środa, 29 lipca 2015

Wakacyjne nowości

No i jesteśmy w Krośnie.

Pierwsze, co się okazało po przyjeździe, to że nienoszone od ponad 2 tygodni trzewiki są już za małe na Juliana. Za jednym zamachem kupiliśmy więc trzewiki, tenisówki, kalosze i kapcie do wody. A ja przyjechałam w jednych półbutach na cały pobyt. No dobra, są tu moje stare górskie trepy i tenisówki jeszcze z liceum, w razie czego dam radę;p

Pierwszy raz chyba byłam zadowolona z wielkości naszego bagażu. Nie wzięliśmy wozka, nie zabraliśmy łóżeczka turystycznego... i okazało się, że bez problemu zmieściliśmy do bagażnika jeszcze dwa pudła za małych rzeczy po chłopakach plus rower biegowy. Czyli jednak da się:) No i Jędrula ma frajdę, bo zamiast w kojcu śpi na zaimprowizowanym przez babcię legowisku wymoszczonym na podłodze. będzie z niego harcerz;p

A propos wózka: kiedy przyjechaliśmy na miejsce okazało się, że równo z nami przyjechał prezent od dziadków - sportowy trójkołowiec z hamulcem ręcznym - Phil&Teds Vibe. Pooglądaliśmy, pomierzyliśmy - i stwierdziłam, że zostanie on teraz naszym podstawowym pojazdem, Tako Jumper przyjedzie do dziadków jako zapasowy, a z Fynem się pożegnamy. Dodatkowo do tego nowego wózka można jeszcze zamontować drugie siedzonko i wozić w nim dwójkę dzieci - więc byłby super, jeśli nasza rodzina by się powiększyła. Przy paru dniach dobrej pogody może zrobię jakiś test z recenzją - z braku podwójnego wsadu (Jędruś stanowczo odmawia bycia wożonym) - na razie jako powozu dla jednego dziecka.

I jeszcze jedna nowość - Jędrula będzie jeździł na prawdziwym rowerze. Na razie - z dziadkiem. Fotelik już czeka aż dziadek za parę dni będzie miał trochę więcej wolnego.
Przyznam, że boję się. Sama w życiu bym się nie odważyła, ale mój tato na rowerze jeździ prawie wyczynowo i, skoro chce wozić wnuka, a wnuk chce być wożony przez dziadka, to nie pozostaje mi nic innego jak im zaufać.
A pod koniec pobytu prawdopodobnie spróbujemy przesadzić Jędrulę na dwa kółka z pedałami, bo rowerek biegowy chyba przestaje mu wystarczać.

A co nas tu czeka w Krośnie?
Mam nadzieję, że chlapanie się w basenie i rzece, dużo rodzinnych wycieczek i spacerów, testy nowego otulacza do pieluch wielorazowych (wiedzieliście, że istnieją otulacze z polaru? Bo ja myślałam, ze o wielopieluchowaniu wiem już sporo, a do niedawna nie sądziłam, że polar może być warstwą nieprzemakalną), kompletowanie wyprawki dla przedszkolaka, rodzinna sesja zdjęciowa i - mam nadzieję - dużo, dużo wakacyjnego luzu:)


sobota, 25 lipca 2015

Misz-masz

Od paru dni totalnie wymiękam. Jeśli wcześniej udawało mi sie na siłę wymyślić jakieś plusy temperatur powyżej 30st. w cieniu, to teraz się poddaję.

Przez ostatni tydzień najchętniej mieszkałabym w łazience, gotowałam tylko w termomiksie, żeby broń Boże nie zapalać płomienia na kuchence, z dziećmi lub/i na zakupy odważałam się wyjść dopiero ok. 19-20 i prosiłam Niebiosa, żeby facet, który miał montować nam rolety, zlitował się i przyszedł jak najszybciej.

