poniedziałek, 2 maja 2016

Wieści majówkowo-julowo-martowo-chustowe;)

Majówka... mieliśmy jechać do Krosna, ale okazało się, że

a) moja mama wybyła na tydzień do Medjugorje
b) mój tato skorzystał z okazji i przeprowadza w domu smrodliwy remoncik z malowaniem ścian i cyklinowaniem parkietów na czele.

 No więc zostaliśmy w Krakowie.
Ja tuż przed weekendem zaszalałam w ciuchu. Poszłam po bluzki do karmienia dla siebie, a wróciłam... zgadnijcie z czym;)

Metodą facebookową sprzedałam trochę garderoby po chłopcach i Marcie. Korzyść potrójna: Stos pudeł i siat wysokością równa się z szafą, a nie sięga sufitu, odzyskałam jakieś 150zł, a przy okazji poznałam przy parę miłych mam z okolicy.

Julo sam z siebie zaczął wołać o nocnik. Nadal oczywiście potrzebuje pieluchy i często myli rodzaj aktualnej potrzeby, ale prawie każda nasiadówka na nocniku kończy się sukcesem.

Martula również nabyła parę nowych przydatnych umiejętności:
powoli, ale do przodu:) 

Niespodzianka na koniec dnia:)



A ja..

Na razie tylko na 10min., ale bez bólu :) A będzie coraz lepiej :)))






środa, 27 kwietnia 2016

dziecko rowerowe i dziecko nierowerowe

Jak już wcześniej wspominałam, Andrzejek od tygodnia ma nowy rower. Zmiana była drastyczna, bo z drewnianej biegówki o 12'kołach przesiadł się na tradycyjny rower o kołach 16'. I właściwie jest już gotów na zdjęcie bocznych kółek.No dobra, byłby - gdyby podczas jazdy patrzył, gdzie jedzie zamiast zachwycać się (na głos) tym, jak pięknie pedałuje... Przez to, choć technikę ruszania, hamowania i skręcania opanował w minutę osiem, ja nadal boję się odejść od mojego cyklisty dalej niż na wyciągnięcie ręki, o odjęciu kółek, ba, nawet o zrobieniu zdjęcia w czasie jazdy, nie wspominając.

Tymczasem w sobotę znów oglądałam dziecięce rowerki mając nadzieję na udany zakup, a potem równie udany debiut na Plantach Bieńczyckich - tym razem towarzyszył mi Julian.
Wychodząc z domu, opowiadałam mu, jak to fajnie jest jeździć na rowerze. Wydawało się, że haczyk został połknięty - Julo piszczał z radości, że idzie mierzyć rowerek. Był grzeczny w autobusie, dziarsko zszedł po stromych schodach (sam!), dał się zaprowadzić do miejsca, gdzie stały rowerki, bez protestu wsiadł, kawałek przetuptał i już miałam mówić, że kupię mu ten rowerek, kiedy Julasty zauważył
GRABKI.
-Chodź,  Juluniu, kupię ci rowerek. Wolisz żółty czy niebieski?
-Wolę glabki. O te zielone - i pokazał na najzwyklejsze plastikowe grabki o piasku.
-Julo, grabki mamy w domu. Ty masz swoje i Jędruś ma...
-Ale ja nie wolę lowelka. Wolę glabki zielone. Glabki chcę!!!

Wszystkie kilkanaście obecnych w sklepie par oczu zwróciło się w naszą stronę. Musieliśmy stanowić niezłe widowisko - matka chce kupić dziecku wypasiony rowerek biegowy, a
dziecko woli grabki za piątaka i na rowerek porzucony po drodze ani spojrzeć nie raczy.

No cóż, ludziska się pośmiali, coś tam nawet skomentowali, rower z pewnym rozczarowaniem odprowadziłam na dotychczasowe miejsce, a Julo z dumą podał ekspedientce pięć złotych za swoje nowe grabki.
Tylko dlaczego owa ekspedientka patrzyła na nas, jakbyśmy jej co najmniej dom spalili...

          Taki chciałam dziecku sprawić...


 













A mój mąż po naszym powrocie wysłuchał całej historii, obejrzał nowy nabytek i... pochwalił Julastego, że wybrał porządne grabie.
Polskiego Wadera, a nie jakąś chińszczyznę.

sobota, 23 kwietnia 2016

Padaczka u dziecka. Niestety - naszego

W środę usłyszałam  dwie wiadomości: dobrą i złą.

