piątek, 5 sierpnia 2016

Zawód

Buju buju, mały Zbóju :p
Witajcie po kolejnej długiej przerwie. Melduję się z Krosna, gdzie jestem już od tygodnia.

Muszę przyznać, że bardzo, bardzo brakowało mi niewidzianych od lutego rodzinnych stron.
Łapiemy więc słoneczne promienie w ogrodzie, Jędrek bawi się w męża i żonę z rok starszą sąsiadką, Julo dzięki dziadkowi coraz mniej boi się jazdy na biegówce i coraz lepiej sobie radzi, zapuszczamy się na place zabaw, planujemy wycieczki...
Chcielibyśmy znów jechać do alpakarni, by pokazać ją Julastemu, odwiedzić moją przyjaciółkę i jej córeczkę, które mieszkają w pięknie położonym miejscu, podjechać do gospodarstwa agroturystycznego prowadzonego przez naszą znajomą, która hoduje kozy i produkuje kozie sery...

Poznałam też osobiście kilka krośnieńskich chustomam znanych mi do tej pory tylko z forum. Przemiłe dziewczyny, już planujemy kolejne spotkanie.

Jednak największą zmianą dla mnie jest to, że... PAM PAM PARAM!!! Pracuję. Tak, przyjechałam na wakacje pracować.
W aptece.
W zawodzie.
Dowiedziałam się o tym dwa dni przed przyjazdem do Krosna - mama umówiła mnie na rozmowę z włąścicielami lokalnej sieci aptek, a oni, choć uczciwie przyznałam sie do 3,5 roku przerwy, postanowili dać mi szansę.
Tak oto od poniedziałku pracuję na niecałe pół etatu w sympatycznej aptece 5 minut piechotą od domu. Wszyscy są dla mnie wyrozumiali, dopingują i chwalą, choć przez pierwsze trzy dni uczyłam się rozkładu apteki (rozkładając towar) i odwalałam biurokrację, a na stanięcie samodzielnie przy okienku odważyłam się dopiero wczoraj. Dziś już obsługiwałam przez większość zmiany i, choć widzę, że wyraźnie odstaję tempem od koleżanek, czuję, jak stopniowo wraca do mnie radość z tej pracy.
Proszę o modlitwę/kciuki, bo nadal zjada mnie trema.

Pozdrawiam słonecznie :)


Już się nie boi :) Nie jest może mistrzem szybkości, ale potrafi nawet tyłem zjechać z górki

Na chustosabat czas ruszać :) Zasnęła zanim wyszłyśmy z ogrodu :)

siódmy ząb w natarciu:)

czwartek, 21 lipca 2016

Martusia 10/10 :)

I znów jestem spóźniona. Przy chłopakach nie do pomyślenia - blog był dla mnie formą relaksu. Teraz też jest, tylko rzadziej mogę sobie na ten relaks pozwolić.
Na dodatek jeszcze nie pojechaliśmy do Krosna. Zatrzymała nas praca męża i czas ŚDM będziemy musieli przebiedować w Krakowie. Całe szczęście, że nie w epicentrum, ale jednak. Ale nic to, ad rem.

18 lipca mojej Martusi stuknęło 10 miesięcy. Ma jakieś 74-75cm wzrostu, ciuch nosi nadal na 74 (body) i 80/86 (spodnie), waży szalone 8300. Butów nie nosi, ale pasowałby jej rozmiar 19/20.

Rehabilitacja jest jej niepotrzebna. Na kolejne spotkanie mam się umówić, kiedy zacznie sama chodzić lub jeśli nie zacznie przed skończeniem półtora roku.
Szczepienia znów do tyłu, bo Tunia zaliczyła dwa katary, a ja zasmarkańców szczepić nie pozwalam.
Wyszedł szósty ząb - druga z górnych dwójek - i na razie zapanował spokój.
Rosną jej włosy! W dziennym świetle są słabo widoczne, ale w sztucznym są... marchewkowe :)
Ruda Marta? Czemu nie, brzmi fajnie.

Z jedzeniem po wizycie u neurologopedy drgnęło. Grudki nadal są be i fuj, ale całkowicie gładkiej papki Marta zjada już prawie cały duży słoik. W piątek kontrola i się okaże - idziemy na zabieg, czy też nie.

