poniedziałek, 6 lipca 2015

8 naciąganych plusów upału

1. Dzieci mi śpią.
Julek mimo ząbkowania bez szemrania przesypia całe noce, a i w dzień ucina sobie nawet półtoragodzinne drzemki. W bardziej ludzkich temperaturach nieraz kwadrans mu wystarcza, a po trzech kwadransach otwarcie mówię o swoim szczęściu;p

2. Mąż śpi - i nie zrzędzi, że przed kompem siedzę.
Jakieś 2 godziny temu padł na dywanie i lula jak dziecko - a ja mogę pisać posta i przeglądać chustoforum;p.

3. Oszczędzamy na żarciu.
Tylko Julianowi niezmiennie dopisuje apetyt, reszta rodziny śmiało mogłaby żyć wodą/herbatą i owocami. Choć ja, po miesiącach mlecznej posuchy, mam fazę na capuccino i mleko w proszku (ostał nam się worek bebiko jeszcze po prowokacjach Jędrka) prosto z torebki:)

4. Zdrowo się odżywiam
(jak na siebie). W każdym razie chyba od początku roku nie zjadłam takiej ilości owoców jak przez ostatnie trzy dni. Kończą mi się już pomysły na smaki sorbetów;p

5. Jędrek tak rozrabia, że mój niepływający ślubny woli już wziąć go nad wodę niż ciągle wycierać zalaną łazienkę - a ja i Jul załapujemy się przy okazji:)

6. Teściowa, która ma chłodniej w mieszkaniu, czasem lituje się nad dziećmi i zabiera je do siebie (a ja mogę wtedy pospać)

7. Mam mniej segregowania, prania i wieszania
- wszak przez lwią część doby paradujemy raczej skąpo odziani. A to, co już muszę wyprać i powiesić, schnie w minutę osiem. No i mogę wymówić się od prasowania - bo za gorąco:)

8. Upał mnie odmładza.
Kiedy temperatura przekracza magiczne 30 stopni, rozsądek zaczyna brać górę nad kompleksami - olewam makijaż (wypryski chyba jednak nie wyglądają gorzej saute niż oblepione spływającym podkładem), włosy upinam w popularną ostatnio "cebulę", wkładam szorty, zwiewną koszulkę i trampki i nastawiam uszu na komplementy - żem nastoletnia mamuśka, wstydu nie mam i męża na dzieciaka/-i złapałam:)



(a teraz idę budzić męża, żeby przeniósł się do łóżka, i bać się rwania ósemki, które czeka mnie już za 10 godzin)

środa, 1 lipca 2015

Szanowny Panie Złodzieju...

ChcieliśmyPanu bardzo serdecznie podziękować.

Dziękujemy, że nie zabrałeś rodzinie z dwójką małych dzieci samochodu przed wakacjami. Tym bardziej, że to chodliwy model i poza jedną dużą rysą z boku zrobioną pewnie przez jakiegoś złośliwego dzieciaka, jak na jedenastolatka jest w całkiem przyzwoitym stanie.

Dziękujemy, że dba Pan o bezpieczeństwo naszych milusińskich i zostawił nam również ich foteliki. To także dobrze o Panu świadczy.

A to marne radyjko... szkoda było Pana wysiłku przy wybijaniu szyby. To już zabytek, nie jest wiele młodsze od samego auta i na dodatek gniazdko USB nie działa. No ale skoro nie sprzeda się za porządną kasę, to niech Panu chociaż ładnie gra, CD odtwarza całkiem dobrze, zacina się tylko czasami, a i to tylko na bardzo porysowanych płytkach.

Pozdrawiamy

Aleksandra D. z rodziną

PS. No i dziękujemy, że i tablic rejestracyjnych nam Pan nie zabrał. Zresztą byłoby z tym dużo zachodu, bo po poprzednim razie są już solidniej zamontowane. W każdym razie dzięki temu mąż szybko, sprawnie i bez obaw pojechał z wozem do serwisu (dzięki Panu znaleźliśmy nowy, tańszy od poprzedniego), wstępując po drodze na komisariat, by opisać, jak oznaczyliśmy nasze radyjko na wypadek bezgotówkowej zmiany właściciela:)


Rozwiązanie zagadki i mini-pech matki

Zacznę od pecha.

Mąż pojechał odstawić Jędrusia na ostatnie już adaptacje. Ja w tym czasie ogarnęłam co nieco po porannym chaosie, zmyłam naczynia i już miałam wyprowadzić na spacer Julka, kiedy zobaczyłam go... śpiącego w wagoniku z pluszakami:) Widok był cudny, więc postanowiłam uwiecznić go zanim przeniosę synka w jakieś wygodniejsze miejsce i zrobiłam mu cudną mini-sesję.
Julo spał godzinę, w międzyczasie nastawiłam jeszcze obiad dla niego (osobny, bo znów ma kłopoty żołądkowe) i pranie, a po przebudzeniu podałam mu drugie śniadanie - kisiel i chrupki. Jadł tak malowniczo, że znów zachciało mi się zdjęć, więc powstała kolejna urocza-chyba-tylko-dla-matki sesyjka małego brudasa. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że po pstryknięciu tych kilku kadrów obiektyw postanowił nie wsunąć się z powrotem. Włączyłam aparat ponownie - lipa, wyświetlacz też padł.

