środa, 22 października 2014

Dzień Babci

Tak, to nie pomyłka! Dziś co prawda nie 21 stycznia, ale jeśli Julian ogłasza Dzień Babci, to tak musi być i ja się z nim kłócić nie będę.
Tak więc dzisiejszy wpis dedykujemy Babci Gosi oraz Babci Bogusi:)


poniedziałek, 20 października 2014

Złapał katar Katarzynę...

a raczej Andrzeja i Juliana.

Tylko dlaczego akurat rano w dniu, kiedy mieliśmy odwiedzić dawno niewidzianych znajomych i ich pięciomiesięcznego synka?

Dlaczego śpiki nie dają znać o sobie za dnia, za to w nocy mamy istny koncert na dwa głosy?
Pierwszy raz od nie pamiętam kiedy Julo obudził się po wieczornym karmieniu. Nie pomogło odessanie, nasivin, nawilżacz, inhalacje nebulizatorem, książki pod materacem, czosnek nad łóżeczkiem, parówka z tymianku, nic. Darł się bite pół godziny i zasnął dopiero po włożeniu do fotelika samochodowego. OK, skoro tak mu lepiej...

Dlaczego mąż ma jutro pracę w dokładnie takich godzinach, w jakich przyjmuje nasza pediatra - i to w dodatku przedpołudniowych, żeby przypadkiem nie mogła mi pomóc teściowa... Wiadomo, i tak nie pójdę tam z samym katarem, ale w razie "W"...

No i jak można uczulić się na maść majerankową, no jak? Buuu...

Na szczęście poza gilami do kolan chłopcom nic nie dolega, nawet na spacerze dzisiaj byli.
Oby nie trzymało ich tydzień, bo po siedmiu nockach bez snu chyba odwiozą nas w kaftanach do wariatkowa.

A na koniec moi dzielni mali piloci:



piątek, 17 października 2014

Ja mama.

Pół roku temu urodziłam Julka.
Sześć miesięcy upłynęło od drugiego cesarskiego cięcia.
Nadal nie odzyskałam swojego cyklu. Hormony buzują, chodzę podminowana, jakbym miała ciągły PMS.
Tarczyca szaleje. Z niedoczynności w nadczynność i z powrotem przy minimalnych zmianach dawkowania Euthyroxu. Raz rozsadza mnie energia, raz spałabym całą dobę.
Jak się okazuje - odzyskać dawną figurę a odzyskać dawne ciało to dwie zupełnie różne rzeczy. JA zrzuciłam już wszystkie nadprogramowe kilogramy i odzyskałam dawny obwód talii. Brzuch też jest względnie płaski, biust nadal trochę większy niż przed ciążami. Mieszczę się w ubrania z końca podstawówki.
Włosy lecą. Nie garściami, ale wypadają. Na skroniach widać to dość wyraźnie.
Na brzuchu tygrysie paski i trochę za luźna skóra, która raczej nie wróci już do stanu sprzed dzieci.
Blizna po cięciach ładnie się zgoiła i jest mało widoczna. Nadal jednak nie mam w niej pełnego czucia. Odzywa się za to na zmiany pogody.
Ale i tak jestem z siebie dumna. Ja, chudzina, nad którą rodzinka wydziwiała, że lepszych do trumny kladą, donosiłam dwóch dorodnych młodych mężczyzn. 
Karmiąc ich piersią dałam/daję im to, co najlepsze - oprócz miłości również hormony, przeciwciała i masę innych niepodrabialnych dobroci:) A mleka mam tyle, że - gdyby Andrzejek tylko zechciał - śmiało mogłabym karmić tandem. 

Także kobitki z niedowagą i małym biustem - nie dajcie sobie wmówić, że nie możecie karmić. 
A jeśli ktoś Wam to wmawia, to pokażcie mu moje zdjęcie sprzed ciąż (są tu np. ślubne)
i powiedzcie, że ten patyczak na zdjęciu karmi już w sumie prawie dwa lata i jego dzieci mają się jak najlepiej;p


Pieluszkowe zapalenie mózgu poziom hard.
Mój świat kręci się teraz wokół dzieci. Koncentracja na czymkolwiek innym - leży i kwiczy, choć pewnie nie bez winy jest tu moja walcząca o przetrwanie tarczyca.
Czytam głównie wiersze Tuwima i najnowsze wytyczne rozszerzania diety.
Nawet z plasteliny najlepiej wychodzą mi dzidki;p
O powrocie do pracy nawet nie myślę - choć pewnie powinnam. Ale ja wciąż jestem duchem na kanapie z Julkiem u piersi i na placu zabaw z Jędrusiem.
Widząc w sklepie bluzkę, zanim jeszcze pomyślę, naciągam jej dekolt, żeby sprawdzić, czy da się w niej karmić piersią.
Spisując codziennie listę zakupów bezwiednie zaczynam od rzeczy dla dzieci.
Co wieczór obiecuję sobie, że po uśpieniu chłopców pomaluję sobie paznokcie, ale najpierw przepieram polarki do pieluch Jula, potem idę gotować obiad dla nas lub zupki dla Julasa, potem siadam do kolacji połączonej z pisaniem posta, filmem lub plasteliną - i w końcu zapominam;p
Podobnie jest z książkami, odświeżaniem wiedzy zawodowej, segregowaniem zdjęć i jeszcze paroma innymi rzeczami.



