poniedziałek, 1 września 2014

Ulubione teksty mam przeziębionych dzieci

Nie tak łatwo załatwić mego pierworodnego. Z piątku na sobotę dostał  gorączki, w sobotę rano niewielkiego kataru, a kiedy wróciliśmy ze ślubu, nie dolegało mu już kompletnie nic - poza standardowym bólem istnienia. Śmiało mogliśmy zostać dłużej, tym bardziej, że Julcio cały ślub i większość wesela... najzwyczajniej przespał w wózku. Obudził się tylko na obiadek i pamiątkowe zdjęcie:)
Niestety, Andrzejek chyba się ze swoją infekcją polubił, bo... sprzedał ją bratu. I to, co dla dwulatka było wilgocią pod noskiem, dla czteromiesięczniaka jest mega-zatorem uniemożliwiającym oddychanie, spanie i - o zgrozo - jedzenie. Dopiero teraz z całą mocą przekonałam się, że Julo głodny to Julo zły.

No ale cóż robić, wyciągnęliśmy jednego, wyciągamy i drugiego. A co się przy tym nasłuchamy, to nasze. Poniżej moje ulubione przykłady - jak (nie) rozmawiać z mamą małych zasmarkańców, by jej (nie) zdenerwować.

1. Mówiłam, żebyś nie pozwalała mu (Andrzejkowi) tak latać bez spodni, bo się przeziębi. I co? I oczywiście przeziębił się.

Rzekła Andrzejkowa Babcia, zobaczywszy Jędrusia minutę po zejściu z nocnika. Co za pech, akurat miałam ubierać do w majtki, rajtuzy, wełniane skarpety, ocieplane sztruksy i buty emu;p A tak na serio, to w domu mamy ciepło i sama chodziłam w szortach i na ramiączkach.

2. Mówiłam, Wam żeby Andrzejek nie zbliżał się do Julka, bo go zarazi.

W małym dwupokojowym mieszkaniu - powodzenia;p

3. Po coście go (Julka) brali na to wesele?

Odmówiwszy wcześniej zostania z dwójką (co, prawdę mówiąc, rozumiem, bo starszy daje w pióra i sama przy dwóch ledwo łapię zakręty)

4. Mówiłam ci, że był za lekko ubrany.

To prawda. Usłyszałam to przy ok. 20 stopniach o dziecku ubranym w dżinsiki, body z krótkim rękawem i cienki sweterek.

5.Tylko nie bierz go na pole (o Andrzejku, który już nie gorączkuje i w zasadzie nic mu nie jest)


6.Trzeba z nim (Julkiem) iść do lekarza. Tylko nie bierz go czasem na pole.

To jak mam go wziąć do lekarza urzędującego 100m dalej? Mam się teleportować?
A może jechać autem? Więcej przejdę z bloku na parking i potem z parkingu do przychodni. Plus dźwiganie wózka/fotelika. No chyba, że to z troski o moje mięśnie ramion;p

Czy pisałam  już może, że lubię mamę mojego męża?
Tak? To dobrze, bo sprawa pozostaje aktualna, choć czasem mam wrażenie, że bez wzajemności. Albo - w najlepszym razie - że moja teściowa jest święcie przekonana, że bez niej zginiemy.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Ciśnienie

Parę dni temu przeczytałam na onecie tekścik o tym, jak to panie w Norwegii, będąc w ciąży, odchudzają się i ćwiczą. Wszystko to ma na celu urodzenie jak najmniejszego dziecka. Dlaczego? Bo takie łatwiej urodzić, bo matka ma mniejszy brzuch i łatwiej go potem zgubić, bo według nich "mały" noworodek nie będzie w późniejszym życiu otyły...

Chore. Ciąża i karmienie piersią nie są czasem na odchudzanie. Wiadomo - nikt nie każe nam opychać się bez umiaru, mamy jeść zdrowo. Ale przechodzić na dietę niedoborową, by celowo wywołać hipotrofię u własnego dziecka... Mam nadzieję, że ten tekst to typowy wypełniacz miejsca na onecie i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością w Skandynawii ani gdziekolwiek indziej.