Wrócił mąż, ale chyba tylko po to, żeby zaraz jechać po Jędrusia. Przywiózł gagatka i znów wybył - tym razem do pracy i do serwisu aparatów. W międzyczasie udało mi się: ze trzy razy posprzątać kuchnię i duży pokój, wyprać i wykwaskować wielorazówki, dowiedzieć się w dyrekcji, jak będzie wyglądał początek roku przedszkolnego (mąż nie zapytał) i co Jędruś ma mieć ze sobą już pierwszego dnia, załagodzić ze trzy braterskie konflikty o zabawki, odebrać masę telefonów i przypalić ziemniaki na drugie danie. A potem jeszcze Julo strącił na podłogę talerzyk z dietetycznym drugim dla siebie, a że więcej nie było, to mamusia musiała gotować jeszcze raz, wyjąć z zamrażarki ostatnie zapasy pierogów zachomikowane w lepszych czasach i wywiesić białą flagę w kwestii porządku w dużym pokoju.

Wrócił mąż - on też nie miał dobrego dnia - grafik pracy na przyszły rok koliduje mu z zawożeniem i odbieraniem Jędrusia z przedszkola (jeśli nie uda się tego zmienić, to będę 2 razy dziennie zadylać z Julianem w wózku/nosidle i Jędrusiem pod łapkę - komunikacją miejską w godzinach szczytu -yeah;p), w serwisie powiedzieli, że naprawa aparatu w 200zł się nie zamknie, a autobus, którym wracał do domu, miał stłuczkę.

Na pociechę - przyszły wreszcie zaległe pieniądze za stare zlecenie, akurat na naprawę aparatu, choć może nawet przy dobrych wiatrach coś z nich zostanie.


No i rozwiązanie zagadki Sfinksa Juliana:

Peja=pielucha
Bam= upadać, wpadać, spadać
Be=śmieci

A "zdanie" zostało wypowiedziane tuż po przewinięciu i oznaczało, że zużytą pieluchę trzeba wyrzucić do kosza na śmieci. Takie mam porządnickie dziecko:)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Zagadka Sfinksa

Źródło: blogiceo.nq.pl
Z ostatniej chwili (i na szybko, zanim chłopcy rozniosą mi chałupę) - zagadka od Juliana. Kto ją rozszyfruje, ten Mistrz Mowy Polskiej, któremu Miodek może buty pastować.

A zagadką jest pierwsze "zdanie" Julianka. Co znaczy:

"PEJA BAM BE"

Mnie się udało - ale ja się nie liczę, bo dziecia tego mam na codzień i kontekst wypowiedzi znam. Ogłoszenie wyników jutro:)

piątek, 26 czerwca 2015

Co powinien umieć przedszkolak?

Wiem, że są przedszkola, gdzie przyjmowane są nawet dwulatki, a dzieci w grupie jest mało. Takie jak np. prywatne przedszkole na naszym osiedlu oferujące dżilion zajęć dodatkowych, uczące trzech języków obcych i pozwalające niemalże profilować dziecko pod kątem przyszłych studiów:)

Wiem też, że są rodzice, którzy muszą posyłać dzieci do takich placówek - oraz tacy, którzy chcą, wierząc, że zapewniają
w ten sposób lepszy start swoim pociechom. My jednak do nich nie należymy - nie wymagamy od dzieci bycia wszechstronnymi geniuszami, nie zamierzamy przeciążać ich nadmierną i przedwczesną edukacją (np. po kiego czorta uczyć dwu-trzylatka czytać???)
i mieliśmy to szczęście, że Jędruś dostał się do "zwykłego" przedszkola. No, może nie do końca zwykłego, bo katolickiego, ale z tego, co dotąd widziałam, ten katolicki charakter przejawia się raczej w drobiazgach i nie jest nachalnie wtłaczany.

Teoretycznie moglibyśmy wcale nie posyłać naszego dziecka do przedszkola - w końcu ma mamę, która "siedzi" w domu. A jednak poślemy i to na 7-8 godzin dziennie. Dlaczego? Dlatego, że mama
i jeden młodszy brat nie zastąpią kolegów i koleżanek, a w grupie raźniej - i widzę w tym sposób na rozwinięcie w Jędrusiu umiejętności w życiu przydatnych lub wręcz koniecznych, przed którymi rękami, nogami, zębami i pazurami broni się w domu.