Ta zła jest taka,  że Jędruś jednak ma padaczkę.

Lepsza jest taka, że nie ma drgawek, a jedynie napady nieświadomości, po których łatwo wraca do przerwanej czynności. Napady nie są też wyzwalane światłem, więc Andrzejek nie ma np. zakazu oglądania bajek czy pokazów świetlnych. Ograniczenia są jedynie takie, że Jędruś nie może zostawać sam np. na placu zabaw, musi być pilnowany, kiedy jedzie na rowerze (a jeździ jak szatan;p) i musi być pod  nadzorem, kiedy je i się myje. No i żadnych szczepień dopóki ma napady.
Słowem - na razie ma łagodną postać padaczki i wygląda na to, że opanujemy ją jednym lekiem i jest szansa, że z wiekiem choroba ustąpi.

Nie jestem oczywiście szczęśliwa, że Jędrula musi ów lek brać - leki przeciwpadaczkowe są dość toksyczne, bardzo obciążają wątrobę i trzustkę oraz mogą nasilać nadpobudliwość i zaburzenia koncentracji, a moje pierworodne dziecko i bez tego aniołkiem nie jest. Ale cóż robić - trzeba to trzeba i już.

Jest jeszcze jedna dobra wiadomość. Po usłyszeniu diagnozy bałam się, jak zareaguje na chorobę Jędrusia personel w jego przedszkolu. Zdążyłam już bowiem wejść na forum dla rodziców małych epileptyków i przeczytałam kilka historii o nakazach przeniesienia dzieci do placówki integracyjnej.
A u nas... wszystkie opiekunki są przeszkolone o pracy z takimi dziećmi, co więcej, powiedziano mi, że Andrzejek nie jest jedynym dzieckiem z padaczką w przedszkolu, mają też dziecko z cukrzycą, któremu trzeba mierzyć poziomy cukru i wstrzykiwać insulinę. Uff, ktoś jednak czuwał nad nami, kiedy wybieraliśmy przedszkole:)

Teraz Andrzejka czeka jeszcze rutynowa tomografia głowy, a nas notowanie w dzienniczku występowania napadów i ich okoliczności, ale najważniejsze, że będziemy żyć tak jak do tej pory.


PS. Chcecie post o EEG u takiego malucha i o tym, jak przygotowywałam o niego Andrzejka? 

czwartek, 21 kwietnia 2016

Wreszcie o Marcie i jej 7 miesiącu.

Ten post powinien ukazać się 18. Mea culpa.
Nic to, pójdzie dzisiaj:) Na dzień wczorajszy Tusia ważyła 7,5kg i mierzyła 70cm. Nadal długonoga panna z niej - boy i koszulki nosi przeważnie w rozmiarze 74, a spodenki wyciągnęłam ostatnio z pudła "Andrzejek 80". Ponadto nosi pampy 4 (a dwuletni Jul 4+, hehe), wielorazówki wreszcie spięte na M, a na spacery do podtrzymywania skarpetek (bo zdejmuje, łobuzica, co chwilę) pojulkowe buty w rozmiarze 19. Julasty taki rozmiar nosił, kiedy był dwa razy starszy... No cóż, kopciuszkiem to Martusia raczej nie zostanie.

Z nowości - wczoraj na oględzinach przy okazji bilansów chłopców pani doktor podała Tuni palce, a ta podciągnęła się o siadu, palce puściła i... sobie siedziała, zadowolona z siebie. Tak jej się to spodobało, że w domu też domaga się sadzania. Mama z tatą się nie dają, ale babcia to co innego. Wnusia wyszczerzy dwa siekacze i babcia mięknie.

Trudno jednym słowem określić sposób, w jaki Marta się przemieszcza. Jest to bowiem swoista mieszanina raczkowania, pełzania "na gąsienicę" do przodu i do tyłu, czołgania się "na komandosa" i turlania się. Ciekawe, co na to pani doktor od rehabilitacji, mnie te jej popisy się podobają - bardzo pociesznie to wygląda :)

W ogóle rozbraja mnie ta istota kompletnie. I nie tylko mnie. Nawet chłopcy nie mają jej za złe, kiedy doczłapie do nich i podkrada im pociągi, a nawet rozwala torowisko.