W duchu same sprzeczności. Zespół afektywny wielobiegunowy. A jeśli coś takiego oficjalnie nie istnieje, to powinno powstać specjalnie dla młodych mam.
Kocham mojego męża, ale non stop czymś mnie wkurza.
Żeby nie zdziadzieć do reszty, co rano układam włosy we w miarę staranny koński ogon lub kok i nakładam na twarz podkład albo chociaż korektor. Patrzę wtedy na siebie w lustrze i w ciągu minuty potrafię płynnie przejść od "jest super" do "wyglądam jak krowie spod ogona, A., że ty się jeszcze ze mną nie rozwiodłeś...".
Moje dzieci kocham przeogromnie. Nie przeszkadza mi to jednak n razy dziennie walczyć z samą sobą, żeby nie wlać Andrzejkowi za kolejne ekscesy. Chwilę później i tak wzruszam się do łez, kiedy Jędrula wręcza mi wymiętolonego liścia i czapeczkę żołędzia, mówiąc: "Mamusiu, właśnie takiego szukałem. To dla ciebie". Albo kiedy zakłada na swój dwuipółletni paluszek moją ślubną obrączkę.
 Raz pękam z dumy, że dzieci nauczyły się czegoś nowego, innym razem zapadam się pod ziemię, bo syn starszy drze się na cały blok z powodu słoika oliwek, który nie stoi już tam, gdzie on go wczoraj postawił albo kiedy kolejny raz domaga się zaśpiewania piosenki, której nie cierpię.
Jednego dnia jestem mistrzem zen - wszystko wali się na głowę, a ja potrafię set razy tłumaczyć, jak narysować kółeczko. Kolejnego z byle powodu rzucam wszystkim, co mi się nawinie i czuję się jak Shrek sfrustrowany nieustanną opieką nad trojaczkami. Codziennie mam całą skalę.
Modlitwa... nawet na mojej linii z Panem Bogiem dominuje temat dzieci. Dwa najczęściej "myślane" zdania to "miej ich w Swojej opiece" i "Daj mi cierpliwość do tego gagatka, bo kiedyś w końcu się doigra". A zwykle oba naraz w tej właśnie kolejności.


Stopy 3-miesięcznego Julka. To zdjęcie przywodzi mi na myśl pro-liferską wpinkę w klapie mojego aptecznego fartucha:)


środa, 15 października 2014

Rany Julek! Pół roku:D

Pół roku! Nie do wiary... mój Juleczek, moja kruszynka, mój mały pomarszczony mopsik ma już pół roku.
 
Z niecałych 3,5kg zrobiło się prawie 8, z 56cm wzrostu - 73cm. W użyciu ubranka, w których Andrzejek CHODZIŁ w pełnym znaczeniu tego słowa. Jul potęgą jest i basta:p Do tego dziś rano temu poważnemu mężczyźnie przebił się drugi ząb.

Dietę konsekwentnie rozszerzamy - w jadłospisie, oprócz maminego mleka na żądanie (ok. 7-8 razy dziennie) króluje zupa marchwiowo-ziemniaczana z kaszą manną. Takiej mikstury Julcio wtrynia już ok. 50ml na porcję, a czasem chce jeszcze.
Od wczoraj zaczęłam też wprowadzać dynię, ale na razie nie może się do niej przekona, więc daję ją osobno przed zupką.
Ponieważ Julek jeszcze nie siada (a ja go nie sadzam), posiłki podaję mu nadal w formie papki.
Myślę jednak, że jeszcze miesiąc, a zastanowimy się nad jakimiś małymi grudkami. BLW odkładam do momentu, aż mały będzie pewnie trzymał się w pozycji siedzącej bez podparcia.

Ponieważ Julo ostatnio bardzo się wydłużył, a mało przybrał i trochę zbladł, pani doktor zleciła morfologię. Hemoglobina wyszła na dole normy i tak z dodatków do diety doszło nam żelazo - mam dawać Julkowi saszetkę Actiferolu po 7mg co drugi dzień - i po trzech miesiącach powtórzyć morfologię. Czekamy też na wynik kontrolnego badania TSH i hormonów tarczycy, ale jestem dobrej myśli.

A tak w ogóle to miesiąc szósty ogłaszam Miesiącem Rewolucji:

Spacerówka.
Zupka.
Zęby.
Pieluchy wielorazowe.
Pełzanie.
Turlanie.
Raczkowanie?

O przesiadce do nowego siedziska już pisałam (klik). Niestety - mus to mus, w gondoli Julo nie miał już gdzie podziać kończyn:/

Co do zupy, nie będę się powtarzać (o pierwszej zupce - tu), ani pisać więcej osobnych postów tylko i wyłącznie o rozszerzaniu diety. Jest fajnie, mały wsuwa łyżeczką. Ba, najchętniej wsuwałby razem z łyżeczką. Chociaż wczoraj mi pluł, ale poczytuję to sobie za komplement, bo z braku ekowarzyw podałam Julkowi ulubiony słoik jego starszego brata: ziemniaczki z młodą marchewką Hipp. Czyli mamina kuchnia wymiata:D

 Zęby - idą spokojnie. Wieczorem Julo trochę kwęka, ale smaruję dziąsło Dentinoxem i mały momentalnie zasypia.
Jak dotąd ząbkowanie nie przeszkadza mu w spaniu - nadal przesypia całe noce.