Na domiar złego zostałam odcięta od świata - w ciągu miesiąca zepsuł mi się już drugi telefon.
Jak zwykle poratowali mnie tato i brat - zdziwienie na ich twarzach, kiedy zamiast wypasionego smartfona wybrałam starego grata z wysuwaną klawiaturą - bezcenne. A ja jestem zachwycona, że wreszcie mam telefon, na którym bez problemu piszę smsy:)

Spec od rolet umówiony na poniedziałek dotarł w końcu dziś - fajnie, zdążę jeszcze nacieszyć się chłodniejszym mieszkaniem przed poniedziałkowym wyjazdem do Krosna.
Mąż w ogóle na sprawę się wypiął i nawet przy specu manifestował jak bardzo go to nie obchodzi, to ja chciałam rolety, więc ja mam wybierać, ON SIĘ NIE ZNA. Taaa, a ja się znam. Koniec końców coś tam wybrałam, fotki zrobię jutro w dziennym świetle, kiedy wróci z serwisu mój aparat - całkiem fajnie dopasowałam kolory, nawet mama męża na swój oględny sposób ("no, mogą być") wyraziła uznanie.

Andrzejek i Julo dostają totalnego świra. W związku z planowanym wyjazdem i jutrzejszą długą nieobecnością męża puściłam kolejno dwa prania i zaczęłam przekopywać szafę Julasa w poszukiwaniu za małych ubrań do odłożenia "dla trzeciego". Nie minęło dużo czasu, a pokój, przedpokój i łazienka tonęły w ubraniach mokrych, suchych, dobrych, za małych, wypranych i czekających na pranie, a chłopcy robili sobie zawody pt."kto lepiej się zakopie". I segreguj mamusiu od nowa.

W całym zamieszaniu, jakie ostatnio mieliśmy, umknęło mi, że Andrzejkowi już prawie udaje się stanąć na głowie, a z Julem coraz łatwiej się dogadać. Próbuje powtarzać coraz więcej słów - głównie po Jędrusiu i po nas, podsłuchując, jak czytamy książki Jędrusiowi. I tak do słownika weszły m.in. "amen" (Jul klęka obok nas i mówi "amen" pacając się w czoło), "mok" (smok), "tapa" (czapka) i "jeb" (chleb).

Prawdę mówiąc, zastanawiałam się ostatnio, czy nadal chce mi się prowadzić tego bloga. I dzisiaj, odkładając na stosik za małych kolejne ubranka w rozmiarze 86, stwierdziłam, że jednak potrzebuję tego kącika. Bez niego pewnie już dawno pomieszałyby mi się wspomnienia z niemowlęcego okresu moich dzieci, nie miałabym tylu fajnych zdjęć, nie spisywałabym jędrusiowych powiedzonek... będę starać się pisać tu nawet jeśli już nikt nie będzie mnie czytał, choćby po to, żeby kiedyś tę pisaninę odkopać i przypomnieć sobie, co wyprawiali moi chłopcy, kiedy byli mali.
Spieszmy się uwieczniać dzieciństwo naszych dzieci, tak szybko rosną...

sobota, 18 lipca 2015

"Mniej zdolne" z rodzeństwa?

Mamy rodzeństw, czy Wam też, kiedy obserwujecie Wasze pociechy, wydaje się, że jedno z Waszych dzieci jest wybitne, a reszta pozostaje jakby tłem dla gwiazdy?

U nas - niestety - trochę tak jest. Tym wybitnym, megainteligentnym, łapiącym wszystko w lot, a do tego bardzo sprawnym fizycznie dzieckiem jest Andrzejek. On umie zawalczyć o swoje, upomnieć się o uwagę, odegrać scenkę czy rozśmieszyć wszystkich do łez nawet wtedy, kiedy są na niego wściekli. Za to namówić go, żeby na chwilę usiadł i zajął się jakimiś pracami ręcznymi - bezcenne. Parzą go kredki, farby i ciasto solne, on musi mieć dwie rzeczy: ruch i widownię.