Na dodatek nie posyłamy go w takie cieplarniane warunki jak opisane w pierwszym akapicie. Syniasty pójdzie do publicznego przedszkola, gdzie trzy opiekunki będą mieć pod skrzydłami grupę 25 dzieciaków. Siłą rzeczy opiekunki nie dadzą rady obsłużyć każdego z dzieci, więc będą wymagać dyscypliny. Dla dzieci, które nie chodziły wcześniej do żłobka, może to być szok. Na spotkaniu dla rodziców jedna z opiekunek wręcz prosiła, by wykorzystać wakacje na wpojenie dzieciom pewnych reguł i umiejętności, które znacząco ułatwiają start w przedszkolu. A więc oto, co - tak z grubsza - musi umieć dziecko rozpoczynające przygodę z przedszkolem:
  • bez płaczu rozstać się w szatni - z opowieści siostry dyrektor wynikało jednak, że z tym większe problemy mają... rodzice. Podobno są takie satelity, które pół dnia stoją pod przedszkolem i zaglądają w okna. Skutki, jeśli dziecko to zauważy, łatwe do przewidzenia. Na szczęście my wcale nie mieliśmy tego problemu. Kiedy tylko przekraczamy próg przedszkola na zajęciach adaptacyjnych, Jędruś momentalnie zapomina o rodzicach i pędzi do dzieci.
  • samodzielnie się ubrać i rozebrać - zdjąć wierzchnie ubranie, ułożyć na swojej półeczce, zmienić buty na pantofle, zmienić ubranie na ewentualną piżamkę (u nas to nieobowiązkowe)
    i z powrotem. Technicznie Jędruś to potrafi, gorzej z namówieniem go do samodzielności, bo przecież z pomocą dorosłego idzie szybciej. No ale od czego grupa i instynkt stadny:) No i musimy jeszcze popracować nad guzikami i zamkami - z rozpinaniem nie ma problemu, zapinanie (złożenie zamka, by dał się zasunąć też) na razie Jędrulę przerasta, więc ćwiczymy w domu, a do przedszkola dostaje ciuchy na gumkach i wkładane przez głowę.
  • samodzielnie obsłużyć się w toalecie. Od A do Z. Łącznie z podcieraniem po kupie, spuszczeniem wody i umyciem rąk. Opiekunki nie mogą wchodzić z dziećmi do kabiny, ewentualnie pomogą zdjąć i uporządkować mokre rzeczy dziecku, które zaliczyło awarię, ale dalej musi radzić sobie samo. Tu moje dziecko spisuje się bez zarzutu.
  • samodzielnie myć zęby - tu przyznaję się do porażki. Andrzejek umie, ale mu się nie chce i robi to byle jak. Na dodatek nie chce wypluwać pasty, wręcz wysysa ją ze szczoteczki. Jakieś patenty bardziej doświadczonych na takiego gagatka?
  • samodzielnie jeść i odnosić talerz do "okienka" - umie. Wiem, bo widziałam na zajęciach adaptacyjnych. Tam robił to, naśladując starsze dzieci. Jadł sam, a potem sprzątał po sobie. Czyli znów magia grupy - w domu robi straszny cyrk, a na upomnienie potrafi zareagować oddaniem pełnej porcji i słowami "No to już nie będę jadł". W domu buntuje się też na modlitwę przed jedzeniem - wprowadzamy taki zwyczaj, bo w naszym katolickim przedszkolu to norma.
  • zwrócić się o pomoc do opiekuna - bo choć nie może pomagać w toalecie, to może przynieść dokładkę podwieczorku albo mediować w sporze z kolegą. Albo naprowadzić przy zbyt trudnym zadaniu. Tu mamy dużo do zrobienia. Konflikty Jędruś woli bowiem rozwiązywać sam - i swoimi pyskówkami czasem prowokuje bijatyki, od których zresztą nie stroni. Raczej nie zaczyna, ale oddaje i to z nawiązką. A kiedy coś jest dla niego zbyt skomplikowane, reaguje różnie - albo sam próbuje do skutku (raczej wyzwania ruchowe np. będzie tak długo kopał piłkę, aż trafi do bramki), albo reaguje agresją i potrafi potargać nieudaną kolorowankę albo skakać po pudełku z plasteliną.
  • być bezwzględnie posłusznym opiekunowi poza budynkiem i umieć chodzić za rękę - z tym chodzeniem za rękę jest u nas trochę problemu. No i Jędruś nigdy nie miał okazji chodzić w parze z innym dzieckiem. Na adaptacjach nie chciał podać ręki koledze i zawsze pchał się, by iść w parze z panią (oczywiście tą młodą i ładną;p) - której też zresztą nie chciał podać ręki, wolał iść swobodnie obok niej, a raz nawet poprosił, żeby trzymała go za kaptur;p. Bez problemu trzymał się za to kolorowego węża. Nawet go to bawiło. No i rzeczywiście ulica budzi w nim respekt - chyba tylko wtedy bezwzględnie słucha dorosłych.
Wszystko inne jest, moim zdaniem, do dopracowania później. Sama też liczę, że Jędruś w grupie dzieci nie będzie grymasił przy jedzeniu czy wołał, by go karmić - no i że przekona się do prac plastycznych.
A tymczasem - wracamy do guzików, plucia pastą i nauki skarżenia;p
I prosimy o burzę mózgów:) Rady i wymiana doświadczeń zawsze w cenie.

niedziela, 21 czerwca 2015

Kiedy dziecko chce iść w świat

Źródło: empik.com
Przyjechali do nas dzisiaj moi rodzice. Chłopcy z piskiem radości rzucili się na dziadków, było wesoło jak zwykle.