Pieluchy? Mój nowy konik. Świetna sprawa. Julek chyba nie widzi różnicy między nimi a pampersami. Pełna akceptacja i pełna współpraca.

Pełzanie. Taaak, po pierworodnym, który zaczął pełzać zanim skończył 4 miechy, wyczekiwałam niecierpliwie kolejnego małego żołnierza w domu. I Julek pełzać zaczął, ale chyba mu się nie spodobało. Przepełznie powoli metr, góra półtora, i kombinuje z innymi sposobami zmiany lokalizacji.

Turlanie. Choć Julo z pleców na brzuch i odwrotnie przetacza się już od dawna, dopiero kilka dni temu wpadł na to, że w ten sposób można się przemieszczać. Ale kiedy już spróbował, czołganie się odeszło w zapomnienie.

Raczkowanie. Najnowszy hit. Julo staje na czworaka, buja się, umie z tej pozycji podnieść na moment jedną rękę albo odrobinę przesunąć do przodu jedną nogę. Ale próby połączenia tego w jakąś spójną całość jak na razie kończą się ucałowaniem ziemi (czyt. materaca lub maty)

 W julczynym gadaniu chwilowo epokowych postępów brak. Gaworzenie (ma-ma, ba-ba, da-da) zdarza się sporadycznie. Zwykle są ciągi przypadkowych sylab i stare dobre głużenie.

Manualnie Julek chyba radzi sobie nieźle. Nie bije jeszcze braw ani nie robi "papa", ale potrafi już trzymać w łapkach dwie zabawki jednocześnie i obie naraz pakować do buzi. Obraca w dłoniach zarówno sporą piłkę jak i spinacz do bielizny, umie złapać w piąstkę zakrętkę od Dentinoxu. Ulubioną zabawką są jednak worki foliowe. Im bardziej szeleszczące tym lepsze. I ja mu je (zlinczujcie mnie) do zabawy daję - oczywiście cały czas nadzorując jego poczynania.




Kolejna zabawka? Gadająco-śpiewająco-głaszcząco-poruszająca się z funkcją gryzaka - starszy brat. Oczywiście dopóki się nie wkurzy, że Julek zaślinił mu trzecie skarpetki;p A tak poważnie - Juluś jest w Andrzejka wpatrzony jak w obrazek i to właśnie Jędruś najlepiej skupia uwagę małego wierciocha podczas czynności higienicznych wymagających chwilowego bezruchu. No i nic nie wywołuje takich salw śmiechu jak "wlazł koootek na płoootek po żejdziii/naaajadł się kiełbaaasy i śmiejdziii"

Rozwój emocjonalny też postępuje w najlepsze - chyba mamy początek lęku separacyjnego, bo Julo bardzo nie lubi zostawać sam - zaraz głośno żali się na swój los. Równie głośno protestuje, kiedy zabierze mu się coś, co akurat międli w paszczy. Na szczęście jednak nie rozpamiętuje straty i łatwo pocieszyć go dozwoloną zabawką.
Mimo tych drobnych zmian Julcio pozostaje najpogodniejszym i najbardziej spragnionym czułości niemowlakiem jakiego w życiu widziałam.

A w miesiącu kolejnym: następne szczepienia, rehabilitacja (i być może - oby - powrót do chusty) i kto wie, może jakieś małe raczkowanko:)


Z lewej - 3 tygodnie. Z prawej wczorajsze:)




niedziela, 12 października 2014

Prezent na pół roczku

Miałam taką jedną fanaberię, z którą wiązał się duży wydatek. Trzeba było tylko znaleźć jakąś godną okazję. Okazała się nią zbliżająca się wielkimi krokami pierwsza "półrocznica" mojego młodszego syna.
Nie lubię rozstawać się z kilkoma stówkami naraz, ale tu, oprócz wizji przyszłych korzyści zdrowotno-środowiskowych, doszła też wizja rychłego zwrotu poniesionych wydatków, a nawet oszczędności.

Tak oto, choć półrocznica właściwa dopiero pojutrze, my prezent użytkujemy już od przeszło tygodnia:)

A co to takiego?

Pieluchy:)

Ooo takie:

A teraz Wam opowiem, jak to właściwie było.

Decyzję, że chciałabym pieluchować wielorazowo, podjęłam już dawno - jeszcze przy Jędrusiu, ale nie miałam błogosławieństwa męża. Kiedy mąż się zgodził, skakałam z radości.

Bity tydzień poświęciłam na przekopywanie sieci w poszukiwaniu rad, porad, plusów, minusów - przestudiowałam nawet wątek o pieluszkowych kryzysach i o tym, jak nawet zaprawione "wielomamy" mają serdecznie dość. Pod wpływem tego właśnie wątku napisałam posta "Wielorazowo mi(?)" - i dostałam to, czego potrzebowałam: wsparcie i konkretne porady od doświadczonej w tej kwestii Oli Uru.
Olu - dzięki wielkie raz jeszcze:D

Potem zaczęłam poszukiwać marki. Kusiły mnie pieluszki marek Milovia i Babyetta, ale na sam widok cen zabolało mnie konto w banku.
Stanęło na sklepie Pupus.pl - to nie jest reklama.
Przetrząsnąwszy stronę na dziesiątą stronę, postanowiłam wziąć na próbę zestaw "Otul mnie" i wybrałam sobie otulacze - dwa PUL-owe z podwójną gumką przy nóżkach, jeden PUL z pojedynczą gumką i jeden minky.
Przesyłkę dostałam... nazajutrz.
Pieluszki okazały się ładne i starannie uszyte.