Tymczasem zdziwiła mnie jeszcze jedna rzecz - a mianowicie to, co działo się pod tekstem. Otóż polskie mamusie jak jeden mąż rzuciły się na artykulik, licytując się, która z kolei urodziła WIĘKSZE dzieci. Jakby dziecko o masie urodzeniowej 4500g a nawet prawie 5kg to był powód do dumy i +1000 do ByciaDobrąMatką. Jakby czuły się lepsze od tych, których dzieci ważyły 3100...
Potem nic się nie zmienia - niektóre matki chyba nadal uważają, że im wyższy centyl wagi i wzrostu dziecka, tym one są lepsze. A już wynik znacznie powyżej linii 97centyla to dla takich szczyt szczęścia, choć powinien skłonić raczej do konsultacji u specjalisty. Sama byłam na takiej z Andrzejkiem, kiedy okazało się, że mając 3 miesiące obwód główki ma prawie jak roczniak.

Pamiętam też swoje przerażenie, kiedy usłyszałam od lekarza przyjmującego mnie na porodówkę, że Andrzejek waży ok. 4200g. Kiedy już urodził się ważąc 3600 z ogonkiem, cieszyłam się, że jest zdrowy, silny i taki "w sam raz". I tym bardziej było mi żal, że nie udało mi się urodzić go naturalnie.
Julka też chciałam rodzić "dołem", ale przez jego dość nietypową budowę (duża głowa i bardzo długie nogi) aparat do USG zawyżał prognozowaną wagę. Przez całą ciążę słyszałam, że Julian jest wielki, przy porodzie będzie ważył ponad 4kg i ze względu na jego masę lepsza będzie cesarka. Kiedy to słyszałam, modliłam się po cichu, żeby nie był duży, ale USG cały czas pokazywało dziecko o 3 tygodnie "starsze". Na poród sn mi nie pozwolono. A synek urodził się zupełnie standardowy.

Jest jeszcze jedna rzecz, która jest odwiecznym przedmiotem matczynej licytacji. To tempo rozwoju dziecka, a przede wszystkim czas, kiedy osiąga ono tzw. "kamienie milowe" i zaczyna mówić.
Z dyskusji można by wysnuć wniosek, że właściwie to moje dzieci w ogóle się nie rozwijają, bo czteromiesięczny Julo jeszcze nie rwie się do wstawania, a Andrzejek, mając prawie 2,5 roku deklamuje tylko kilka wierszyków, a nie całego "Pana Tadeusza", zwisa z drabinki na rękach, a nie głową w dół i śpi jeszcze w pieluchach. A w ogóle to "późno" zaczął chodzić - przecież w wieku 7 miesięcy powinien już biegać, a on wtedy "dopiero" nieporadnie wstawał. A ja głupia chciałam mu zabraniać, bo bałam się, że to i tak za szybko. Tak hamować rozwój własnego dziecka... wyrodna ze mnie matka;p



Poza tym notorycznie widzę dzieci sadzane, choć same nie umieją jeszcze usiąść, wsadzane w chodziki lub wleczone za ręce, choć ledwo stoją i nie są jeszcze gotowe na chodzenie lub nagabywane do popisywania się, choć wcale nie mają na to ochoty.

Po jakiego grzyba, ja się pytam... bo syn sąsiadki/córka koleżanki już chodzi?
Bo inne dziecko w rodzinie waży więcej?
Bo spotkany na spacerze dwulatek liczy już po angielsku do dziesięciu, a nasz trzylatek po polsku nie potrafi?
Niektóre mamy/babcie/ciocie/forumowiczki potrafią takimi gadkami podnieść  ciśnienie bardziej niż 5 kaw;p


piątek, 29 sierpnia 2014

Dziecko ważniejsze

"Już był w ogródku, już witał się z gąską"...
Wszystko udało się dopiąć. Sukienka z chrzcin i koszula męża wyprasowane, auto umyte, "prezent" zapakowany, kwiatek kupiony. Ba, nawet fryzjer zaklepany.