Kiedy Julo uciął sobie popołudniową drzemkę, moi rodzice zabrali jeszcze Jędrusia na króciutki spacer po okolicy. A kiedy wrócili, stało się coś, co mnie zaskoczyło: Jędruś poprosił dziadków, żeby wzięli go na parę dni ze sobą do Krosna.

Oboje z mężem przecieraliśmy oczy. Nasze dziecko wie, ile to jest "parę dni"? Nasze dziecko chce jechać BEZ NAS? Nieee, on na pewno nie jest świadomy tego, co mówi.

Babcia próbuje żartem wyperswadować Jędruśkowi wyjazd.

B: Andrzejku, ale wiesz, że mama z tatą i Juliankiem nie mogą teraz jechać z Tobą?
A: Wiem, wiem, ale zabierzcie mnie ze sobą, proooszę.

Babcia wytłumaczyła jakoś Jędrusiowi, że teraz nie mogą go wziąć, bo muszą chodzić do pracy
i przez cały dzień musiałby być w domu sam z Gają.
Pomogło, przestał nalegać, ale moja mama sama zaczęła się zastanawiać: w sumie ma już trzy lata
i dość niezależny charakterek. Może akurat dałby radę pojechać na 2-3 dni bez rodziców? Przecież byłby z dziadkami, których uwielbia...

W zasadzie Jędruś już raz został na noc z mamą męża - kiedy rodziłam Juliana - ale to się chyba nie liczy, bo akcja porodowa zaczęła się późno w nocy -  wieczorem normalnie położyliśmy Andrzejka spać, a rano mąż zdążył wrócić przed jego pobudką.

Ostatecznie stanęło: w sierpniu i tak przyjeżdżamy do Krosna na cały miesiąc, więc jeśli wtedy Jędrula nadal będzie chętny, dziadzio i babcia zabiorą pierworodnego wnusia ze sobą na działkę. Działka leży niecałą godzinę drogi od Krosna, więc w każdej chwili będziemy mogli do (lub po) Jędrusia dojechać, a warunki są niezłe, bo rodzice mają tam mini-domek kempingowy. No i lasy, pola, Beskid Niski, wypchany niedźwiedź w muzeum Magurskiego Parku Narodowego, zalew, rzeka... raj dla dziecka.

Raz kozie śmierć - spróbujemy:)

A kiedy Wy pierwszy raz zostawiliście Wasze pociechy na dłużej? Z kim zostały? Na ile dni? Czy mieły wcześniej czas, by się na to przygotować? A może same poprosiły? I jak to zniosły?
Będę wdzięczna za odpowiedzi.



PS. Zdziwiła mnie też reakcja mojego męża, który, kiedy zostaliśmy już sami po uśpieniu maluchów, zapytał mnie, czy myślę, że Jędruś nas kocha. Nigdy wcześniej nie zdradzał takich obaw, więc czyżby dążący do samodzielności syn zasiał w nim wątpliwości?


czwartek, 18 czerwca 2015

Do ginekologa w męskim towarzystwie

Niezbyt szczęśliwie się złożyło, że mąż umówił Julkowe szczepienie na ten sam dzień, kiedy ja byłam zapisana na kontrolę u ginekologa, cytologię i USG piersi. I do tego nawet godziny zbliżone.
Żadnej z wizyt nie dało się przełożyć - bo sezon urlopowy a po nim nawet jeszcze nie ma rozpisanych terminów.

Tak więc rozdzieliliśmy się - mąż wziął Jula na szczepienie, a ja pojechałam na swoje badania...
w towarzystwie Jędrusia.

Mąż spisał się wzorowo.
  • Pamiętał, że ma się nie zgadzać na MMR i wziąć płatną szczepionkę (choć o nazwę, którą dostał zapisaną na karteczce, musiał się dopytać), 
  • Przypomniał lekarce o tym, że Jul powinien zostać zważony, bo ostatnio prawie nie przybiera na wadze
  • spacyfikował Julka tak, że mały, mimo, że kłucie w rękę było bolesne, tylko cicho zakwilił, 
  • zapamiętał, że Julo jest uczulony na pomarańcze i poprosił o niepodawanie przeciwgorączkowca,
  • zapamiętał i przekazał mi, po ilu dniach jakie komplikacje mogą wystąpić po tym szczepieniu
  • Zadbał, żeby Jul nie był głodny i żeby był ubrany stosownie do zmiennej dziś pogody
Tymczasem my z Andrzejkiem musieliśmy jeszcze przed moją wizytą podjechać do laboratorium
i odebrać moje wyniki badań tarczycowych, bo i gina one interesują, a potem przedostać się do lekarza na przeciwległy koniec miasta w sumie trzema różnymi środkami komunikacji miejskiej
i jeszcze zaplanować jakieś międzylądowanie z możliwością wysadzenia Jędrusia na jakiś tron.

Ostatecznie jakoś się udało. Z naciskiem na JAKOŚ.