Która ładniejsza?

Darowałam nawet sklepowi, że pomylił się i przysłał mi trzy otulacze z podwójnymi gumkami. A niech będzie.

Na początku przerażała mnie ilość napek. Czy ja w ogóle będę w stanie to pozapinać?
Poćwiczyłam na miśku i szybko nabrałam wprawy.




Następnego dnia trzy razy wypłukałam wkładki a raz otulacze - strasznie jechały chemią. Kupiłam też wiaderko na brudy i olejek lawendowy do tegoż.
Jeszcze tylko kilka płukań wkładek... i zebraliśmy się na odwagę. A właściwie to ja się zebrałam, bo mój mąż nadal się zbiera;p

Spostrzeżenia pieluchowej świeżynki?
Proszę bardzo:)

Nic mi jak dotąd nie przeciekło. Nawet kupa gigant. W pampie Julo pewnie miałby ją na szyi, ale gumki otulacza dały radę.

Łatwo się je czyści.  Wspomniana już kupa z otulacza spłukała się pod bieżącą wodą. Wiadomo - wyprałam go, ale po samym płukaniu nie było już nic widać. Mikropolarek (wkładka "sucha pupa") wystarczyło potraktować odrobiną Loveli.

Pieluchy schną w okamgnieniu. U mnie po wywirowaniu w 700 obr/min. wkłady chłonne (mikrofibra+mikropolar) potrzebowały ok. 3-4 godzin, podobnie otulacze PUL, wkładkom "sucha pupa" wystarczyła niecała godzina. Nieco zawiódł mnie tu nasz najpiękniejszy i najmilszy otulacz minky - on potrzebował na wyschnięcie całego popołudnia i nocy. Buuu, nie kupię takich więcej.

Chłonność jest nieco mniejsza niż w pampersach. Przy braku kupy muszę zmieniać co ok. 2 godziny. Co ciekawe - choć taka zasiusiana pielucha waży naprawdę sporo, dzięki mikropolarkowi Juluś ma sucho.

Jak dotąd przewrażliwiona pupa Julka reaguje nieźle. Przez pierwsze dwa dni była trochę zaczerwieniona, ale to chyba dlatego, że musiała przyzwyczaić się do braku kremu. Teraz jest już jak pupa niemowlaka:)
W pampku po dwóch godzinach bez kremu byłby już ogień i bąble.

Cały mój stosik (4 otulacze, 16 wkładów chłonnych i 10 szmatek z mikropolarku) zajmuje mniej miejsca niż paczka pampersów:) Otulacze i 2-3 zapasowe wkłady owinięte mikropolarkiem trzymam w organizerze przy łóżeczku. Pozostałe wkłady - w niedużym pudle w szufladzie pod julkowym wyrkiem.

Ułatwienie dla tatusia - wkłady owinięte "suchą pupą" gotowe do wpakowania w (również zmniejszony napkami przeze mnie) otulacz

Pranie - łatwizna. 
Nam wypada co dwa dni.
Najpierw płuczę same pieluchy, a potem dorzucam ubrania chłopców lub własne i piorę w płynie Lovela programem do bawełny z praniem wstępnym w 40st i przy 700obr/min. Do komory na płyn do płukania wkapuję 2 kropelki olejku dla odkażenia i zapachu.

Grubsze brudy zapieram od razu, cieńsze czekają w zamkniętym wiadrze wyłożonym workiem z kropelką olejku. O dziwo - tak potraktowane zużyte pieluszki nie wonieją.

I, co najważniejsze, wygląda na to, że Julciowi jest wygodnie. Raz trochę odcisnęły mu się gumki, ale teraz już umiem je układać i nie narzeka. Ruchów pielucha mu nie krępuje - zmian mobilności w każdym razie nie widać:)
Ponieważ jednak pupa nieco urosła, w garderobie synka pojawiły się już bodziaki i spodenki w rozmiarze 80 - w jednorazówce nadal swobodnie mieści się w 74, a nawet w "duże 68".

Teraz już umiem zakładać je ładniej:)

Wiecie co?
Wkręciłam się:) 
Jedzie już do mnie kolejny otulacz (bo ten z minky po wypraniu za długo schnie i muszę mieć jeszcze jeden bardziej "dyspozycyjny") i po kilka dodatkowych wkładów chłonnych i "suchych pup". Po tym uzupełnieniu mój stosik będzie już całkowicie zadowalający i jeśli nic się nie popsuje (albo jeśli coś nie wpadnie mi w charakterze prezentu) - raczej nie będę go powiększać.
No, chyba, że zechce mi się eksperymentu z kieszonkami i formowankami (halo, producenci pieluszek, tu jestem, chętnie przetestuję;p), ale na razie jestem zadowolona z otulaczy i dumna z siebie:)

Póki co, pieluchy wielorazowe zakładam jednak tylko na dzień i to "po domu" - nie odważyłam się jeszcze wkładać ich na spacer ani tym bardziej na noc. Juluś noce przesypia w całości, te wkłady jednak tyle by nie wytrzymały - a nam się zwyczajnie nie chce wstawać tylko po to, by przebierać małego. Na noc i na wyjścia nadal jest więc pampers.
Zobaczymy jednak - może kiedy wprawię się bardziej, pampy zostawimy sobie tylko w razie biegunki.