Już się micha cieszyła na pogaduchy z koleżankami z roku. Większości z nich nie widziałam od Absolutorium. Pięć lat...
Tylko co z tego, skoro Andrzejek chory... Ni z tego ni z owego zagorączkował powyżej 38 stopni. dostał Ibum, zrobiłam mu inhalacje i śpi, zobaczymy jak będzie rano, ale z wesela nici.
Nic to, są rzeczy ważne i ważniejsze.
Pojedziemy na sam ślub i zaraz wrócimy, ale, znając życie, Jędruś i tak urządzi nam piekiełko - kiedy źle się czuje robi się z niego taki przylepny maminsynek z pretensjami o wszystko, a szczególnie o to, że mama wychodzi z jego pokoju. Bida mała.

Trudno, jeszcze parę niezamężnych koleżanek w mojej grupie zostało, może jeszcze będzie okazja się nagadać.

Weselmy się...

Źródło: archiwum.allegro.pl
W sobotę jedziemy na wesele.
Z jego powodu skróciliśmy pobyt w Krośnie, ale trza być - wszak ślub bierze moja świadkowa:)
Nawet mój mąż, wesel nienawidzący, wykręcać się ani przez moment nie próbował.

Jedziemy więc. Najchętniej pojechalibyśmy bez dzieci, ale z dwójką nikt nam nie zostanie.
A ponieważ chcemy choć trochę  porozmawiać ze znajomymi (mąż mój jest z nietańczących "bo nie") oraz uniknąć zakwasów i skręconych nóg, postanowiliśmy wziąć ze sobą tylko Julka.

Aż sama jestem ciekawa, jak to będzie - bierzemy ze sobą wózek, chustę, Młoda Para wynajęła dla nas pokój, żebym mogła spokojnie nakarmić czy przewinąć Julasa. Jestem dobrej myśli - będzie tyle cioć do czarowania, że Julo powinien być w swoim żywiole:)

Tymczasem został nam dzień na przygotowania.
W Krośnie nasze auto z konieczności stało pod drzewem, a na drzewie gniazdowały ptaszki. Auto mamy więc w ciapki. Dwa cykle w myjni mogą nie wystarczyć.

Julo ulał na mój jedyny ładny płaszczyk. Pech, że wymaga on czyszczenia chemicznego.

Pękł mi koturn w jednym z moich najwygodniejszych człapków. Mam więc do wyboru: albo szukać nowych, albo wbić się w nienoszone od początku ciąży buty na obcasie. Byłam w nich na chrzcie Julka - przy noszeniu go na rękach moje plecy aż piszczały. Jeśli więc chcę mieć wygodne buty, z poszukiwania również muszę zmieścić jutro.

Podobnie jak zakupy, pranie, prasowanie i rozpakowywanie, na które dziś nie miałam już siły po prawie pięciu godzinach użerania się w aucie z wrzaskunem (Ja nie chcę do Kjakowaaa! Wjacajmy do Kjosnaaa!!! Ja chcę do babci i dziadziaaa!!! ŁEEEE!!!) i Julkiem, który - obudzony przez wrzaskuna - równie dobitnie wyrażał swą frustrację. Na dodatek pójście spać bardzo się opóźniło, bo... babcia krakowska przyniosła Andrzejkowi prezenty. A jak jest wielgachny pluszowy żółw, to kto by tam spał;p

No i fryzjer. Nigdy w życiu na żadne wesele nie stylizowałam się u fryzjera.
Teraz jednak jadę z niemowlakiem, który kocha bawić się moimi włosami i, będąc u mnie na rękach, nawet warkocz zza szyi potrafi jakoś wydobyć. Muszę więc mieć na głowie instalację bez jakichkolwiek wypustek, a sama nie umiem zrobić nic elegantszego niż modna obecnie "cebula" na czubku głowy. Ciekawe, czy znajdę gdzieś jeszcze miejsce na sobotnie przedpołudnie.