A Julian? Julian to taki mały słodziak, który siedzi sobie w kątku, sam wynajduje sobie zajęcia, gdyby nie pilnować zmiany pieluch, bez słowa protestu łaziłby w jednej cały dzień, głośno upomina się właściwie tylko o jedzenie, a za uwagę łaskawie okazaną w innym momencie odwdzięcza się najcudowniejszym uśmiechem. Julian nie mówi nawet połowy tego, co Jędruś w jego wieku, nie dorównuje mu sprawnością fizyczną i nie broi ani w jednej dziesiątej tak jak jego brat. Wyspecjalizował się za to w czynnościach samoobsługowych i zabawach manualnych niewymagających towarzystwa, wygląda to trochę tak, jakby nie chciał sprawiać innym kłopotu swoją obecnością. Jednocześnie jest dzieckiem niesamowicie złaknionym czułości, które nawet gotowanie obiadu potrafi wykorzystać na przytulenie się do maminej nogi, a kiedy się go głaszcze po głowie, zamyka oczy, uśmiecha się i odpływa. Brakuje jeszcze tylko, żeby zaczął mruczeć;)

Zauważyłam też, że nie tylko ja, ale właściwie wszyscy dookoła Julka uważają za wspaniałe, miłe, ciepłe, ale - przynajmniej w porównaniu z bratem - niezbyt bystre dziecko.
Tymczasem dziś dotarło do mnie, jak bardzo go nie doceniłam.
Pierwszy raz opadła mi szczęka, kiedy Jędruś bawił się figurką przedstawiającą Profesora Gąbkę. Mąż zagadnął go, że on, Jędruś, też ma taki parasol, tylko w innym kolorze, na co Jul pokazał palcem parasol Jędrusia leżący na szafie, krzycząc "tam! tam!", a potem podbiegł do okna i, uderzając dłońmi w zroszoną deszczem szybę zaczał wołać "kap kap".
Opad szczęki numer dwa odnotowałam, kiedy wróciłam z łazienki, gdzie pomagałam Jędrusiowi umyć ręce po toalecie, i zastałam Julastego siedzącego na podłodze i dojadającego resztę andrzejkowego drugiego dania. Ten mały gagatek podstawił sobie garnek, wlazł na niego, zdjął z blatu kuchennego miskę, wziął sobie z górnej szuflady czystą łyżeczkę, a z dolnej małą tackę, rozsiadł się z tym wszystkim na dywanie koło kanapy i całkiem sprawnie - jak na 15-miesięczne dziecko - wsuwał zimne już spaghetti bolognese.
I choć dookoła było nabrudzone jak w chlewiku, nie potrafiłam się na niego gniewać. Żałuję tylko, że nie miałam czym robić zdjęć, bo widok był bezcenny. Ciekawe, czym jeszcze zaskoczy mnie to wcale nie mniej inteligentne dziecko:)


wtorek, 14 lipca 2015

15 miesięcy po raz drugi

Julianek kończy 15 miesięcy.
Tym razem jednak zdjęć nie będzie, bo ich... nie mam. Nie zdążyłam zgrać z aparatu zanim się zepsuł, aparat trafił do serwisu, a potem pan serwisant wyjechał sobie na urlop - więc jeśli zdjęcia się nie skasowały, to uzupełnię później.

Na razie więc statystyka.

Waga: nadal 9,5kg
Wzrost: 84cm
Rozmiar ubrań: 86/92
Pieluchy: pampy 4/4+, wielorazowe L
Nr buta: 20
Zębów: 10 wyrżniętych w całości, po kawałku obu dolnych czwórek + zmasowany atak trójek.

Na początek odkrycie miesiąca: Julkowi zasmakowały surowe maliny. Uff, czyli ISTNIEJĄ owoce, które on naprawdę lubi, a nie tylko dziubnie, skrzywi się i porzuci.

Z dietą jest coraz lepiej - Jul rano wcina michę kaszki lub owsianki ze szklanki mleka (nadal Bebilon pepti), na drugie śniadanie zwykle jogurt lub domowy koktajl owocowy w podobnej ilości, czasem domowe ciasto z owocami (ale skubaniec wydłubuje owoce), potem dwudaniowy obiad, na podwieczorek staram się dawać surowe owoce (ostatnio banan lub maliny, inne akceptowalne tylko w formie kisielu lub koktajlu, czasem zje też sorbet), a na kolację 2 kromy chleba z masłem i twarożkiem/serem żółtym/pastą mięsną lub rybną/jajem na twardo czy co tam akurat wymyślę.
Jedyne, co mnie trochę martwi, to to, że tej jego żarłoczności wcale nie widać na wadze - ale zlecone przez lekarkę badania wyszły w normie, więc może taka uroda i już. Wszystkie metody podrasowywania kaloryczności posiłków już dawno wdrożyliśmy - może dzięki temu Julo nam nie chudnie.