Ruchowo jest książkowo. Martusia łazi sobie przy meblach, tyłem schodzi z kanapy, coraz śmielej
poczyna sobie przy pchaczu. Bez podpórki ustoi maksymalnie 2-3 sekundy. Za ręce jej nie prowadzamy.

Martula w sali zabaw

Szlifuje sobie też córa chwyt pęsetowy i uwielbia bawić się w piaskownicy. Najchętniej nabiera sobie garść piachu, otwiera dłoń i obserwuje, jak piasek przesypuje się między jej paluszkami.




Gada całkiem nieźle. Wyłapałam całkiem sporo świadomych słów, często łączonych z gestami. Mama, tata, baba, lala, jaja (przyp. red. jednak miałam rację, to oznacza obu jej braci),am, to (oznacza to,co Marta w danej chwili pokazuje rączką).

Martusia zaczęła ostatnio wskazywać interesujące ją przedmioty. Nie umie jeszcze precyzyjnie zrobić tego palcem wskazującym, więc próbuje inaczej - całą dłonią, ruchem głowy lub dowolnym palcem, jeśli chodzi o coś małego. Zapytana, potrafi wskazać oko i nos swojej ulubionej lalki. Czasem pokaże też pieska - ale tylko na jednym, konkretnym obrazku. Zaczęła też głaskać i przytulać zabawki. Najczęściej swoją lalę, ale koparce Jędrusia też już się zdarzyło zostać obiektem czułości.
Nas też oczywiście kocha. Tuli, głaszcze, szczypie i daje wilgotne buziaki połączone z gryzieniem.
Uwielbia, kiedy ja i mąż tańczymy albo podskakujemy z nią na rękach. Lubi też zwisać głową w dół i być szybko wożoną na jeździku lub okręcaną i w kółko. Materiał na baletnicę albo kosmonautkę ;)

Marta na tatusiu, tatuś na równoważni ;)

Na placu zabaw nad zalewem nowohuckim chłopcy znaleźli takie bujadełko. Sami szybko się znudzili, ale Tusi się podobało :)
 
A następnym razem - już na pewno z Krosna - będzie pewnie o pierwszym martusinym chlapanku w rzece, o raczkowaniu po ogrodzie i, znając życie, o wspinaczce na strych :)

czwartek, 14 lipca 2016

Marta na kozetce: Neurologopeda

Do niedawna nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. A jednak, życie zaskakuje, kazano mi się do takowego udać i to wcale nie z problemami z mową lub wymową. To byłoby zbyt oczywiste.
Mnie posłano tam z powodu problemów z jedzeniem.
Marty jedzeniem.

Mając skierowanie do neurologopedy, obdzwoniłam wszystkie szpitale i przychodnie, które oferują toto na NFZ. Zero terminów na ten rok - a mnie tu prawie 10-miesięczna panna pluje wszystkim, krztusi się już nawet jaglanką i jest coraz gorzej. To co by było za te parę miesięcy?

No to obdzwoniłam prywatnych. Tu jedna z pań zlitowała się nad niemowlakiem i znalazła nam szybki termin.

Totalnie nie wiedziałam, czego się po tej wizycie spodziewać.  Najpierw pani rozsypała po podłodze przeróżne zabawki i poprosiła o puszczenie Tusi na podłogę. Malutka, z początku nieufna, dość szybko się ośmieliła. Najpierw fachowo przekartkowała książeczkę, potem spróbowała powrzucać klocki do sortera, ale nie poradziła sobie z dopasowaniem kształtów, a następnie sprawdziła dźwięki wszystkich grzechotek i instrumentów, po odraczkowała na bok z pałeczkami od bębenka i za ich pomocą ulżyła sobie w ząbkowaniu. Cały czas też zaczepiała nas różnymi piskami albo półsłówkami. Pani Kasia cały czas ją obserwowała i powiedziała, że to bardzo inteligentne, dobrze rozwinięte i zsocjalizowane dziecko.

Potem wywiad, który zaczął się od przebiegu ciąży i porodu. Następnie przeszłyśmy przez początki naszego karmienia piersią (KLIK dla przypomnienia).
I tu doznałam olśnienia: TO MOGŁO BYĆ POWIĄZANE.
W końcu dotarłyśmy do rozszerzania diety, które właściwie od początku było pasmem porażek.

