacji ewidentnie karygodnych.
Mnie samą również coś takiego spotkało i to w najbardziej bolesnym momencie życia. Do dzis sama się sobie dziwię, że nie złożyłam skargi. Może ten "delikatny" pan doktor następnym razem dziesięć razy zastanowiłby się zanim coś powie.

Nie mogę jednak stwierdzić, że jeden cham i jedna nie najlepsza lekarka Jędrusia rzucają cień na całe środowisko. Tak jak jedna położna na pato w Żeromskim dwa lata temu nie była w stanie popsuć mojej opinii o personelu tego szpitala jako całokształcie.
W tym zawodzie - oprócz wcale nie tak licznej jak media podają grupy łapówkarzy i niekompetentnych konowałów - jest bowiem masa ludzi, którym naprawdę się chce. Chce się dokształcać, chce się zostać po godzinach i przyjąć pacjenta w potrzebie, chce się pochylić nad problemem z którym przyszedł.

I choć takie moje spostrzeżenia odnośnie lekarzy w Krośnie można by jeszcze wytłumaczyć tym, że przecież moja mama pracuje w tamtejszym szpitalu od ponad 30 lat i siatkę koleżeńskich kontaktów ma całkiem sporą, o tyle do Krakowa jej macki już nie sięgają.

Jak więc wyjaśnić to, że zupełnie obcy endokrynolog, mimo że kolejki miał trzymiesięczne, zgodził się po całym dniu w pracy przyjąć jeszcze ciężarną z kiepskimi wynikami?
Że pani alergolog, do której poszliśmy z Julkiem, nie tylko przyspieszyła nam termin prywatnej wizyty, ale NIE WZIĘŁA OD NAS PIENIĘDZY?
Że nasza pediatra, kiedy przyszłam do niej z rozpalonym Julkiem, choć była już po swojej zmianie, a gabinet musiała zwolnić kolejnej lekarce, zbadała mojego małego mimo że musiała przez nas zostać ponad pół godziny dłużej i szukać po całej przychodni wolnego pokoju w którym można było rozebrać dziecko?
Że pani doktor od rehabilitacji (ta sama, która trenowała Jędrusia), do której z powodu braku terminów w poradni poszliśmy dziś z Julkiem prywatnie, stwierdziwszy, że Julek jednak rehabilitowany być musi, nie tylko nie przyjęła ode mnie pieniędzy, ale jeszcze załatwiła nam wizytę w poradni NA POJUTRZE?
Że nie wspomnę o moim wspaniałym ginekologu, który każdą swoją pacjentkę traktuje jak królową oczekującą royal baby...

Tak, są tacy. I albo jest ich tak dużo, albo ja ostatnio jakoś często na nich trafiam:)


Andrzejek i Youtube - lista przebojów

Jak spacyfikować dziecko?
Prosto - posadzić przed telewizorem. A że my telewizora nie mamy, rolę tę pełni laptop i internetem i Youtube.

Przyznam, że z początku nie chciałam puszczać Andrzejkowi filmików, żeby go nie rozpuścić;p
Potem jednak postanowiłam pokazać mu teledyski Fasolek - te piosenki i tak już znał, bo od dawna mu je śpiewałam.

Staram się jednak, żeby tej internetowej telewizji nie było więcej niż 10-15 minut dziennie, a i to zwykle w porcjach jednofilmikowych. Teraz ma już swoje ulubione. Oto obecna lista przebojów

Miejsce 10:
Lulek TV "Pieski małe dwa"
Yeah, ręka w górę, kto nigdy nie fałszował "Sibą sibą la la la la la..."



Miejsce 9:
"Rada Puchaczy"
Koniecznie w tej wersji. Tu są najpiękniejsze sowy. Choć, dowiedziawszy się o tym od tatusia, Jędrula za każdym razem wytyka autorowi kompilacji, że powtykał również zdjęcia innych gatunków sów.



Miejsce 8:
Lube "Koń"
Rośnie kolejny fan ruskich rzewności. Ja też uwielbiam tę piosenkę, ale odkrył ją dla nas mój mąż.