A na koniec zadowolony użytkownik:)






piątek, 10 października 2014

Chwalenie się cudzymi sukcesami

Rano.
No dobra, po 10. rano. Jędruś zabawia Julka w łóżeczku, mąż się myje - błogi spokój.
Korzystam - dopijam herbatę, dopieszczając dla Was posta o tym, że wcale nie jestem taka leniwa i niezdecydowana, jak mi się dotąd wydawało;p aż tu nagle rozlega się podekscytowany głosik Andrzejka:

Mamo, Tato popatscie! Julian się buuuja.

Odwróciłam się, patrzę i oczom nie wierzę - faktycznie:) Post o kolorowych wdziankach na julczyną dupkę poczeka.
A po całym dniu polowania z kamerką (i poobcinaniu filmu tak, by usunąć niewybredne żarty mojego małżonka) - z dumą przedstawiam dowód rzeczowy:D



wtorek, 7 października 2014

Jędruś cyklista - recenzja drewnianego rowerka biegowego

Pamiętacie może, jakiś czas temu wspominałam, że będziemy testować rowerek biegowy.
W ramach programu TESTERO, firma Caretero przesłała nam rowerek biegowy swojej marki Toyz.
Jesteśmy już po okresie testowym i możemy przedstawić Wam nasze wnioski.
A zatem:

1.Przedmiot testów:
Źródło
Drewniany rowerek biegowy
TOYZ VELO.

Opis producenta:
Drewniany rowerek biegowy Velo to znakomite rozwiązanie dla rodziców ceniących nie tylko aktywną zabawę, ale również elegancki, klasyczny wygląd i kolory. Rowerek Velo dla większego komfortu małych kolarzy wyposażony jest w koła z pompowanymi, gumowymi oponami.
Co zyskujesz wybierając drewniany rowerek biegowy Velo dla Twojego dziecka?

  • wysoki komfort jazdy nawet po nierównej powierzchni zapewniany przez pompowane koła rowerka biegowego
  • świetną zabawę i doznania estetyczne za sprawą klasycznego, eleganckiego projektu ramy
  • łatwe i bezpieczne manewrowanie rowerkiem biegowym zapewnia skrętna kierownica
  • wygodne dopasowanie wysokości rowerka do wzrostu dziecka poprzez regulację wysokości siodełka
  • długowieczność produktu – rowerek wykonany jest z wysokiej jakości materiałów
  • gwarancję bezpieczeństwa – rowerek posiada wszystkie niezbędne europejskie certyfikaty
  • jasną instrukcję i prosty montaż – rowerek złożysz w krótkim czasie
Drewniany rowerek biegowy Velo przeznaczony jest dla dzieci w wieku od 3 do 6 lat.
 Dane techniczne:


Przedział wiekowy 3 – 6 lat
Dostępne kolory Aqua, Green, Blue, Red, Purple
Wymiary dł. 90 cm / szer. 37 cm / wys. 56 cm
Waga 3,6 kg
Limit wagowy max. do 30 kg
Koła pompowane 12″ / szer. opony 4 cm
Siodełko regulacja 34,5-40cm
Wymiary opakowania 58x33x17 cm

2. Testujący

Przedmiot naszych testów przeznaczono dla dzieci powyżej 3 lat. Gdy zatem testujący ma lat dwa
i pół
, a na dodatek jest drobnej postury (12kg wagi i jakieś 91-92cm wzrostu), musi wykazać się zapałem, sprytem, siłą, zwinnością i odwagą. Na szczęście - akurat tych cech Andrzejkowi odmówić nie sposób;p


Kluczową sprawą była tu wysokość siodełka. W przypadku Velo, w najniższym położeniu znajduje się ono 34,5cm nad ziemią. Optymalnie jest wtedy, kiedy dziecko, stojąc na rowerku, ma lekko przygięte kolana. U nas tak nie jest - Jędruś (którego nóżki od podeszwy buta do kroku spodni mierzą 36,5cm) stoi na nim całkowicie wyprostowany. Dla niego jest to więc rowerek "przyszłościowy"

3. Przebieg testów

Dzień pierwszy: Przyjechała przesyłka.



Rowerek był skręcony tylko częściowo, a mojego męża nie było wtedy w domu. Na szczęście do rowerka dołączone są zarówno wszystkie śrubki, jak i "śrubokręty".



Początkowo zapomniałam o błotniku, ale szybko się poprawiłam:P


Jest też instrukcja  - wystarczająco jasna, by z montażem poradziła sobie mało rozgarnięta technicznie mama.

Tu jedna uwaga: śrubki na "korpusie" rowerka były dokręcone tak "na słowo honoru" - wszystkie wymagały poprawki. Poza tym wykonanie bez zarzutu - wszystko dopasowane, wygładzone jak trzeba i starannie pomalowane.