Dziesięciomiesięczna konkurentka Anji Rubik
Potem moja demonstracja - wzięłam ze sobą słoik z ulubioną zupką Martuli, krojone owoce, skórkę z chleba i wszystkie nasze łyżeczki.
Owoce jednym zdecydowanym ruchem zostały posłane w kosmos.
Skórka z chleba została użyta do masowania dziąsła w miejscu, gdzie wychodzi dwójka.
Potem pani Kasia kazała mi podać małej papkę najbardziej płaską łyżeczką. Skąd wiedziała, że to jej ulubiona? Martusia zjadła aż pięć łyżeczek i zacisnęła paszczę. Neurologopeda bez podpowiadania wiedziała, że teraz już nic z tego nie będzie.

No i wtedy zaczęła się najbardziej niemiła część. Pani Kasia pokazała mi tak zwany masaż logopedyczny. Najpierw wykonała go sama i wyjaśniła, skąd nasze niepowodzenia: Martusia ma skrócone wędzidełka obu warg (dlatego nie umie zgarnąć górną wargą papki z łyżeczki i już po paru tak się denerwuje) i potężną nadwrażliwość dotykową na podniebieniu  (stąd to krztuszenie się byle grudeczką). Z jednej strony - żal mi dziecka, że ma takie problemy, a z drugiej ulżyło mi, że to JEDNAK NIE MOJA WINA, że to nie jest tak, jak mówi moja teściowa:
   
"trzecie dziecko macie i go karmić nie umiecie"

A gdyby nikt mi nie doradził sprawdzenia (brawo moja pediatra!!!), to pewnie dalej wpędzałabym Martę w nerwicę, nieudolnie próbując ją nakarmić, a siebie w poczucie winy, że mi się nie udaje.

Teraz został jeszcze tylko instruktaż jak dla debila, żebym sama umiała to zrobić 3 razy dziennie. I trzeba przyznać, że to się udało - zrozumiałam :)

Do tego polecenie karmienia malutkiej szpatułką laryngologiczną - mam jej kłaść szpatułkę z jedzeniem na dolnej wardze tak, by zgarniała papkę górną wargą. I pilnować, żeby nie robiła tego dziąsłami i zębami tylko właśnie wargą. O dziwo, właśnie to w praktyce okazuje się najtrudniejsze.

Na te ćwiczenia mamy 10dni. Potem mamy stawić się do kontroli i - jeśli nie będzie poprawy - do chirurga na podcięcie obu wędzidełek. Po tym zabiegu poprawa powinna pojawić się niemal od razu.

No nic, na razie ćwiczymy i chyba coś jakby drgnęło, Marta zjadła dziś ponad pół dużego słoika, choć tylko kilka razy zgarnęła sobie papkę wargą idealnie poprawnie. Ale to już coś.
Trzymajcie kciuki, żeby zabieg okazał się niepotrzebny. Jestem dobrej myśli, ale kciuków nigdy dość.


PS. od naszej neurologopedy dostałam mailem instrukcję naszego masażu. Jeśli ktoś z Was njest zainteresowany, proszę o kontakt prywatny, podeślę :)

niedziela, 10 lipca 2016

Dwa tygodnie do nadrobienia

Jedyny sposób, by ich mieć na jednym zdjęciu - skuć łańcuchami
Strasznie dawno mnie tu nie było.

Częściowo dlatego, że mój laptop, zubożony o trzy klawisze i zawias, wymagał pobytu w sanatorium, a ja nie umiem obsługiwać bloggera z telefonu.

Częściowo zaś dlatego, że od 1 lipca Jędruś nie chodzi już do przedszkola i szaleje, Marta zalicza kolejne upadki, ucząc się poruszania na dwóch (choć tyle, że przy meblach), a Jul z upodobaniem koloruje kredkami ściany i podłogi.
A ponieważ cała trójka jest znacznie efektywniejsza w rozrabianiu niż ja w sprzątaniu, no cóż... nie wyrabiam na zakrętach.


Do tego dochodzi stały element życia rodziny z małymi dziećmi - kontakty z służbą zdrowia. W ubiegłym tygodniu zaliczyłam z całą trójką przychodnię - bo Jul kaszlał z dusznościami, Jędruś miał ZUM, a Marty nie było z kim zostawić, zresztą i tak chciałam wziąć dla niej skierowanie na morfo, bo ostatnio już prawie w ogóle przestała jeść cokolwiek poza mlekiem mamy i wygląda bladawo. Potem Jędrusiowe EEG i neurolog, badania krwi u Marty (oczywiście anemia jak byk), powrót do pediatry, żelazo w syropie do podawania ze strzykawki i sugestia, że być może potrzebujemy pomocy neurologopedy. No więc idziemy we wtorek, mam nadzieję, że dowiem się, dlaczego Martusia gardzi jedzeniem i jak ją "odwrażliwić".