Zdrowotnie - było szczepienie Priorixem zniesione bez zarzutu, ale tydzień po nim pojawiła się kilkudniowa biegunka. Do dziś nie wiem, czym była spowodowana i czy można ją powiązać ze szczepionką, w każdym razie skończyła się wraz z wybiciem dolnych czwórek (na razie tylko po czubeczku, ale zawsze to krok naprzód). Jutro kolejne szczepienie - zaległe Di-Per-Te - o ile lekarka go nie odroczy z powodu tej biegunki. A potem parę miesięcy spokoju i dawki przypominające.

Zrobił się Julianek jakby ciut bardziej ruchliwy. Po domu coraz częściej porusza się biegiem. Nawet na spacerach coraz częściej deklaruje chęć wyjścia z wózka i drepcze na własnych nogach. Przy jednostajnych dźwiękach i rytmicznej muzyce ślicznie tańczy, sprężynując na nóżkach lub kręcąc się w kółko i często akompaniuje sobie klaskaniem. Hit nad hity to mniej cenzuralna wersja "Wlazł kotek" w wykonaniu Andrzejka. Ukochane przez starszaka pieśni legionowe i dziecinne piosenki Fasolek mogą się schować.

Manualnie - bez zmian - super. Zaczęliśmy ostatnio zabawy drewnianymi "puzzlami", w których trzeba dopasować klocek do wnęki tak, by powstał obrazek. I Jul całkiem fajnie sobie radzi.
Dałam też młodemu klocki o różnych kształtach. Wcześniej po prostu budował wysokie wieże, a teraz zaczyna kombinować, który klocek na którym lepiej postawić, żeby wieża się trzymała:)

Gadanie cały czas wygląda podobnie. Język własny i zlepki dwóch-trzech zrozumiałych wyrazów w porze posiłków. Z nowych słówek wyłapałam "kem" (krem), "peja" (pielucha), "be" (śmieci wszelakie), "peji" (proszę - używa, kiedy coś podaje, albo kiedy chce coś dostać np. "da am, peji") i "Jaja" (jajka albo Julian, zależy od kontekstu). Reszty nadal nie rozumiem.

Udało się wreszcie przeprowadzić Julasa do pokoju Jędrusia. Poszło właściwie bezboleśnie, Jul musi mieć tylko do usypiania coś, co pachnie mamą. Rozwiązałam ten problem, dając mu swojego misia "pandę", na którym przez lata spałam. Cieszę się, że mój najukochańszy pluszak, niespecjalnie lubiany przez mego pierworodnego, w końcu doczekał się kolejnego chętnego do przytulania:)
I tylko łóżeczko dziecięce nam graci - zamiast zostać złożone, służy, a jakże - za domek do zabawy i kolejny składzik dziecięcego szmelcu (czyt.: zabawek). Ciekawe, czy będzie tak czekać na kolejnego lokatora;p
Tymczasem w planach przemeblowanie dziecięcego pokoju. Zastanawiamy się nad łóżkiem piętrowym i szafą ścienną - chłopcy zyskaliby w końcu miejsce na stoliczek z dwoma krzesełkami:)


A w następnym miesiącu wyjazd do dziadków i prawdopodobnie pierwsze podejście do prowokacji mlekiem. Kciuki proszę:)

poniedziałek, 13 lipca 2015

Fajna akcja na fejsie:)