Pierwszego dnia odbyła się również pierwsza przejażdżka po domu. Ponieważ Jędruś wcześniej z tego typu pojazdem miał do czynienia w marcu i to jedynie przez chwilę, ta pierwsza próba była dość chwiejna. Około 10-15 minut zajęło Andrzejkowi opanowanie roweru między nogami, a jakieś drugie tyle - pojęcie do czego służy kierownica.

Kolejne dni:
Po zakupie kasku zaczęliśmy wychodzić z rowerkiem na spacery. Zaczęło się nieśmiało - od nauki tuptania, manewrowania, wsiadania i zsiadania. Na szczęście rowerek jest na tyle lekki, że moje drobne dziecko daje sobie z nim radę:



Na spacerach Jędruś często spotykał większe dzieci szalejące na rowerkach biegowych i próbował powtórzyć ich wyczyny.
Niestety - ograniczeniem okazała się tu długość jego nóżek - zwyczajnie brakuje jej do zahamowania z większej prędkości.


Poza tym za krótkie nóżki znajdują się dość blisko rowerka i czasem zdarzy się zahaczyć o  deskę, na której umocowane jest siodełko. Może to dlatego każdy jak dotąd akt ułańskiej fantazji kończył się upadkiem.

 Na chwilę obecną Andrzejek zadowala się więc dość spokojnym tuptaniem i niewielkimi popisami od czasu do czasu. Odkąd spuścił z tonu, nie wywrócił się ani raz. Teraz możemy bezpiecznie spacerować dowolnie długo. A na szaleństwa przyjdzie czas wiosną, kiedy Jędruś będzie nieco wyższy - wtedy już na pewno naprawię szkody poczynione przez babcię i nie odpuszczę mu kasku;p



Mam też małą uwagę dotyczącą prowadzenia, która dotyczy chyba wszystkich rowerków drewnianych - kierownica dość mało wychyla się na boki. Zmniejsza to zwrotność rowerka, Jędruś jednak radzi sobie z tym:



A teraz podsumowanie.
Plusy:
  • łatwy montaż
  • staranne wykonanie - dobre dopasowanie elementów
  • wydaje się dobrze wyważony - kiedy Jędruś nie szarżuje zanadto, rowerek jedzie prosto i nie zbacza z kursu
  • dobre, przyczepne koła
  • Wygląd. Prosty, niewydziwiany kształt. No i nasz kolor - "Aqua" - bardzo przypadł do gustu nie tylko Jędrusiowi, ale i jego mamie:) Unisex;p
  • wygodne, miękkie "rączki" kierownicy.
  •  trwała farba. Rowerek przechowujemy w wózkowni, zaliczył kilka spotkań z asfaltem, a ma tylko jedno niewielkie otarcie.
  • dość lekki - mój syn bez problemu zbiera go z ziemi po upadku, potrafi go nawet kawałek nieść
  • uchwyt do przenoszenia - wygodny dla dorosłego opiekuna
  • cena i stosunek ceny do jakości
Minusy:
  • dla nas odrobinę za wysoki. Powiedziałabym, że minimalny wzrost dziecka to 95-100cm
  • mała ruchomość kierownicy, co zmniejsza zwrotność.
  • brak regulacji wysokości kierownicy - ale to urok wszystkich drewnianych rowerków
  • brak hamulca ręcznego - skoro ma służyć sześciolatkowi...
  • Niestety - wykonany w Chinach... Nie jest to dla mnie powód, by zdyskwalifikować go na starcie, ale wolałabym dać zarobić tylko Polakom.
  • nie wiem, czym został pomalowany. Może stąd dopuszczenie powyżej trzeciego roku życia... no ale atesty ma, a trzylatki raczej nie jadają rowerków, więc nie czepiajmy się;p Z uwagi na niemowlaka w domu, przechowuję go jednak w wózkowni.
Choć jest to recenzja produktu otrzymanego w ramach współpracy z producentem, po umówionych trzech tygodniach testu nie mogę ani szczerze napisać peanu na jego cześć, ani też spisać go na straty - Velo to dobry rowerek, ale akurat dla Andrzejka wybrałabym inny - niższy, z regulacją wysokości kierownicy. Tym bardziej, że za rok, najdalej dwa, Jędruś przesiądzie się na "prawdziwy" rower z pedałami. Nawet taka drobina jak on raczej nie pojeździłaby na tym sprzęcie do szóstych urodzin.

Gdybym miała przyznać gwiazdki (1-5), sytuacja przedstawiałaby się następująco:

WYGLĄD
Projekt i staranność wykonania dla mnie bez zarzutu. A ten morski kolor jest jednym z moich ulubionych:)
Moja ocena: 5/5

FUNKCJONALNOŚĆ
Na pewno nie dla sześciolatka - za mała zwrotność, brak hamulca ręcznego, nieregulowana wysokość kierownicy, za nisko położone (nawet w najwyższym ustawieniu) siodełko.
Dla trzy- lub czterolatka czwórka z plusem. Przy większej zwrotności byłaby 5.
Moja ocena: 4/5

BEZPIECZEŃSTWO
Trudno oceniać bezpieczeństwo czegoś, co pozwala maluchowi osiągać naprawdę spore prędkości.
Ten rower wydaje się dobrze wyważony i "słucha" prowadzącego. Przy kilku upadkach z prędkości średnio szybkiego biegu dorosłej osoby najcięższym urazem u Jędrusia było zdarte kolano i siniak od uderzenia nogą o obudowę. Przy późniejszej ostrożnej jeździe obrażeń brak.
Moja ocena: 5/5