Oprócz tego wszystkiego staramy się też przynajmniej raz dziennie być na placu zabaw, a raz-dwa razy w tygodniu wypuszczać się gdzieś dalej - szwendamy się, ile się da.

Plażing nad zalewem



On nie potrafi się nie ruszać





Tak Julo bawi się na zjeżdżalni


Neurolog nie pozwala zdjąć bocznych kółek :(

A co u młodzieży?
Jędruś ostatnio chętniej bawi się z dziewczynkami - i to najczęściej sporo od niego starszymi. Raz nawet udało mu się znaleźć posiadaczkę rodziców równie tolerancyjnych jak jego właśni - nie krzyczących np. za taplanie się w błocie:)



Dziś w Ogrodzie Doświadczeń Jędruli zamarzył się zorbing, więc ubłagał pana z obsługi, żeby pozwolił mu wejść do kuli mimo że nie ma wymaganych pięciu lat (kłamał, że ma, ale pan się nie dał nabrać ;p). Podobno radził sobie świetnie, w każdym razie wyszedł zachwycony i od razu pognał skakać na trampolinie, więc chyba nie kręciło mu się w głowie.





Julo zaczyna na rowerku biegowym - na razie jednak Julek boi się biegać i uczy się utrzymywać rowerek między nogami, dostojnie na nim krocząc.



W końcu przeprowadziliśmy prowokację mlekiem. Najpierw przeszliśmy z Bebilonu pepti na Bebiko HA, a kilka dni temu udało się przejść z bebiko HA na zwykłe. Za nim też już pierwsze racuchy na mleku krowim - dzięki Opatrzności bez sensacji. Ma tylko trochę bardziej suchą skórę, ale zaostrzeń AZS brak, więc natłuszczamy balsamem i się nie przejmujemy.

A Martusia pokochała jazdę w chuście na plecach, więc na piątek umówiłam się z doradczynią na podszkolenie z motania plecaka - niby sobie radzę, ale zawsze może być lepiej:)



Nosidło działa ostatnio usypiająco ;) Jakieś 100m i nie ma dziecka

No i dziś podczas wycieczki stał się cud - Martę zgodził się PUBLICZNIE nosić tatuś. Kiedy mnie wysiadły już plecy, a do wózka (nie pomyśleliśmy i wzięliśmy pojedynczy) wpakował się zmęczony wędrówkami Julasty, mąż zarzucił sobie nosidło z córą na plecy i poooszli zdobywać Ogród Doświadczeń - zaliczyli chyba wszystko, na czym można się było pobujać i potrenować równowagę, a Martula piszczała z radości. Wymarzony materiał na przyszłą kosmonautkę.




A ja... jakoś ciągnę. Byłam na dermatoskopii, mam pięć znamion do wycięcia, na szczęście nie są złośliwe. Zaczęłam też olejować włosy. Kupiłam sobie w ekosklepie olejek sesa i już po kilku użyciach moje włosy ładnie błyszczą i mniej się puszą.
Kupiłam sobie trzecią chustę, a czwartą pożyczyła mi koleżanka z forum, mieliśmy też na testach kolejne wielopieluszki - tym razem marki o wdzięcznej nazwie "Ekomajty". Nadrobiłam też papierologiczne zaległości w izbie aptekarskiej i to uświadomiło mi, jak bardzo nie chcę wracać do pracy. Ale cóż, dzieci rosną, wraz z nimi rosną potrzeby, trzeba by się za czymś rozejrzeć... Chyba będę szukać godzin albo części etatu od nowego roku.


By się od tego tematu oderwać - we wtorek lub środę postaram się napisać, jak wyglądała nasza wizyta u neurologopedy. A teraz - pozdrawiam w imieniu rodzinki i własnym :)

niedziela, 26 czerwca 2016

Pierwsza pomoc - jak zawaliłam resuscytację :(

Byłam wczoraj na ślubie w naszej rodzinie. Ślub odbywał się w kościele w samym centrum Krakowa, może 10 minut spacerem od Rynku.
Msza była piękna, chór śpiewał wspaniale, kazanie było urokliwe i dowcipne - głosił je zresztą przyjaciel Państwa Młodych.