Przy tym wszystkim prezent jest najmniejszym problemem. Jesteśmy bardzo wdzięczni Młodym, że w zaproszeniu jasno zaznaczyli, co chcieliby dostać. I że to coś nie wymaga biegania po sklepach;p
Tylko kartkę ładną trzeba znaleźć - albo zrobić. Kartka ślubna zdobiona np. modeliną albo ciastem solnym... to mogłoby być nawet ciekawe:)

czwartek, 28 sierpnia 2014

Pora zwijać manatki

Chlip chlip...

Jutro wyjeżdżamy z Krosna po miesiącu spędzonym u moich rodziców.
Był to pierwszy pobyt Julka u dziadków. Ba, pierwszy jego wyjazd w ogóle.
A mój pierwszy z dwójką pod skrzydłami.

W tym roku było inaczej niż dotychczas.
Pogoda nas nie rozpieszczała. Po kilku upalnych dniach na początku sierpnia zrobiło się za zimno na pluskanie w basenie i rzece.
Nie ma tylu pięknych zdjęć - rok temu jedno z rodziców pilnowało Andrzejka, a drugie robiło za reportera. Teraz do pilnowania było dwóch łebków, więc każdemu po jednemu;p

Ale nie możemy powiedzieć, że było źle i straciliśmy czas. Było wspaniale i ogromne podziękowania należą się moim rodzicom:)
A teraz hity wakacji

MAMINE
  1. bliscy dookoła
  2. czyste, nie zasmogowane powietrze
  3. ogród, w którym mogliśmy wietrzyć siebie i chłopców
  4. Postępy synów
  5. NatGeo Wild i plastelinka
  6. Nowy, dobrze zaopatrzony i supertani (w porównaniu z Krakowem) komis dziecięcy
  7. Jędruś zajadający się ogrodowymi malinami i śliwkami
  8. Jędruś odpieluchowany w dzień :D

ANDRZEJKOWE
  1. basen ogrodowy
  2. ogromny balkon, po którym biegał i na którym "wił gnaizdko" z pościeli wystawionej na wietrzenie
  3. podlewanie kwiatków z babcią Gosią
  4. nauka pedałowania na trójkołowym rowerku (prezent od dziadka) z wujkiem Kubą
  5. żołnierzyki wujka Kuby
  6. zbieranie malin
  7. lepienie pierogów z panią Ziutką
  8. koszenie trawy, zbieranie spadów i naprawa roweru z dziadziem Januszem
  9. skakanie do kałuż
  10. piaskownica - szczególnie tuż po deszczu
  11. samodzielne recytowanie "Małpy w kąpieli" i częściowo "Lokomotywy"
  12. Udawanie Ktulu
  13. "Fikoland" i największa zjeżdżalnia na jaką kiedykolwiek wszedł:)

JULKOWE
  1. wujek Kuba - on najlepiej uspokajał
  2. kocing w pokoju wujka
  3. spanie w ogrodzie
  4. zabawa w "akuku"
  5. pluszowa Różowa pantera z moich czasów szczenięcych
  6. gryzak
  7. mega-giga-super-hiperskok rozwojowy 







Julka nowe (ok. 20-letnie) bujadełko + mocowanie na foteliku, czyli Polka potrafi;p

Zabawa w salon fryzjerski. Babcia Gosia wykopała na strychu stare peruki z prawdziwych włosów. Mierzyliśmy je wszyscy po kolei, ale Jędruś przed aparatem zwiał







środa, 27 sierpnia 2014

Jak zrobić dziecko, które śpi

W jakich pozycjach śpią Wasze dzieci?
Pytam z ciekawości, bo dla mnie widok śpiącego dziecka to drugi najpiękniejszy widok - zaraz po uśmiechach moich chłopców. Każde, nawet najbardziej zbuntowane i rozbrykane wygląda wtedy jak aniołek. Nawet Andrzejek:)