Miejsce 7:
Fasolki "Szczotka, pasta..."
Pozycja obowiązkowa przy czyszczeniu zębów... pluszowemu Kłapouchemu;p



Miejsce 6:
Fasolki "Każdy ma jakiegoś bzika"
Czyli "Mamusiu, puść mi piosenkę o zwiezątkach"



Miejsce 5:
"Wirtuoz harmonijki" - Andrzej D. we własnej osobie
Odrobina zdrowego narcyzmu jeszcze nikomu nie zaszkodziła;p



Miejsce 4:
Andrzej D. sprząta
Nadal kocha odkurzać - i z jakiegoś powodu - oglądać jak sam kiedyś odkurzał;p



Miejsce 3:
Kompilacja pieśni patriotycznych
czyli "Pójdę do dziewcyyyny, pójdę do jedyyynej cośtam cośtam"



Miejsce 2:
Edmund Fetting "Deszcze niespokojne"
Chyba każdy chłopiec prędzej czy później choruje na "Czterech pancernych". Mój pierworodny właśnie wszedł w ten etap rozwoju;p



Miejsce 1:
Defilada 1000-lecia Państwa Polskiego
Odkrycie Jędrusia - znalazł miniaturkę w pasku bocznym przy okazji oglądania "Czterech pancernych", kazał sobie wyświetlić i przepadł. Od tej pory tylko "Mamaaa! Puść mi defilaaady!!!"
I zdziwko, że mama nie podziela synowskiego zachwytu...




A Wasze pociechy mogą nam coś polecić?

niedziela, 20 lipca 2014

Pasjomatka:)

Każda matka będąca z dziećmi w domu wie, jak absorbująca i hałaśliwa jest taka właśnie codzienność. Śmiechy, płacze, wrzaski i piski, a kiedy te wieczorem ucichną, szczęk mytych talerzy i syk płomienia pod garnkiem z zupą. W dzień gonitwa i gonitwa wieczorem.

Wiem już, czego mi było trzeba.
Nie zakupów, odświeżenia wizerunku czy pogaduszek.
Mnie trzeba było się wyciszyć.
Udało mi się i od razu mi lepiej.


Nie wiem jak Wy, ale ja najlepiej restartuję się w samotności i skupieniu robiąc coś, co nie wymaga ode mnie myślenia. Mam kilka takich pasji.
Kocham narty. Szum wiatru i skrzypienie śniegu pod nogami. Lekki zawrót głowy po zrobieniu kilku piruetów i radochę ze skoku ze skoczni ulepionej przez lokalne dzieciaki. I to piękne uczucie wolności, kiedy jadę rytmicznym slalomem po kolana w dziewiczym puchu.
Marzenia ściętej głowy - mamy lato...

Uwielbiam rzewne pieśni zza naszej wschodniej granicy, Okudżawę, Germankę, tradycyjne ballady i romanse. Słuchać i... śpiewać, przygrywając sobie na gitarze. Kij z tym, że granie to w moim przypadku parę chwytów na krzyż. Cisza nocna jest, a gitara została w Krośnie.

I na koniec coś mniej nierealnego...



Wczoraj w końcu kupiłam sobie nową plastelinę. Skusiła mnie cena (3,30zł) oraz obietnice na opakowaniu: że eko z woskiem pszczelim i że w czasie lepienia o 8% zwiększa objętość.
Cichaczem otworzyłam, ucisnęłam przez folijkę - mięciuteńka. Wzięłam dwa pudełka - jedno dla mnie, a drugie dla Jędruli, a nuż się skusi i z plastelinką przeprosi.

A ja tymczasem zrobiłam sobie dziś małą rozgrzewkę. Lwia część moich dotychczasowych dzieł na prośbę mojej mamy została w domu w Krośnie. Te, które zrobiłam u nas, padły łupem Jędrusia i zostały unicestwione, zostały mi po nich zdjęcia na blogu i satysfakcja. Dlatego dzisiejsze twory lądują za szybą - może w ten sposób uda im się przetrwać nieco dłużej. Liczę też, że uda mi się częściej wygospodarować jeszcze godzinkę na własne przyjemności:)

Tymczasem zostawiam Was z moimi robalami









PS.1. Ta plastelina świetnie nadaje się dla dzieci. Jest mięciutka, łatwo się skleja i miesza. Jak dla mnie - za łatwo. Ciężko było uniknąć smug innych kolorów na figurkach. Raczej nie nadaje się na wiekopomne dzieła. A pedantów pewnie zdenerwuje to, że brudzi ręce. Bo skoro ręce, to pewnie i ubrania, dywany... Z tego względu trzeba się z nią obchodzić ostrożnie.