W pewnym momencie jednemu z gości - z naszej strony - zrobiło się słabo. Wyszła z nim moja mama - w końcu jest lekarzem. Ja też się zmartwiłam i chciałam jakoś pomóc -  nie wiem, nogi w górze potrzymać, wodę podać do picia, powachlować, zagaić rozmowę... Nie spodziewałam się jednak, że chwilę później rozegra się horror, jakim jest resuscytacja umierającego. Napiszę tylko, że w filmach nie jest to ani w jednym procencie tak przerażające jak w rzeczywistości.

Sama się sobie dziwię,wszak jestem panikarą pierwszej wody, ale tym razem zachowałam zimną krew. Obserwowałam mamę, jak uderza nieprzytomnego w mostek i wykonuje masaż serca i wiedziałam - teraz muszę odchylić poszkodowanemu głowę, otworzyć usta i zrobić dwa oddechy. I zabrałam się za to niezwłocznie. Głowę ustawić mi się udało.  Potem było gorzej - nie udało mi się otworzyć ust ratowanego. Pomyślałam - za słabo - i spróbowałam najmocniej jak umiałam. A guzik. Zaciśnięte szczęki ani drgnęły. Kurczę, z fantomem na zajęciach nie było takich problemów... Mama zobaczyła z czym sobie nie radzę. Jeden fachowy manewr i usta otwarte, bez użycia siły. 
Tymczasem karetka, by dotrzeć na miejsce ze stacji pogotowia oddalonej od nas o dolne kilkaset metrów, potrzebowała - skandal - nieco ponad kwadransa. Szybciej by z noszami przybiegli, naprawmieli rzut beretem.
Tak było w dużym mieście - a co się dzieje na wsiach i w mniejszych miastach, które od szpitala często dzieli kilkadziesiąt kilometrów?  
U nas ostatecznie wszystko skończyło się dobrze, ale gdyby na miejscu nie było mojej mamy, stałaby się tragedia.

Teraz myślę o tym z perspektywy tych kilku godzin - i czuję się jak dupa wołowa. Mam wykształcenie medyczne, a w sytuacji kryzysowej zawiodłam. Zawaliłam swoją część. Gdyby nie było tam fachowca, chrzestny Pana Młodego nie miałby szans.  
I co dały mi godziny zajęć teoretycznych, setki ćwiczeń na fantomie, egzamin praktyczny... 
G*** dały. 
Tylko głowę nafaszerowaną teorią. Tłukli nam o defibrylatorze, my do  najbliższego mieliśmy kawał drogi, a w wielu miejscach w Polsce takiego ogólnodostępnego nie ma wcale. Nie łaska było nauczyć tego uderzenia w mostek? 
Może i topielec czy ofiara wypadku nie ma napięcia mięśniowego i łatwo otworzyć im usta, ale dlaczego nie pokazano nam, jak zrobić to u ratowanego, który ma szczękościsk? To ma być poziom kursu na wydziale farmacji? Na lekcjach PO w liceum był jeszcze żałośniejszy.

Jeśli tylko macie namiary na naprawdobre kursy pierwszej pomocy - nie wahajcie się ani minuty, nigdy nie wiadomo, kiedy, kogo i w jakich warunkach przyjdzie nam ratować.

niedziela, 19 czerwca 2016

9-miesięczna Martusia

Panna Martusia już sama się husia :)
Marta ma już 9 miesięcy. Gdyby nie fakt, że urodziła się przed terminem, można by rzec, że to jak
druga ciąża;)

Wyszła z brzucha taka mała krupka, a teraz to już panna:) Wzrostowo dogoniła rówieśników, nosi ubranka na 78/80. Wagowo... no cóż, w końcu pokonała 8kg. Tap madl mi rośnie.