Bawi się Martusia bardzo ciekawie. Wszystko ogląda, paca ręką, uderza zabawką o podłogę lub szczebelki łóżeczka, a potem o inną zabawkę. Małe przemioty zręcznie chowa w dłoni, próbuje też chwytać dwoma palcami i pewnie niedługo zacznie jej się to udawać. A co się przy tym nagada i naśpiewa, to... nasze:)

I tak oto dochodzimy do atrakcji miesiąca - BLW. Jak to wygląda u nas?
Przede wszystkim nie mam wsparcia w nikim. Wszyscy dookoła mnie uważają tę metodę za jakąś szarlatanerię i marnowanie jedzenia. A ja walczę. Co drugi dzień Tusia dostaje na talerzyku 2 różne warzywa i gotowanego indyka w kawałkach "do łapki". Indyka nie uznaje - chyba że do rzucania. Skubnie po trochę każdego z warzyw (próbowała marchewki, ziemniaka, pietruszki i buraka) coś tam nawet przeżuje i połknie, a potem zaczynał się teatr. Mała celowo odgryzała duże kawałki i pluła na stół. Co wypluła, to łapką rozgniatała, resztę zrzucała na podłogę. Tak było do niedawna. Teraz, kiedy Marta zaczyna wypluwać, posiłek się kończy.
Tymczasem w pozostałe dni dostaje Martula "tradycyjne" papki. Tu wcale nie jest lepiej. Po ponad 3 tygodniach rozszerzania diety zjada maksymalnie 3-4 herbaciane łyżeczki zupki, a i to z humorami. Robi przy tym "pierdziochy" i pluje na potęgę, tak że jej brzuch jest chyba ostatnim miejscem, do którego dociera zupa. Pełno jej za to na foteliku, na mamie, na pieluszce i pod nosem...
No nic, jestem cierpliwa. Jeszcze...

A w kolejnym miesiącu: znów kontrola u rehabilitacji, choć pewnie już bez ćwiczeń, szczepienie, ciąg dalszy walki z dietą i może nauka picia z niekapka, który na razie robi za marakas... I jeszcze tradycyjnie - zdjęcia.
Więcej będzie, kiedy w końcu odbiorę aparat z serwisu, ale co mam, tym się dzielę:)

Najpierw były pretensje i fochy. A potem jaśnie królewna wyczaiła, że matka robi jej zdjęcie ;)

Kabel o laptopa jest smaczniejszy o marchewki czyli BLW by Marta

Najlepsze zabawki to te zabrane braciom ;p

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Wiosna, epi i obiecany rower

Przede wszystkim, chciałam Wam podziękować za życzenia. Te dla Andrzejka, te dla Julianka - no i dla mnie (Marta :*), bo i ja dzisiaj postarzałam się o rok:)

Martusia skończyła dziś 7 miesięcy. Z dnia na dzień czymś nas zaskakuje, ale podsumowanie będzie jutro lub pojutrze, po wizycie na "zdrowym dziecku". Trzymajcie kciuki - po nieobecność męża muszę zabrać całą trójcę. Mam cichą nadzieję, że ciocia pomoże mi ogarnąć ten gang.

Do raczkowania jeden krok...

Jędruś w czwartek miał badanie EEG w związku z podejrzeniem epilepsji. Nadal łudzę się, że to, co lekarka wzięła za napad, tak naprawdę jest tylko niegroźnym tikiem nerwowym. Wyniki i wizyta u neurologa już w środę, a o tego czasu chyba zwariuję.

W piątek Julo dostał jeden ze swoich urodzinowych prezentów. W jego efekcie wygląda tak:


W sobotę trochę się odtrułam. Rano poszliśmy z mamą męża i dzieciakami po buty la chłopców, a po południu przyjechał mój brat z dziewczyną i wszyscy razem poszliśmy na plac zabaw (a potem wialiśmy przed burzą;p)

wiosna w Nowej Hucie:)
Stylizacja mejd baj Tatuś

Wujek jakoś namówił:)

A dziś, z okazji moich urodzin, sprawiłam sobie najfajniejszy prezent - kupiłam zaległy prezent swojemu dziecku. Przesiadka z 12 na 16 cali i inny rodzaj napędu nie nastręczyła najmniejszych problemów. Skubaniec momentalnie nauczył się pedałować na tyle, żeby samodzielnie wrócić ze sklepu do oddalonego o dwa nowohuckie osiedla domu. Jeszcze tylko opanuje w wystarczającym stopniu hamulec ręczny i zdejmujemy boczne kółka:)
Nie pozwolił zostawić w wózkowni;)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...