PS. 2. Mój mąż zapytał mnie dziś, czemu tych swoich figurek nie sprzedaję. Nie pomyślałam o tym. Robię je - i będę robić nadal, bo lubię i odtruwam się przy tym.
Myślicie, że ktoś w ogóle chciałby coś takiego kupować?

piątek, 18 lipca 2014

Podsłuchane i podpatrzone

I PODSŁUCHANE

Dla Andrzejka miałam jeszcze duszone mięso z wczoraj. On mały, to postu trzymać jeszcze nie musi. Tatuś zjadł zupę i pojechał się dokształcać, a ja zaczęłam robić drugie danie dla siebie. Kiedy Jędruś poczuł smakowity zapach czosneczku i cebulki i usłyszał, że matczysko coś chrupiącego sobie podgryza, stanowczo odmówił zjedzenia swojego mięska i, szarpiąc mnie za rąbek spódnicy, zażądał swojej doli.
Zrobiło mi się żal dzieciaka. Mam nie dać mu spróbować swojego ulubionego dania, które kojarzy mi się z dzieciństwem i piątkowymi wizytami u babci?
Tym bardziej, że mogłam, bo robiłam je bez jaj... No dobra, synu, masz.
Andrzejkowi aż się oczy zaświeciły. Wcinał tak, że uszy mu się trzęsły, dwa razy brał dokładkę.
Przyszła babcia Andrzejka:
"O, robisz placki ziemniaczane? Dobra, tylko wywietrz tu potem. I nie dawaj ich Andrzejkowi, bo jest za mały na smażone"...
I właśnie w tym momencie do przedpokoju dziarsko wmaszerował Jędrula, ładując do paszczy ostatni, zdecydowanie za duży na jeden kęs kawał placka, a tłuste łapki wycierając w gołe brzucho - i rzucił się babci na szyję, plackiem wystającym jeszcze z pyszczydła plamiąc jej bluzkę.
Mina babci - bezcenna.

Tak więc po ostatnich przygodach z jedzeniem, placki ziemniaczane zjedzone dziś w ilości jak dla tatusia, na stałe wejdą do andrzejkowego jadłospisu. Wiadomo, nie za często, ale czasem dziecku przyjemność zrobić można. I za tę przyjemność i pięknie zjedzony obiad pozostanę wdzięczna "babie z mięsnego", bo dzięki niej wyszły mi dziś najlepsze placuchy, jakie kiedykolwiek zrobiłam. I to bez jajka:)
Jak to czasem warto dłużej postać w kolejce i poczekać, aż ekspedientki się naplotkują... a tak dowiedziałam się, że placki najbardziej chrupiące wychodzą z ziemniaków startych na grubej tarce.
POTWIERDZAM i już nie wrócę do dawnego przepisu z jajami i ziemniakami na papkę:D

A poniżej przepis, z którego chyba będę korzystać przez resztę życia:

  • 10  średnich ziemniaków
  • 1 duża cebula
  • czosnek, sól i pieprz do smaku (dałam 3 duże ząbki czosnku, bo lubię, kiedy jest wyczuwalny)
  • 1 płaska łyżka mąki ziemniaczanej (dodałam, bo miałam młode, mało kleiste ziemniaki, może przy lepszych nie trzeba)
  • mąka pszenna - tyle, żeby masa "trzymała się kupy" - mnie wyszło 2 duże kopiate łyżki.
  • olej rzepakowy do smażenia.