WYGODA
To też kwestia względna - sześciolatek na pewno by narzekał, że mu nisko. Mojemu synkowi pewnie na wiosnę będzie idealnie. Poza tym - siodełko miękkie, rączki kierownicy przyjemne w dotyku, dobrej jakości koła, wyważony stelaż - czego chcieć jeszcze:)
Moja ocena: 5/5



By recenzja była uczciwa, muszę przyznać, że chciałam odesłać Velo, ale... moje dziecko zrobiło scenę pt.: "Mamusiu, nie zabiejaj mi mojego jowejkaaa!!! Łeee!!!"
Zabrałam nawet Andrzejka do sklepu i posadziłam na niższym rowerku - i od razu Jędruś radził sobie dużo lepiej.
Nie pomogło - on chce tylko swój i już.

Tak więc opinia Głównego Testującego przeważyła. Velo u nas zostaje i pewnie jeszcze nieraz pojawi się w naszych filmikach i zdjęciach. A potem przejdzie na Julka, który zapowiada się na wysokiego chłopa;p


poniedziałek, 6 października 2014

Maminsynek

W maju żaliłam się, że po powrocie ze szpitala Andrzejek zrobił się "tatusiowy" a ja poszłam w odstawkę.

Od jakiegoś czasu jest na odwrót.
Na nocnik - z mamą.
Śniadanie, obiad, kolacja - z mamą.
Spacery - a ty, mamusiu, tez idzies?
Spanie - mama musi siedzieć nieruchomo w zasięgu wzroku aż Jędruś zaśnie. I nie musi nic robić - tylko być.
Uderzy się albo skądś spadnie - mama musi być. Podmuchać, pociumać, czasem psiknąć "magicznym psikaczem" (Octenisept).
Zaczął nawet, czego nigdy wcześniej nie robił, wtryniać nam się rano do łóżka i wtulać się we mnie. Nie protestuję i leżymy sobie tak jeszcze dłuższą chwilę.
Mamusiu, ja ciebie tak baaajdzo kocham. A ty mnie tez? - wyznaje mi w najdziwniejszych momentach np. podczas obierania ziemniaków na obiad.

Tuż przed północą Jędruś obudził się z płaczem.
Poszedł do niego mąż. Pogłaskał, zaproponował picie, kocyk, maskotkę do przytulenia, a w odpowiedzi usłyszał: "Idź stąd. I zawołaj mamę".
Gdy tatuś ociągał się z wyjściem, oberwał od Andrzejka pluszowym Kubusiem Puchatkiem, którego przed chwilą mu dał.

Mama przyszła, usiadła na kanapie jak zwykle od paru tygodni.
Histeria momentalnie ustała.
Mama upewniła się, że dziecko śpi, wychodzi.
Ledwo wystawiła z pokoju jedną stopę - Mamusiu, miałaś zostać az zasnę!!! I znów płacz.
Wyjść udało mi się jakiś kwadrans temu.

Teraz mąż zapowiada akcję odklejania Jędrusia od mamusi - ma zasypiać sam jak dawniej, więcej sam się bawić, na spacery będą chodzić beze mnie.

Fakt, taki mały rzep bywa uciążliwy, znacząco utrudnia organizację dnia zwłaszcza kiedy zostajemy sami, ale próbuję to przeczekać, bo widzę, że to idzie falami. Raz w łaskach jest mama, innym razem tatuś, kiedy indziej któraś z babć, a są i okresy, kiedy Jędruś z trudem toleruje kogokolwiek.
Mąż chce jednak działać stanowczo.

Nie chciałabym tresować Andrzejka, boję się, że przyniesie to więcej szkody niż pożytku.
Tyle trudu włożyłam w zbudowanie dobrej relacji między braćmi. Po co teraz dzielić się na obóz "Tata+Jędruś" i obóz "Mama+Julek"?

A jak to wygląda u Was?


niedziela, 5 października 2014

Przeżyjmy to jeszcze raz: ząbkowanie

Około dwa lata temu Jędruś po raz pierwszy od pamiętnych prób co-sleepingu nie dał nam spać w nocy. Raz, drugi, trzeci... do dzikich wrzasków doszła niewysoka gorączka, lejący katar po pas i biegunka. I tak przez tydzień aż do wynurzenia się lewej dolnej jedynki.

Jakieś dwa dni odpoczynku i dawaj nazad, kolejny tydzień z życia - tym razem do wyjścia prawej dolnej jedynki.

W tym czasie przerobiliśmy gryzaki, żele na ząbkowanie, szczoteczki na palec, masaże dziąsełek, cuda na kiju.
A co pomagało?

Na chwilkę zamrożona gotowana marchewka.
No i nasz hit, najlepszy gryzak wszechczasów - noga stołu.

Dwa miesiące później Andrzejkowi znów spuchły dziąsła. Drżałam na samą myśl, bo szły naraz wszystkie dwójki i obie górne jedynki. O dziwo - drżałam zupełnie niepotrzebnie. Zęby bowiem po prostu wyszły nie powodując żadnych dolegliwości.