Z zasady nie udzielam się na "fejsiku". Mam co prawda dwa konta - jedno całkowicie prywatne służące głównie do podglądania, kto się ostatnio ochajtnął, a komu urodziło się bobo i jakie jest już duże, a drugie pół-anonimowe służące do "lubienia" różnych różności, ale jak dotąd nie brałam udziału w tzw. "wydarzeniach".
Aż do dziś, kiedy przypadkiem natrafiłam na tę oto akcję:

Zdjęcie w tle
By przejść na fb akcji, kliknij w zdjęcie:)
Jest to charytatywny kiermasz książek, na który można książkę przekazać, można też na nim książkę kupić. Dochód przekazywany jest na fundacyjne konto potrzebującego pomocy dziecka.
W każdym miesiącu jest to inne dziecko, a akurat w lipcu akcja wspomaga - jaki ten świat mały -  Jacusia, urodzonego z rozszczepem kręgosłupa synka mojej blogowej koleżanki Ani.
Nie mogłam nie dołączyć:)

Z Anią "znamy" się co prawda tylko wirtualnie, ale za to niemal od początku mojej blogowej przygody. Bardzo polubiłam ją i jej córeczkę Milenkę - Ania  ma dobre pióro i bardzo podobne do mojego podejście do wielu spraw, a jej córcia była przesłodkim niemowlakiem.
Najpierw podglądałam więc uroczą Milenkę, potem trzymałam kciuki za Anię i jej męża, kiedy już
w ciąży okazało się, że jej synek urodzi się z wadą - by ta diagnoza okazała się błędna albo chociaż wada jak najmniejsza, a teraz kibicuję malutkiemu Jacusiowi i jego Rodzicom w walce o sprawność
i jak najpiękniejszy rozwój.

Jeśli ktoś jeszcze nie zna Mamani - oto link do jej bloga

Ja w każdym razie szperam właśnie w tym kiermaszu i szukam czegoś dla nas. Wiem, że taka pomoc to kropla w morzu, ale może tu o Jacusiu i innych potrzebujących dzieciach dowie się ktoś, kto może - i zechce - dać im więcej niż my ?

W każdym razie - do końca lipca wspieramy rehabilitację tego małego słodziaka



a już za miesiąc akcja wesprze kolejne dziecko, któremu również chętnie pomożemy - wzbogacając się przy okazji intelektualnie.

sobota, 11 lipca 2015

Filozofia trzylatka

Coraz rzadziej spisuję komiczne teksty Andrzejka. Może dlatego, że coraz trudniej mi je wychwycić. Nasze rozmowy jakby "wydoroślały". Nie ma już zabawnego zmiękczania ani seplenienia, nie ma "j" ani "l" zamiast "r". Miejsce typowego humoru sytuacyjnego zaczynają zajmować niekończące się ciągi pytań, na które ja i mąż coraz częściej nie znamy odpowiedzi. I tak na przykład dzisiaj od pytania, dlaczego dziś na śniadanie jest kanapka z dżemem wiśniowym płynnie doszliśmy do wyjaśniania dlaczego Pan Jezus umarł za nas na krzyżu. Często nie mogę wyjść ze zdumienia, jak niesamowitą pamięć, lotność i zdolność wyciągania wniosków może mieć zaledwie trzyletnie dziecko. Z samego tylko z dzisiejszego popołudnia:

Tatuś jedzie załatwiać "sprawy" i daje każdemu po buziaku.
T: No to jadę, tymczasem.
A: A nie samochodem?

***

M: Andrzejku, nie jedz wszystkich truskawek, zostaw coś dla taty.
A: Ale on już jest duży i silny i już nie potrzebuje truskawek.

***

Aktualną lekturą Jędrusia jest "Plastusiowy pamiętnik".

M(przytulam Andrzejka): Mój ty Plastusiu kochany!
A: Dlaczego mówisz tak do mnie?
M: Bo masz takie fajne troszkę odstające uszka.
A: A dlaczego odstające?
M: Bo Pan Bóg uznał, że z takimi będzie ci ładnie i takie ci dał.
A: A dlaczego takie mi dał?
M: Może Jego zapytasz?
A (klęka, żegna się i pyta tonem dziecięcej ciekawości): Panie Bożeee, dlaczego mi dałeś takie odstające uszy? 