II PODPATRZONE

Smażyłam sobie placki, raz po raz zerkając przez okienko, co też robią moi chłopcy. Jędrula siedział na kanapie i udawał, że też smaży placki, a Julianek na podłodze usiłował ucapić kotka zwisającego z pałąka maty edukacyjnej. W pewnym momencie słyszę " No, Julecku, a tejaz poćwicys sobie podnosenie główki".
No to pięknie!
Zanim dobiegłam, Jędruś zdążył już przetoczyć Julasa na brzuch, ale wtedy...
Julek sam odwrócił się z powrotem na plecki.
I to nie tak jak do tej pory, tracąc równowagę przeważony przez nadmiernie odgiętą łepetynę. Normalnie, pięknie się obrócił. Sprawdziłam, czy to nie przypadek. A potem jeszcze kilka razy. Za każdym razem Julo wracał na plecy.

A jaką miał radochę, że postawił na swoim:D

czwartek, 17 lipca 2014

Chłopak na szóstkę czyli Julian I Wielki

Istny maraton zdrowotny dziś mieliśmy. Rano - neurolog, a po południu - kontrola u naszej pediatry na "zdrowym dziecku".
Do neurologa udało mi się dostać termin w Prokocimiu. Jeździłam tam wcześniej z Andrzejkiem do gastrologa, więc wiedziałam, z czym to się je i, choć wizyta miała być na 11-tą, wybraliśmy się wcześniej. I tak oto już o 9.15 staliśmy w kolejce nawet nie do rejestracji do poradni, ale do "rejestracji do rejestracji do poradni" - czyli po kartotekę z danymi osobowymi Julka. Czynne pięć okienek, na każdym wyszczególniony spis poradni, które dane okienko obsługuje. Oczywiście wszystkie pozostałe miały po dwie, góra cztery poradnie, a "nasze" obsługiwało ok. 20 pozostałych. Koszmar - ok. godziny w samej kolejce.
Wypełniwszy szystkie wymagane świstki i otrzymawszy kopertę z nazwiskiem i peselem Julka, z wywieszonymi językami popędziliśmy pod poradnię - tam wszak czeka nas jeszcze jedna rejestracja - już do samej pani doktor.
Byle zdążyć do wizyty. Wpadam na miejsce - a jakże, znów kolejka.
Przychodzi nasza kolej. O 10.45 miła rejestratorka mówi, że jesteśmy zapisani. Pytam, czy zdążymy, bo tyle ludzi przed nami. Bez obaw, lekarka przyjmie wszystkich.
Uff, no to czekamy.

Po pół godziny przez megafon wyczytują Juliana. Zrywamy się z krzeseł - okazuje się, ze tylko na ważenie. Pielęgniarka rzuca okiem na śpiącego młodego i prosi, żeby pi razy oko podać, ile może ważyć. Nie miałam pojęcia, więc powiedziałam, że jakieś 6,5kg. Wpisała. Pewnie nie chciało jej się użerać z kolejnym płaczącym niemowlakiem.

Dwa karmienia, jedną zlaną pieluchę i jedno kupsko później Jul znów jest wyczytywany. Uff, tym razem do pani doktor. Jest, dzięki Bogu, 12.15, a pod drzwiami stoi już... inna lekarka, która od 12-tej miała przyjmować w tej samej poradni. "Nasza" pani doktor odprawia ją z kwitkiem, spokojnie przeprowadza z nami wywiad i bada Julka.

Wiecie, jak wygląda neurologiczne badanie niemowlaka? Istne akrobacje. Byłam przerażona - jakieś salta, beczki i korkociągi;p w pewnym momencie pani doktor wywróciła Julasa niemalże główką w dół. No, ale Julo został zbadany i sympatyczna pani doktor orzekła, że napięcie mięśni jest w porządku, tylko małemu się nie chce;p Mamy kłaść go na brzuchu i ćwiczyć to, co nam rehabilitanci zalecą, a będzie dobrze, a nawet bardzo dobrze. Jej dalsza opieka na chwilę obecną jest niepotrzebna.
Uff...
Warto było siedzieć w szpitalu cztery godziny, żeby to usłyszeć:)

A potem prawie na sygnale przez cały Kraków, bo na 13.45 wizyta u pediatry, na której usłyszałam... dokładnie to samo:) Jakby panie się umówiły.

A teraz dlaczego Julian Wielki?
Bo sama pediatra powiedziała, że chłop z niego na schwał.