1. Tramwaj I, przychodnia - odbiór wyników i toaleta, tramwaj II . Poszło zadziwiająco sprawnie.

2. Przystanek pierwszy. 15 minut do autobusu. Jędrula nie może usiedzieć na ławeczce i ucieka wokół przystanku, śmiejąc się do rozpuku. Moje bieganie za nim tylko jeszcze bardziej go bawiło.
W końcu wkurzyłam się i krzyknęłam do niego coś w rodzaju "Andrzejku! Chodź tu natychmiast!". Moje upomnienie spłynęło po nim jak po kaczce, ale wtedy starsza pani siedząca obok głośno powiedziała do drugiej, że od lat nie słyszała, żeby mały dzidziuś miał na imię Andrzej. Pełno teraz Franiów  i Antosiów, ale Andrzejków małych nie ma... W tym momencie mój trzyletni wyjątek od reguły stanął przed ową panią, zmarszczył ryjek i wycedził dobitnie, że on jest już duży i nie życzy sobie, żeby nazywać go małym dzidziusiem.

3. Autobus I. Jedno wolne miejsce, a nas dwoje. Siadam i biorę Jędrusia na kolana, ale on mi się wyrywa i szoruje w tę i z powrotem po całym wielkim przegubowcu. Dziecię zwinnie lawiruje między pasażerami, ja jestem większa, więc trudno mi za nim nadążyć. W końcu łapię go i zaciągam na "nasze" miejsce - oczywiście już zajęte. Jakiś młody chłopak lituje się nad nami (a może raczej nade mną) i ustępuje nam własnego. Siadamy, Jędrula wije się jak piskorz, ale trzymam go
w stalowym uścisku, tłumacząc, że nie wolno tak uciekać, bo jeszcze by się zgubił i gdzie ja potem znajdę takiego fajnego chłopca jak on? I znów: na kłopoty - obce babcie. Panie na siedzeniu za nami zaczęły rozprawiać o porwaniach dzieci i o pedofilach. Oczywiście Jędruś wszystko usłyszał i pyta ożywiony: "Mamusiu, a co to jest pedofil?" Na co mamusia odpowiedziała: Zapytaj synku tej miłej pani za nami, na pewno ci powie. I Jędrek zapytał. Pani spiekła raka, i natychmiast zamilkła,ale Jędrek drążył, więc powiedziałam, że to taki zły pan, który porywa dzieci, ale mama nie da go porwać i pani ma go więcej nie straszyć.

4. Autobus 2. Tym razem miejsca dużo, Jędruś siedzi spokojnie koło mnie i gapi się za okno. Nagle naprzeciwko nas siadają dwie Cyganki i zaczynają zagadywać Jędrulę. Jak ma na imię, jak mają na imię poszczególni członkowie jego rodziny, czy chodzi do przedszkola, czy ma dziewczynę (WTF?). Jędrek odpowiada im zdawkowo i dalej gapi się w okno, a ja tylko obejmuje go ramieniem, drugim ramieniem przyciskając do siebie swoją torebkę. Rozmówczynie szybko zaczynają denerwować Andrzejka, a kiedy jedna próbuje pogłaskać go po nodze, Andrzejek energicznie częstuje ją swoim ortopedycznym sandałem. Myślałam, że będzie awantura, ale Cyganka cofnęła rękę, powiedziała
z uznaniem, że fajny chłopak, z charakterem.

5. Jesteśmy na miejscu. Dzięki poślizgowi w gabinecie zdążyłam wysadzić Jędrka i przerobić z nim parę stron znalezionych pod stołem zgadywanek czu-czu dla 4-5-latków. Nawet mu szło.  Kiedy doktor mnie poprosił, Jędrula, jak rasowy samiec alfa, pierwszy wszedł do gabinetu, wyciągnął do doktora rękę (lewą) i powiedział: "Cześć, D. Z. (imię i nazwisko lekarza, przyp.red.), ja jestem Andrzej D.". Po czym rozejrzał się dookoła i, wskazując na fotel ginekologiczny, zapytał, co to. Doktor cierpliwie wyjaśnił, więc Jędruś zapytał o USG, na co doktor, że mu pokaże, kazał mi położyć się na leżance i zrobił demonstracyjne USG brzucha, pokazując młodemu, gdzie są nerki,
a gdzie żołądek. Kiedy przyszła pora na badania zaplanowane na tę wizytę, zapytałam lekarza, czy Jędruś nie mógłby posiedzieć chwilę u położnych, na co moje dziecię odparło: "A może puścisz mi 'Reksia' na Żydrurze?" Po wyjaśnieniu, co to Żydrura (przyp. red.: mój mąż nazywa tak YouTube), doktor posadził Jędrka przed swoim laptopem i odpalił mu "Reksia", stawiając jeszcze przed nim miskę z żelkami zabraną z poczekalni.
Ciekawe, kiedy Jędrula znów zechce iść do ginekologa:)

6. Na przystanku spotkałam sąsiadkę, która, jak się okazało pracuje w budynku obok gabinetu mojego lekarza. Teraz niestraszny był mi powrót dwoma autobusami:)

Wnioski na przyszłość:
  1. Facet u ginekologa zawsze zrobi ci  (mniejszy lub większy) wstyd.
  2.  Chyba pora odkurzyć prawo jazdy.