Nie można tego powiedzieć, niestety, o czwórkach. Te wyrzynały się, na szczęście z przerwami - ponad pół roku. Jeden "rzut" potrafił trwać tydzień, potem ze dwa tygodnie względnego spokoju i znów ostra jazda bez trzymanki, nieraz nawet noga od stołu nie dawała rady.

Trójki - tyyyle legend o tych kłach krąży, a ja w zasadzie nawet nie pamiętam, kiedy się pokazały u Jędrusia. Musiałabym sprawdzić na blogu;p

Trochę więcej kłopotów było z piątkami. Szły jak krew z nosa - przez parę miesięcy młody miał na dziąsłach bąble jak po jakichś użądleniach - by ostatecznie wyrżnąć się niemal w całości w ciągu jednej nocy.

Bywało ciężko, ale na szczęście Jędruś ma to już za sobą.

Tymczasem pora na Julasa.
O ząbkowanie podejrzewam go już od dawna - już w czwartym miesiącu podpuchły mu dziąsełka, a Julo przez parę dni był marudny i pokochał gryzaki. Ostatecznie jednak zły humor minął, a ja zapomniałam o sprawie aż do zeszłego poniedziałku, kiedy to podczas badania przed szczepieniem lekarka zauważyła dziurkę na dziąśle mojego synka.

Nastawiałam się na płacze, na koniec spania w nocy... a tu nic. Apetyt tylko mniejszy, ale dzieć uśmiechnięty jak zawsze. A od wczoraj - uśmiechnięty kawałkiem lewej dolnej jedynki i białą kreseczką w miejscu prawej.
Bez żeli, mrożonych marchewek i obgryzania mebli, bez cyrków na całe osiedle.

Brawo, Julek, oby tak dalej:)


piątek, 3 października 2014

U Julasa na talerzu: Pierwsza Zupka

Andrzejka przez pierwszy (nieco ponad) rok żywiliśmy gotowymi daniami ze słoiczków. Daruję sobie podliczanie ile, mimo nieustannego szukania promocji, na nie wydaliśmy, bo na samą myśl zaczyna mnie boleć moja skąpa głowa. Ale wtedy myślałam, że robię najlepiej jak tylko można, bo daję dziecku jedzenie przebadane, ekologicznie czyste, odpowiednio zbilansowane, bla bla bla...

Tymczasem okazało się, że wychowałam niejadka - kiedy przyszło przestawić Jędrusia na jedzenie domowe, ten z całą stanowczością odmawia współpracy. Do dziś na widok słoików (czasem kupujemy np. na podróż) mojemu dwuipółlatkowi (!!!) aż świecą się oczy. Ze słoika zje absolutnie każde, nawet najbardziej świńskie żarcie - pod warunkiem, że nie próbuję go przechytrzyć, upychając domowy obiad w jakimś ocalałym ze starych czasów słoiku.

Julka postanowiłam karmić sama - własnopierśnie wytworzonym mlekiem i własnoręcznie wytworzonym jedzeniem.
Początkowo zakładałam, że od początku będziemy rozszerzać dietę metodą BLW, ale mały jeszcze sam nie siedzi, a z oparciem - choć wiem już, że potrafi - wolę go nie sadzać. Niech sam do tego dojdzie, a wtedy BLW będzie nasze;)

Na razie, uzyskawszy błogosławieństwo pediatry i alergologa, zaczynamy więc od papki podawanej w foteliku.

Na pierwszy ogień - marchewka.

Przyznam, że początkowo byłam gotowa dawać dziecku zupki z jarzyn ze straganu. Chciałam tylko poczekać, aż skończy te pół roku. Usłyszawszy jednak o moich ambitnych planach, mama męża zdobyła dla nas ekomarchewkę - i tym sposobem zaczęliśmy już dziś.

Wzięłam więc dwie takie mini-marcheweczki, pokroiłam, wrzuciłam do ok. 100ml podgrzanej do wrzenia niegazowanej "Cisowianki", gotowałam do miękkości, dodałam pół łyżeczki oleju rzepakowego, przestudziłam i... okazało się, że nasz blender nie obsługuje takich mikroilości.
Bity kwadrans zajęło mi przetarcie tego kulinarnego cudu przez sitko. A drugie tyle sprzątanie tego, co w tym czasie zmalowało moje starsze dziecię.
Muszę zainwestować w malutkie słoiczki. Będę gotować więcej i pasteryzować.

Wracając do marchewki - kiedy już ją przetarłam, ugotowałam kleik z kaszy manny.
Do miseczki nałożyłam 2 łyżeczki od herbaty jeszcze ciepłej papki marchewkowej, pół łyżeczki rozgotowanej manny i pół łyżeczki kaszki kukurydzianej Nestle. Po połączeniu składników konsystencja była mniej więcej taka, jak tej "słoiczkowanej" marchewki.

Do obiadku - dodatki: witamina B6 (nieuwieczniona - pół tabletki rozwałkowanej na proszek) probiotyk, i witamina D3. Tę pierwszą z konieczności wsypałam do całości porcji, dwie ostatnie dobroci dodawałam na łyżeczkę bezpośrednio przed podaniem do paszczy.

A paszcza otwierała się na sam widok, a potem narzekała, że mało.
Dla takiego smakosza to ja mogę i cały dzień przy garach stać:D
Oczywiście jeśli ktoś w tym czasie przypilnowałby mi Jędrusia;p


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...