A dlaczego na szóstkę?
Nie na szóstkę. Na cztery szóstki!
  • Pierwsza za zachowanie w szpitalu. Ani w tych wszystkich kolejkach, ani w trakcie badania mały nie protestował, a nawet się uśmiechał.
  • Druga za wagę: dokładnie 6500g.
  • I dwie kolejne za wzrost: 66cm:)






środa, 16 lipca 2014

Bo fantazja, fantazja, fantazja jest od tego... (+wieści)

Zagadka: co to jest?



Dla mnie to po prostu nietypowego kształtu ziemniak, a dla Andrzejka - kaczuszka:) Ależ walkę stoczył, żebym jej nie pokroiła do zupy;p

A tu już wieczorny spacer. Andrzejek jedzie swoją wypasioną furą...



i przesiada się na pełnej krwi araba





***

A ja w końcu odetchnęłam z ulgą. Mąż odebrał mój wynik badania na obecność przeciwciał przeciwjądrowych (ANA) - i jest on negatywny. Nie jestem chora na autoimmunologiczne zapalenie mięśni.

Najcięższy kamień z serducha spadł, bóle po przeleczeniu sterydami są już znacznie mniej dokuczliwe, ale nadal są, a pozostałe wyniki są dobre i ani mój endokrynolog ani reumatolog, z którym konsultowała się moja mama za Chiny nie wiedzą, co mi właściwie dolega.
Tylko pediatra chłopaków, kiedy byłam u niej z Julkiem na wizycie kontrolnej po trzydniówce, zasugerowała, że mogło to być powikłanie po infekcji, którą przechodziłam kilka dni wcześniej, ale jeśli to by się potwierdziło, to trzeba po prostu na siebie uważać i przeczekać.
No ale najważniejsze, że to nie zapalenie mięśni i tego się teraz będę trzymać:)


wtorek, 15 lipca 2014

Jak uszczęśliwić niemowlaka (i dwulatka przy okazji)

Kiedy jakieś półtora roku temu odkryłam coś takiego jak blogosfera mamino-dziecięca, na wielu blogach trafiałam na opisy książeczek z serii: "Oczami maluszka".
Pierwsza myśl: ale fajne, szkoda, że Jędruś już za duży.
Rzut oka na ceny.
Druga myśl: Ale zdzierstwo;p

Miesiące mijały, przybyło mi kolejne dziecko, ale zdania nie zmieniłam. No fajne, ale, cholercia, za drogie.
Ale i na to jest sposób:



koszt:
blok: 1,90zł
Kredki: 0 (pożyczone od starszaka)
Efekt:





Może i moje karty nie są tak ładne jak oryginał, na pewno gorsze jakościowo, ale ta radość, że zrobiło się coś dla dziecka i to własnoręcznie(!!!) - bezcenna:)
Karty zrobiłam jeszcze przed uśpieniem Andrzejka i oczywiście postanowiłam od razu wypróbować. Zdjęć z zabawy jednak nie ma, bo najpierw rysunkami zainteresował się Andrzejek (i zabrał je bratu), a potem trzeba było ich obu kąpać i kłaść. Zaobserwować zdążyłam tyle, że Julek nie zauważa, że nie mam talentu i do tych moich bohomazów szczerzył się jakby dostał kupon z szóstką w totka, a Andrzejek przejrzał i stwierdził co następuje:

"Dziwne to słonecko. Słonecko nie ma buzi".
"Co ten motylek ma na sksydłach? Pieniązki?"
"Ooo, budzik tatusia! Ten pod lampą jest ładniejsy, bo ma cyfejki." 

Także ciąg dalszy zabawy (i być może zdjęcia) jutro:)




.

Trzy miesiące Juliana

Całkiem spory niemowlak z tego mojego Julasa się zrobił. Ma trzy miesiące, a przeważnie jest oceniany na cztery-pięć. Fakt, jest duży, aż sama jestem ciekawa, ile dokładnie waży i mierzy.
Dowiem się tego już w czwartek na kontroli u pediatry, a sama oceniam go na jakieś 65cm wzrostu i 6,5-7kg żywej masy.
Ciuszki w każdym razie nosi w większości w rozmiarze 68 (choć ma pojedyncze 62 i 74), czapeczki 44, a pieluchy nadal "3".
A ja dość spora jestem - 1,70 baby;p

Gondola - 75cm.  Ciekawe, jak długo posłuży. A Julo ma tu przygięte nóżki...