Moi synkowie śpią bardzo różnie. Julek ulubił sobie ostatnio pozycję na brzuchu. Chrapie wtedy niemiłosiernie. Często lula też w pozycji bocznej ustalonej.
Andrzejek z kolei śpi tak, jak funkcjonuje w ciągu dnia. Ani minuty nie uleży spokojnie. Widywałam go już śpiącego na siedząco, na plecach z nogami rozłożonymi w szpagat, z tymiż odnóżami wspartymi o ściankę łóżeczka i zwiniętego w kulkę jak jeżyk. Na dodatek, choć dźwięki nie robią na nim wrażenia, bardzo łatwo wybudza go nawet lekkie światło. Widuję go więc śpiącego w zasadzie tylko wtedy, kiedy uda mi się wstać przed nim;p

A skąd mi się tak wzięło na spanie?
Jakoś tak, porządkując Picasę, trafiłam na te zdjęcia Julka:


Strasznie się rozczuliłam. A kiedy się rozczulam, powstają plastelinowe dzidki.
Dziś więc mała instrukcja pt."Dziecko - zrób to sam".

Przyznam się szczerze, że nie grzeszę talentem plastycznym. Rzeźbić nie potrafię zupełnie, rysunek też nie jest moją mocną stroną, że nie wspomnę o tak wyrafinowanych technikach jak druty czy szydełko. Lepienie jest wspaniałe w swej prostocie - starczy pomysł i dobre oko.

Wszystkie moje twory (posty z moimi "Plastusiami" są zebrane TU) da się zrobić z kilku do kilkunastu kulek plasteliny/modeliny. "Oko" jest potrzebne, by wyważyć proporcje i przygotować sobie kuleczki odpowiedniej wielkosci (a potem nie odrywać i nie dolepiać).

Następnie kulki są odpowiednio spłaszczane, wałkowane, rozciągane, zaginane itp.
Wszystkie nacięcia robię własnym paznokciem, a dziurki - ołówkiem albo kredką. Jeśli potrzebuję np. sianka (szopka) albo włosów, przydaje się wyciskacz do czosnku. I tyle:)

Tak więc dziś kwintesencja niemowlęcego snu - pozycja "na żabę" na plecach:)

1. Przygotowuję sobie kulki z plasteliny i układam wg przeznaczenia, żeby mi się potem nie pomyliły (usprawnia pracę;p)

Duża cielista kulka to głowa. 3 małe obok to nos i uszy. Duża zielona to tułów. Mniejsze zielone będą kończynami. Średnie cieliste kulki staną się dłońmi, a małe obok nich - kciukami. Na koniec fioletowa - z niej powstanie kocyk:)

2.Robię poszczególne części ciała. Rączka - z zielonych kulek formuję rękawy, zagięcie materiału w łokciu robię paznokciem. Na każdą dłoń mam przeznaczone dwie porcje cielistej plasteliny. Z większej robię jajo, rozpłaszczam i zginam na mniej więcej 1/3 wysokości.



Paznokciem wycinam "palce". Doklejam kciuk. Gotową dłoń mocuję na rękawie.


3. Do kulki, z której ma powstać głowa, doklejam kuleczkę na nos i rozplaszczone kuleczki na uszka.
Zamknięte oczka uformowałam z cieniutkiego prawie jak włos wałeczka czarnej plasteliny. Przy układaniu pomogłam sobie tępą kredką.

 Główkę zamocowuję na "tułowiu" (miś na wdzianku to znów kilka rozpłaszczonych kulek plasteliny), przyczepiam do "kocyka", zamocowuję rączki.