poniedziałek, 15 czerwca 2015

14 miesięcy Juliana

Przyjechał oglądać Lajkonika:)
No i minął kolejny miesiąc. Julek ma już 14 miesięcy.
Nie mam pojęcia, ile może mierzyć i ważyć. Zważony zostanie w środę przy okazji szczepienia, a zmierzony nie wiem kiedy. Domowo wymierzyłam 84cm. Ciuchy  nosi już raczej w rozmiarze 92, tylko spodnie mogą być na 80-86, bo lecą z chudzielca i robią za biodrówki;p

Ten ostatni miesiąc upłynął nam pod znakiem ząbkowania. Pokazały się w końcu, na razie po jednym czubku, górne czwórki. Na dole nadal bąble i krwiaki plus prawie przebita jedna trójka - ale jak się pokazała pod powierzchnią dziąsła jakieś 2 tygodnie temu, tak siedzi sobie tam dalej i na razie nie zamierza się wychylać.
A Jul cierpi. Gryzie co popadnie: zabawki, meble, nasze ręce. Żele znieczulające już nie pomagają, czasem trzeba podać syrop przeciwbólowy, żeby w ogóle zasnął. W dzień podaję mu czasem mrożone skórki z chleba - szczególnie przed posiłkami, które zresztą trzeba schładzać do temperatury otoczenia, inaczej jest płacz.
Stara miłość nie rdzewieje - Jul i gryzak
Ja spałam z nim przez 25 lat*. Jul zje go w parę dni.


Poza tym Julo chowa się zdrowo. Była co prawda niewielka biegunka, ale to epizod - nie narobiła żadnych szkód. Nadrabiamy więc zaległości w szczepieniach, w środę zostanie zaszczepiony Priorixem przeciw odrze, śwince i różyczce. Je jak odkurzacz - poza słodkim. Gardzi nawet domowymi ciastami, czasem da się namówić na domowe lody. Owoce tylko kwaśne - szczególnie smakują mu truskawki, poziomki i średnio dojrzałe czereśnie. Już się, skubany, nauczył wybierać te jaśniejsze;p Zrobił się też strasznie zazdrosny o jedzenie. Nie można jeść przy nim bez podzielenia się. Jak się da, to podkradnie, jak nie dosięgnie, to wymusza krzykiem.

Chcieliśmy w tym miesiącu przenieść Julka na noc do pokoju Jędrusia. Niestety - to się nie udało. Nie tylko z powodu długiego zasypiania naszego starszaka, ale i z powodu innej rewolucji - w tym miesiącu zakończyło się nasze karmienie piersią i nowe spanie musiało zejść na dalszy plan. Teraz do zasypiania potrzebuje... naszej pościeli. Przytula się do mojej poduchy i momentalnie odpływa. Scenka poniżej: Wybieramy się na spacer. Śniadanie już zjedzone, chłopcy wysadzeni lub/i przewinięci na drogę. Mama miała zasłać wyrko i ubrać Julka, Jędrek miał się ubrać sam, a Julo nie przeszkadzać mamie. Tymczasem ledwie zdążyłam zrzucić z tapczana kołdry i poduszki i zacząć składać prześcieradło, gdy zobaczyłam:


Zaczęliśmy za to wyjmować na dzień szczeble z łóżeczka, żeby Jul mógł sam wchodzić sobie tam na drzemki. Ale chłopcy, jak to chłopcy - mieli inny pomysł. I tak Andrzejek zagarnął łóżeczko...

 Jul musiał zadowolić się szczeblami:
Co to może być?

Aha, kijki do nordic walkingu!

Co do rozwoju - chodzi już Julek pewnie, prawie się nie wywraca. Umie nawet wejść i zejść po niezbyt stromej pochyłości. A kiedy coś go zaciekawi, to prawie biega. Trzymany za rękę wejdzie po schodach na nasze drugie piętro. Sprawnie wspina się na kanapę i nieco mniej sprawnie na krzesła,
z krzeseł próbuje włazić na stół. Obserwując starszego brata, próbuje sobie coś podstawić, żeby dostać się wyżej. Niestety nie pojął jeszcze (mimo kilku wpadek), że jeździk nie jest najlepszym podnóżkiem.

Jeśli chodzi o gadanie - tu nadal dominuje język własny, choć zrozumiałych słówek zdarza się coraz więcej. Ostatnio są to głównie nazwy zwierzątek mp. "ko" (koń), "koke" (kotek), "koka" (krowa). Ponadto krowa według Julianka robi "mmmm", lew robi "aaaa", koza - "me", baran - "be", a koń - "haaa". Wszystko, co  jeździ, to "brrrm", a wszystko do jedzenia to "kaka" (kaszka). Najbardziej zaawansowane są u Julka są oczywiście zwroty umożliwiające domaganie się jedzenia. Tu czasem można usłyszeć nawet "mami am" (do mnie mówi "mami"), "mami da"/"baba da" albo i "da am" czy "da to". Pojawiło się też świadome tak ("taaa" lub "ka" połączone z kiwaniem głową) i nie (poparte kręceniem głową).
Juluś wyraźnie też coraz więcej wie i rozumie. Na hasło 'idziemy na spacer" przynosi buty, zużyte pieluszki wielorazowe wynosi do wiadra, a pampersy do kosza na śmieci, kiedy słyszy, że dostanie jogurt albo owoce, tupta do kuchni, wyciąga dwie łyżeczki (bo jedną je on, a drugą ja go karmię), a potem idzie do lodówki i próbuje sforsować drzwi.