Jeszcze chwilę Jędruś poklęczał sobie w ciszy i nie wrócił już do tematu. Czyżby dostał odpowiedź?

poniedziałek, 6 lipca 2015

8 naciąganych plusów upału

1. Dzieci mi śpią.
Julek mimo ząbkowania bez szemrania przesypia całe noce, a i w dzień ucina sobie nawet półtoragodzinne drzemki. W bardziej ludzkich temperaturach nieraz kwadrans mu wystarcza, a po trzech kwadransach otwarcie mówię o swoim szczęściu;p

2. Mąż śpi - i nie zrzędzi, że przed kompem siedzę.
Jakieś 2 godziny temu padł na dywanie i lula jak dziecko - a ja mogę pisać posta i przeglądać chustoforum;p.

3. Oszczędzamy na żarciu.
Tylko Julianowi niezmiennie dopisuje apetyt, reszta rodziny śmiało mogłaby żyć wodą/herbatą i owocami. Choć ja, po miesiącach mlecznej posuchy, mam fazę na capuccino i mleko w proszku (ostał nam się worek bebiko jeszcze po prowokacjach Jędrka) prosto z torebki:)

4. Zdrowo się odżywiam
(jak na siebie). W każdym razie chyba od początku roku nie zjadłam takiej ilości owoców jak przez ostatnie trzy dni. Kończą mi się już pomysły na smaki sorbetów;p

5. Jędrek tak rozrabia, że mój niepływający ślubny woli już wziąć go nad wodę niż ciągle wycierać zalaną łazienkę - a ja i Jul załapujemy się przy okazji:)

6. Teściowa, która ma chłodniej w mieszkaniu, czasem lituje się nad dziećmi i zabiera je do siebie (a ja mogę wtedy pospać)

7. Mam mniej segregowania, prania i wieszania
- wszak przez lwią część doby paradujemy raczej skąpo odziani. A to, co już muszę wyprać i powiesić, schnie w minutę osiem. No i mogę wymówić się od prasowania - bo za gorąco:)

8. Upał mnie odmładza.
Kiedy temperatura przekracza magiczne 30 stopni, rozsądek zaczyna brać górę nad kompleksami - olewam makijaż (wypryski chyba jednak nie wyglądają gorzej saute niż oblepione spływającym podkładem), włosy upinam w popularną ostatnio "cebulę", wkładam szorty, zwiewną koszulkę i trampki i nastawiam uszu na komplementy - żem nastoletnia mamuśka, wstydu nie mam i męża na dzieciaka/-i złapałam:)



(a teraz idę budzić męża, żeby przeniósł się do łóżka, i bać się rwania ósemki, które czeka mnie już za 10 godzin)

środa, 1 lipca 2015

Szanowny Panie Złodzieju...

ChcieliśmyPanu bardzo serdecznie podziękować.

Dziękujemy, że nie zabrałeś rodzinie z dwójką małych dzieci samochodu przed wakacjami. Tym bardziej, że to chodliwy model i poza jedną dużą rysą z boku zrobioną pewnie przez jakiegoś złośliwego dzieciaka, jak na jedenastolatka jest w całkiem przyzwoitym stanie.

Dziękujemy, że dba Pan o bezpieczeństwo naszych milusińskich i zostawił nam również ich foteliki. To także dobrze o Panu świadczy.

A to marne radyjko... szkoda było Pana wysiłku przy wybijaniu szyby. To już zabytek, nie jest wiele młodsze od samego auta i na dodatek gniazdko USB nie działa. No ale skoro nie sprzeda się za porządną kasę, to niech Panu chociaż ładnie gra, CD odtwarza całkiem dobrze, zacina się tylko czasami, a i to tylko na bardzo porysowanych płytkach.