4. Porcje zielonej plasteliny na nóżki rozwałkowuję i wyginam w dwóch miejscach, imitując kolano i staw skokowy. Nóżki doczepiam do "ciałka"



4. Nie jestem zadowolona z wyglądu nóżek , więc i na to jest rada:


Dorabiam ciut jaśniejszą kołderkę;p

5. Odczepiam nóżki (oszczędzamy plastelinę;p) i doklejam kołderkę. Śpiące dzidzi gotowe:)





poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Sesja braterska

Słoneczny, ale nie upalny dzień aż prosi się o wykorzystanie na rodzinny spacer. I tak właśnie zrobiliśmy, nóżki do czterech literek nam wchodziły.

Taki dzień jest też idealny na zdjęcia. W czasie spaceru opstrykałam m.in. nową furę Juliana, która w końcu raczyła do nas dotrzeć i uwieczniłam, jak Tatuś z Synem Pierworodnym ćwiczą na polowej siłowni:)

Zanim jednak gdziekolwiek wyszliśmy, trzeba było spalić śniadanko - Julian powędrował na rozłożony na dywanie kocyk.
Nie trzeba było długo czekać, by dołączył i jego starszy brat. Fajnie było obserwować, jak nawiązują ze sobą kontakt. Zwłaszcza, że Jędruś jest fajnym, opiekuńczym starszym bratem i z dnia na dzień widać, że więź między chłopcami się zacieśnia.
Andrzejek zagaduje, Julian wpatruje się w niego jak w obrazek.
Andrzejek się popisuje, na twarzy Julasa maluje się cielęcy podziw...

A teraz fotobajka o koniku:

Jędruś, co to takiego?

koń wujka Kuby

Że co? Jak to od trzech lat?

Nie gadaj, wujek...

Aaa, mejd in Czajna. To zmienia postać rzeczy.

Ty, Jędrek, dosięgniesz? Co z tego, że mejd in Czajna?

Nie zjem, obiecuję.

No dooobra.

Ej, miałeś mi dać.

Oddam ci, jeśli zrobisz o tak (+100 do autorytetu)

Ja biorę konia, a ty popatrz na to (+100 do miłości;p)

Ej, co ty robisz?

Łuuu!!!

Ja się boję...

Cthuluuu!





niedziela, 24 sierpnia 2014

Cudownie być mamą (?)

Och, jak cudownie:)
Ach, jak cudownie:P
Dziś za sprawą mojej pierworodnej latorośli owo "cudownie" wypełniło mnie od czubków palców po czubek głowy, zlasowało wnętrzności, a następnie przelało się oczami, uszami i dziurkami w nosie.
Rozpuszczany przez babcię Andrzejek przechodził sam siebie od jakiejś czwartej rano, kiedy to postanowił wstać i zaczął domagać się śniadania. Potem było już tylko gorzej, więc opis sobie daruję.
Na dodatek pogoda była barowa, a kiedy pogoda jest barowa, Julo z dziecka łóżeczkowo-chustowo-podłogowego staje się dzieckiem naręczno-nieodkładalnym. To wystarczyło, żebyśmy - oboje z mężem - już w południe wyglądali jak krowie z gardła.

I właśnie w takim stanie będąc, otrzymałam o mamy prezent - książeczkę pt. "Cudownie być mamą" autorstwa Lidii Molak wydaną przez Wydawnictwo Świętego Pawła.


Z trudem powstrzymałam się przed przewróceniem oczami. Na okładce cudownie uśmiechnięte bobasy, a ja mam właśnie na rękach Julka, Andrzejek woła na kibelek (odkąd ma podkładkę pod sedes, nocnik stoi i się kurzy), a kibelek pechowo znajduje się w łazience, w której właśnie zatrzasnął się mój mąż, chcący nadrobić zaległe poranne ablucje. Podstawiona metalowa miska to nie to samo. Efekt wiadomy. Julo drze się w łóżeczku, a na podłodze kałuża, którą muszę posprzątać. A szmata oczywiście jest w łazience, więc ratuję się papierowymi ręcznikami.

W ciągu dnia nie miałam kiedy przejrzeć prezentu. Zrobiłam to dopiero po uśpieniu chłopaków - w dwie godziny pochłonęłam tę ślicznie wydaną książeczkę.
Wrażenia?
Najpierw w oczy rzuciły mi się śliczne zdjęcia dzieci. Może nawet aż za słodkie.