Nadal uwielbia też bazgrać po znikopisie i kredkami po kartce, ustawiać wieże z klocków (rekord to 7) po to, by zaraz je zburzyć z głośnym okrzykiem "BAAAMMM!!!", wrzucać klocki do sortera, wokalizować, bębnić w odwrócone garnki i tańczyć, kręcąc się w kółko. A najlepsza muzyka do tańca to według Julka odgłosy pracy termomiksu lub odkurzacza:) Może rano uda mi się wgrać filmik, bo dziś mi łącze posłuszeństwa odmawia.

Nadal też, mimo różnych zębowych niedogodności, Julek pozostaje pogodnym, roześmianym
i wiecznie spragnionym czułości.

A w następnym miesiącu  - o tym, jak Julcio zniesie MMR i, mam nadzieję - wreszcie o wspólnym spaniu w braterskim pokoju.

piątek, 12 czerwca 2015

Adaptacje w przedszkolu

Zdjęcie "pożyczone" z Fb naszego przedszkola:)
W przedszkolu Jędrusia zaczęły się adaptacje.
Dziś byliśmy pierwszy raz.
Zaproszone zostały przyszłe przedszkolaki razem z rodzicami i rodzeństwem, więc i my pojechaliśmy we czworo.

Prawdę mówiąc - stresowałam się. Jak to będzie, czy Jędruś da radę. Nie chodzi nawet o jego samodzielność, tę ćwiczymy w domu i postępy są. Chodzi o jego, hmmm, subordynację. A raczej niesubordynację.

Pierwsze wrażenie - sala. Ładna, tyle co wyremontowana. Mnóstwo zabawek - przeróżnych. Od montessoriańskich układanek przez chusty animacyjne, piłki, balony, gry planszowe i książki po wszelakie jeździdła, domki, baseniki kulkowe i multum innych.

Katolickie symbole widoczne, ale nienachalne. Plus patriotyzm lokalny - obok figury Jezusa "tańczą" ładnie wykonane porcelanowe lalki w strojach krakowskich. Dla mnie super, choć ja sercem krośnianka:)

Przy drzwiach tablica. Domyślam się, że to ocena z zachowania. Rubryki na 5 dni przedszkolnego tygodnia, każde dziecko oznaczone swoim obrazeczkiem - i przy obrazeczku uśmiechnięte buzie. Większość dzieci miało 100% uśmiechniętych, niektóre pola zostawały puste. Czyli system: nagroda lub brak nagrody - zbliżony do tego, który sama stosuję, ale łagodniejszy niż to, co serwuje Jędrusiowi jego tata.

Wychowawczynie. Na grupę 25 dzieciaków są trzy - dwie świeckie panie i siostra zakonna. Wszystkie na pierwszy rzut oka przemiłe, od razu wciągnęły do zabawy wszystkie dzieci i szybko rozładowały panującą na początku tremę.
Na razie nie wymagały dyscypliny - np. wymarszu na plac zabaw w określonym szyku czy jedzenia na komendę. Raczej obserwowały dzieciaki. Tu szacun dla głównej wychowawczyni - po niecałych dwóch godzinach pamiętała już imiona wszystkich dzieci i potrafiła przyporządkować je do właściwych rodziców. Łał!

Mały zgrzyt - poczęstunek. Mam nadzieję, że to tylko tak na zachętę i nie będzie tak codziennie, ale obok soku i arbuza dzieciaki dostały "Lubisie". Jędrek nadgryzł, powiedział (głośno), że paskudne, i kazał zjeść tacie, a sam wydoił sok i zabrał się za arbuza.

Szok kolejny - opiekunki wcale nie pomagają w toalecie, wychodząc z założenia, że dziecko ma samo wszystko umieć. Może i słusznie. Toalety na szczęście są łatwe w obsłudze i wysokości dostosowanej do wzrostu dzieci. Jędruś bez problemu dał sobie radę. Nie będzie źle.

Plac zabaw jest genialny. Spory, z piaskownicą, huśtawkami, kącikiem z sianem (w którym Andrzejek nie omieszkał się wytarzać), kilkoma domkami i kompleksem zjeżdżalni z drabinkami o różnym stopniu trudności. Przy i pod zjeżdżalniami masa różnych dziwów typu lornetka, hamak, kierownica i coś, co przypominało manetkę skrzyni biegów. Dorosły miałby tam co robić. Jędrula w każdym razie był zachwycony.

Jędruś w ogóle był zachwycony. Przedszkole "absolutnie fantastyczne", pani "bardzo ładna" (to prawda;p), zabawki świetne, szczególnie motor policyjny z pedałami i domek z kulkami, no i tyyyle dzieci:)

Dzieci, łącznie z moim były onieśmielone. Jedne bardziej, inne mniej. Moje z tych mniej, nawet już zdążyło pokazać charakterek. No i jeden chłopiec, który albo odreagowywał stres, albo jest tak rozpuszczony - murowany kandydat na stanowisko grupowego prześladowcy. A Jędrek mu podpadł, bo nie dał się wyrzucić z domku z kulkami.