Jeśli chodzi o kwestie zdrowotne, trafiło nam się w tym miesiącu pierwsze - choć lekkie - zaostrzenie AZS. Na szczęście wiemy, jak postępować, więc po szorstkich nóżkach nie ma już śladu, nadal nie możemy się natomiast uporać z kolejnym nawrotem ciemieniuchy.
Przydarzyła się również Julkowi pierwsza choroba w pełnym znaczeniu tego słowa - na szczęście tylko trzydniówka. Juluś był bardzo dzielny, dawał sobie mierzyć temperaturę w pupie i zakładać czopki z paracetamolem, z apetytem i spaniem też problemów nie mieliśmy. Właściwie to cały czas spał, a budził się tylko na jedzenie. W każdym razie błyskawicznie wrócił do zdrowia.

Skoro jesteśmy przy temacie zdrowia... podczas kontroli po trzydniówce pani doktor zauważyła, że Julek podnosi się w nieprawidłowy sposób - odginając rączki do tyłu. Wygląda to mniej więcej tak:



 Silny chłop z niego jest, więc daje radę i tak, ale powinien opierać się na przedramionach. O tak:



Kiedy więc wykładam Julka na brzuszek, pilnuję rączek z przodu. Jeśli uda mi się nie dopuścić, by odjechały do tyłu, Julek jest w stanie utrzymać głowę w górze przez minutę-dwie i pięknie się rozgląda.
Kolejną umiejętnością, którą Julek w tym miesiącu podszkolił, są przewrotki na boki. W prawą stronę idzie już pięknie, w lewą z trudem, ale w końcu ten trud musi się opłacić:)
Pełne przewroty z brzucha na plecy się trafiają - ale takie niezamierzone, pod ciężarem zbyt mocno odgiętej główki. takie prawdziwe obroty w tę i przeciwną stronę jeszcze zatem przed nami, ale próby w tym kierunku podejmowane są.

Julek pięknie trzyma już główkę, kiedy jest noszony pionowo.


Właściwie nie muszę już jej asekurować, jeśli czasem jeszcze to robię - to jedynie z przyzwyczajenia. Zaczęłam też, za radą naszej pediatry, nosić go przodem do świata w pozycji półsiedzącej. To kolejna pozycja, w której mój mały mógłby spędzić resztę życia;p

Zaprzyjaźnił się Julek w końcu z leżaczkiem-bujaczkiem i matą edukacyjną. Wcześniej, wkładany do leżaczka, natychmiast zasypiał, a na macie się denerwował. Teraz, odkąd ruchami własnych nóżek potrafi już rozbujać leżaczek, to już zupełnie inna rozmowa.



A skoro już doszliśmy do tematu rozmów... sezon głużenia w pełni. Czasem zdarzają się pierwsze ciągi sylab. Nie jest to może "MA-MA", ale "a gu-ja-e-o-he" na początek wystarczy;p Julek całkiem sprawnie z nami rozmawia. Ze swoimi monologami idealnie wstrzela się w przerwy w naszych wypowiedziach. I okrasza je cudownymi minami i uśmiechami. Uśmiech w ogóle rzadko znika z jego buzi. By go wywołać, wystarczy absolutnie byle co np. obietnica zmiany pieluchy;p A jeśli mama trochę bardziej się postara, Julek potrafi chichrać się już naprawdę głośno.

Od paru dni lubi też Julo leżeć na macie. Oglądaniem zabawek, gadaniem do nich i trącaniem ich łapkami, potrafi się zająć naprawdę długo. Dziś na przykład, mając w planach wyprasowanie dwóch porcji ciuchów i wolne mieszkanie teściowej, którego "pilnujemy" pod jej nieobecność, zabrałam ze sobą matę i Julka, Andrzejka zostawiwszy tacie. Julek się bawił, ja wyprasowałam WSZYSTKO, a kiedy skończyłam, on nadal wytrwale próbował łapać zabawki na pałąkach.



Złote dziecko po prostu.

A w przyszłym miesiącu m. in. neurolog i rehabilitacja. I może jakieś fikołki?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...