A same felietony? Krótkie i celne, choć nie dosadne. Autorka sama jest mamą trójki maluchów - jej perypetie są mi bliskie. Na dodatek ma ona system wartości zbliżony do mojego i lekkie pióro. Pisze prosto, łagodnie i ciepło. W jej tekstach pojawiają się cytaty z wypowiedzi jej dzieci - czasem zabawne, czasem zadziwiająco dojrzałe. Miło się czyta, choć wiadomo, nie jest to lektura dla każdego - osobę niewierzącą mogą na przykład razić wszechobecne odsyłacze do fragmentów Pisma Świętego i odniesienia do religii chrześcijańskiej.
 Podam przykłady - może wydawnictwo się nie obrazi;p


Mój faworyt - nigdy tak o tym nie myślałam, ale muszę przyznać rację:)

 Mnie nie do końca podoba się tytuł.  Fakt - autorką jest kobieta, mama, ale przesłanie jest tak uniwersalne, że z powodzeniem można tę pozycję polecać również ojcom. A tak, raczej mało który z panów sięgnąłby po pozycję zatytułowaną "Cudownie być mamą", która z tyłu okładki obiecuje "pomoc wszystkim zagonionym między kupką a zupką". Szkoda - zawężają sobie, jak to się modnie mówi, target.

Tak czy inaczej, polecam - chrześcijankom i na prezent dla chrześcijanki:) A także wszystkim, którzy chcą poczytać dobre felietony o rodzicielstwie - niezależnie od płci, wieku i ilości posiadanego przychówku.

sobota, 23 sierpnia 2014

Julek, nie oszukuj;p

Robię sobie śniadanie w kuchni, aż tu nagle z "naszej" sypialni dobiega "ba-ba-ba-ba...". Nie, myślę sobie, to nie Jędruś. Przecież on jest tu ze mną i właśnie ciągnie mnie za spodnie, żebym znowu gdzieś za nim szła.

Nie dowierzam. Już? Niemożliwe. Nawet gadatliwy Jędrula zaczął gaworzyć tuż przed skończeniem pięciu miesięcy.

"Ba-ba-ba-ba-ba!" - głos Julka przybiera na sile, więc zostawiam niedosmarowaną kromkę i idę do sypialni.

Zaglądam i wszystko staje się jasne - Julo w "gaworzeniu" pomaga sobie wkładając do paszczy ręce. Obie. Kiedy na mój widok je wyciąga, "ba-ba-ba" przechodzi w od dawna znane i lubiane "ła-ła-ła".

A już myślałam, że się wybitnie zdolnym dzieckiem popiszę.


piątek, 22 sierpnia 2014

Alergia, po alergii i nowa bryka

1. U alergologa

Diagnoza: AZS.
Dietę eliminacyjną utrzymać, suche miejsca kilka razy dziennie natłuszczać, leków antyalergicznych na razie nie podawać.
Przed skończeniem szóstego miesiąca zacząć dietę rozszerzać - najpierw marchewka, potem marchewka z kaszką manną.

2. Po alergologu

Plan: zdjęcie rodzinne w starym stylu u fotografa. Wszyscy - dziadkowie, wujek, rodzice, dzieci.
Niestety - zanim babcia Gosia doczłapała się z pracy, zjadła i przebrała do "sesyjki" (wszyscy inni stali gotowi), zamknęli salon fotograficzny;p
Spontaniczna decyzja: Idziemy na lody*.
Jędrula zjadł prawie całą gałkę śmietankową i nie miał potem żadnych sensacji. Adios skazo! :D

3. Jedo Fyn 4DS

Nowy wózek dla Julasa nadal nie dojechał - a zamówiłam (urwał nać!) dwa tygodnie temu.
Ciekawe, czy Juluś zdąży się nim w ogóle przejechać, zanim w czwartek wyjedziemy:/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...