Myślałam, że Jędrek będzie miał tyły w samodzielnym jedzeniu i każe się nakarmić poczęstunkiem. A gdzie tam, instynkt stadny działa:)

Przekonałam się też, że do przedszkola nie warto dawać dziecku ładnych ubrań. O ile z zabaw w sali i poczęstunku Andrzejek wyszedł czysty, o tyle z placu zabaw wrócił umorusany od butów po czapkę i z sianem wszędzie, nie wyłączając uszu. Podobnie wyglądała dziewczynka, którą upodobał sobie jako towarzyszkę większości zabaw - nie wiem, jak rodzice dopiorą cudną koronkową sukieneczkę, w którą była ubrana.

Andrzejek błyskawicznie się nudzi. Na początku wkłada dużo wysiłku w każdą zabawę, ale szybko traci zainteresowanie, zwiewa do czegoś, co zainteresuje go bardziej i za nic nie chce wrócić do grupy.

Jędruś ma... no cóż, przyznaję się bez bicia, pewne braki w etykiecie. Objawiają się one chociażby w sposobie zgłaszania swoich potrzeb. Większość dzieci prosiły o pomoc swoich rodziców albo opiekunki. Z wyjątkiem jednego, które w środku zabawy chustą animacyjną przekrzyczało piosenkę, wołając "Siiikuuu!!!", a potem w toalecie głośno komentowało, co w danej chwili robi. Wiecie, które to dziecko?

Do przepracowania mamy jeszcze jeden problem - zwracanie się do wszystkich na "ty" - łącznie z opiekunkami i dyrektorką przedszkola.

Ostatnim problemem było... wyprowadzenie Andrzejka z przedszkola. Za dobrze mu tam było.
Na szczęście zajęcia adaptacyjne będą trwać do końca czerwca, więc będzie trochę czasu by jeszcze przed wrześniem przyswoić sobie nieco przedszkolne zwyczaje:)

wtorek, 9 czerwca 2015

Chlip na koniec

I stało się.
Po dwóch dniach katorgi i kilku dniach dramatu Julo chyba zrozumiał, że nasze karmienie dobiegło końca.

Nie tak miało być. Chciałam karmić go nawet dłużej niż Andrzejka, byłam gotowa robić to do drugich urodzin, a potem zastanawiać się, co dalej.

Tymczasem natura zdecydowała za nas i pewnego dnia Julek z żalem odkrył, że więcej niż te parę łyków nie wyssie. No to dawaj matka drugą pierś.
Z drugiej, o dziwo tej, którą uważałam za "słabszą" szło trochę lepiej, ale dla Julka to i tak było za mało. Jak wcześniej karmiliśmy się już 2-3 razy dziennie po ok. 10 minut, tak nagle znów zaczęły się żądania co półtorej-dwie godziny i wiszenie po 30-40 minut połączone z biciem, szarpaniem i gryzieniem w nadziei, że może jeszcze coś wyleci. Po dwóch dniach takiego stanu rzeczy byłam już tak obolała i wykończona, że postanowiłam skrócić nasze męki i skończyć z przystawianiem.

Na początek ograniczyłam się do podawania piersi tylko wtedy, kiedy Jul naprawdę tego potrzebował - do snu i drzemek. "Karmiłam" i półprzytomnego ze zmęczenia robieniem sceny kładłam w naszej pościeli, a mały momentalnie zasypiał. Potem wykorzystaliśmy długi weekend i obecność męża przez cały czas w domu - i  w tych newralgicznych porach ja znikałam, a mąż kładł Julka spać. O dziwo - kiedy mnie nie było w polu widzenia - wszystko odbywało się bez histerii. I tak w końcu Jul nauczył się zasypiać na naszym rozesłanym tapczanie. Teraz jedyną niedogodnością pozostaje to, że do dziennej drzemki trzeba znów wyciągać z tapczana pościel, ale przynajmniej nie chodzę pobita i pogryziona. No i mogę jeść co tylko chcę.

Czy mi żal? Jasne, że tak. Chciałam inaczej, ale godzę się z tym, że widocznie tak miało być. Widocznie mój organizm nie dał już rady.
Żal mi tym bardziej, że - o ile Andrzejek z karmienia zrezygnował sam, o tyle Julo walczył o nie rozpaczliwie. Nie raz wyłam razem z nim. Nawet nie z bólu pogryzionych do krwi piersi - mniejsza o to. Raczej z żalu, że nie mogę dać swojemu dziecku tego, czego oczekuje, i nie mam pojęcia, jak je pocieszyć. Dopiero teraz, po prawie tygodniu, Julcio znów potrafi spokojnie, bez dopominania się, przytulić się do mamy, wcześniej to tylko pogarszało sprawę.

Tak więc czekam na Mleczną Drogę nr 3. Mam nadzieję, że moje ciało da mi taką szansę.
A na razie mamusine smutki zagryzam... batonikiem Milky Way.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...