Pozdrawiamy

Aleksandra D. z rodziną

PS. No i dziękujemy, że i tablic rejestracyjnych nam Pan nie zabrał. Zresztą byłoby z tym dużo zachodu, bo po poprzednim razie są już solidniej zamontowane. W każdym razie dzięki temu mąż szybko, sprawnie i bez obaw pojechał z wozem do serwisu (dzięki Panu znaleźliśmy nowy, tańszy od poprzedniego), wstępując po drodze na komisariat, by opisać, jak oznaczyliśmy nasze radyjko na wypadek bezgotówkowej zmiany właściciela:)


Rozwiązanie zagadki i mini-pech matki

Zacznę od pecha.

Mąż pojechał odstawić Jędrusia na ostatnie już adaptacje. Ja w tym czasie ogarnęłam co nieco po porannym chaosie, zmyłam naczynia i już miałam wyprowadzić na spacer Julka, kiedy zobaczyłam go... śpiącego w wagoniku z pluszakami:) Widok był cudny, więc postanowiłam uwiecznić go zanim przeniosę synka w jakieś wygodniejsze miejsce i zrobiłam mu cudną mini-sesję.
Julo spał godzinę, w międzyczasie nastawiłam jeszcze obiad dla niego (osobny, bo znów ma kłopoty żołądkowe) i pranie, a po przebudzeniu podałam mu drugie śniadanie - kisiel i chrupki. Jadł tak malowniczo, że znów zachciało mi się zdjęć, więc powstała kolejna urocza-chyba-tylko-dla-matki sesyjka małego brudasa. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że po pstryknięciu tych kilku kadrów obiektyw postanowił nie wsunąć się z powrotem. Włączyłam aparat ponownie - lipa, wyświetlacz też padł.

Wrócił mąż, ale chyba tylko po to, żeby zaraz jechać po Jędrusia. Przywiózł gagatka i znów wybył - tym razem do pracy i do serwisu aparatów. W międzyczasie udało mi się: ze trzy razy posprzątać kuchnię i duży pokój, wyprać i wykwaskować wielorazówki, dowiedzieć się w dyrekcji, jak będzie wyglądał początek roku przedszkolnego (mąż nie zapytał) i co Jędruś ma mieć ze sobą już pierwszego dnia, załagodzić ze trzy braterskie konflikty o zabawki, odebrać masę telefonów i przypalić ziemniaki na drugie danie. A potem jeszcze Julo strącił na podłogę talerzyk z dietetycznym drugim dla siebie, a że więcej nie było, to mamusia musiała gotować jeszcze raz, wyjąć z zamrażarki ostatnie zapasy pierogów zachomikowane w lepszych czasach i wywiesić białą flagę w kwestii porządku w dużym pokoju.

Wrócił mąż - on też nie miał dobrego dnia - grafik pracy na przyszły rok koliduje mu z zawożeniem i odbieraniem Jędrusia z przedszkola (jeśli nie uda się tego zmienić, to będę 2 razy dziennie zadylać z Julianem w wózku/nosidle i Jędrusiem pod łapkę - komunikacją miejską w godzinach szczytu -yeah;p), w serwisie powiedzieli, że naprawa aparatu w 200zł się nie zamknie, a autobus, którym wracał do domu, miał stłuczkę.

Na pociechę - przyszły wreszcie zaległe pieniądze za stare zlecenie, akurat na naprawę aparatu, choć może nawet przy dobrych wiatrach coś z nich zostanie.


No i rozwiązanie zagadki Sfinksa Juliana:

Peja=pielucha
Bam= upadać, wpadać, spadać
Be=śmieci

A "zdanie" zostało wypowiedziane tuż po przewinięciu i oznaczało, że zużytą pieluchę trzeba wyrzucić do kosza na śmieci. Takie mam porządnickie dziecko:)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Zagadka Sfinksa

Źródło: blogiceo.nq.pl
Z ostatniej chwili (i na szybko, zanim chłopcy rozniosą mi chałupę) - zagadka od Juliana. Kto ją rozszyfruje, ten Mistrz Mowy Polskiej, któremu Miodek może buty pastować.

A zagadką jest pierwsze "zdanie" Julianka. Co znaczy:

"PEJA BAM BE"

Mnie się udało - ale ja się nie liczę, bo dziecia tego mam na codzień i kontekst wypowiedzi znam. Ogłoszenie wyników jutro:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...