No ale jak tu wyglądać "papuśnie", kiedy się NIC nie je? Młoda właściwie nadal żyje na moim mleku. Zębów w paszczy pięć, właściwie prawie sześć, a jedynym, co ta skubanica chce gryźć, jest - a jakże - moja pierś.
Po chwilowej poprawie skończyło się wciąganie papek i gryzienie skórki z chleba, teraz po spróbowaniu lub zjedzeniu paru łyżeczek Marta na resztę się wypina (znany z czasów wczesnoniemowlęcych płacz z bezdechami wrócił do użycia). Papki nie, kawałki nie. Owoce nie, warzywa nie. Chleb nie, woda w kubeczku nie - szlag mnie trafia. Niech ktoś rozszerza jej dietę za mnie.

Poza jedzeniem, Marta jest absolutnie cudowna. Na razie odpuściła nieco rozwój ruchowy i stawia na komunikację. Rozumie proste gesty (wyciągnięcie piersi, bujanie na rękach) i w odpowiedzi na nie twierdząco kiwa lub przecząco kręci głową, po czym zachowuje się adekwatnie do tego, co pokazała.
Mówi. "Ta-ta" to obije rodzice i coś w rodzaju "na ręce" (wzmocnione wyciągnięciem łapek), "ba-ba" to babcia Bogusia, "la-la" to lalka (ale tylko ulubiona szmacianka), a "jaaa!" to brat. Na obu woła tak samo i zwykle na wezwanie stawiają się obaj:)




 Tusia wnikliwie obserwuje wszystko, co ją otacza. Od dłuższego już czasu sama wyciąga sobie zabawki z pudeł, od niedawna potrafi je wkładać z powrotem. Kiedy siedzi w wózku albo foteliku, niemal na pewno wyrzuci wszystko, co jej się poda, a potem będzie podążać za tym czymś wzrokiem i płakać, by jej tę rzecz oddać z powrotem. 
Kilka dni temu mnie jednak zaskoczyła: raczkując po placu zabaw, zgubiła skarpetkę. Kiedy to zauważyła, zawróciła, znalazła zgubę, usiadła w trawie i zaczęła się tą skarpetką miziać po bosej stópce.

Z ruchowych nowości mamy tylko wstawanie. Marta faktycznie zaczęła wstawać krótko po poprzedniej miesięcznicy, ale długo było to ciągnięcie się na rękach bez jakiejkolwiek pracy nóżkami. Właściwe wstawanie jest od dwóch, może trzech dni. Nóżki na razie jednak ciągle chwiejne, więc stanie kończy się lądowaniem na pupie. Umie też sama lekko rozbujać sobie huśtawkę i aż piszczy wtedy z radości.
No i jeszcze siebie muszę pochwalić, bom z siebie dumna. Odważyłam się, jupiii!!! Nauczyłam się wrzucać Martę na plecy i motać plecak prosty. 


Z początku wychodził tragicznie, ale jestem wytrwała i idzie nam coraz lepiej, choć mała podczas wiązania bynajmniej spokojna nie jest.

Jeszcze tylko trochę fotospamu...

Stylizacja na Bożociałową procesję :)

Koci koci łapci:)

Ej, mama, co to za wielki robal?

Dodaj napis

selfik z nosidłem


 
 A raport z następnej miesięcznicy prawdopodobnie zdamy już z naszej letniej kwatery na Podkarpaciu.
A tymczasem - musicie uwierzyć mi na słowo, bo fota nie wyszła - Marta robi Wam "papa" :)

piątek, 10 czerwca 2016

Wstyd na całą wieś

Źródło: godmother.pl

 Mąż wybył. Obiecał wrócić o 19-tej, jest 20.22, a jego nie ma.
Jul rysuje, ja lulam Martusię i idzie mi z trudem, bo Jędrula gada tak głośno, że słychać go przez zamknięte drzwi.
Bawi się - pomyślałam, kiedy mój czterolatek pytał jakąż panią, czy do nas przyjdzie, a potem opowiadał, co mama zrobiła na obiad.
Marta oczywiście zasnąć nie chciała. Zaczęły się licytacje: kto głośniej - ona tu, czy Jędrula.
Tusia musi jednak jeszcze popracować nad natężeniem, bo mimo jej krzyku usłyszałam, jak Andrzejek śpiewa: "tato, tato, pokaż rogi, dam ci sera na pierogi. Na pierogi, naleśniki, tylko nie bądź taki dziki".
I nie ruszyłoby mnie to wcale, wszak Jędrek często zmyśla i śpiewa, co mu ślina na język przyniesie, gdyby nie jeden szczegół: że syn mój produkował się do słuchawki od domofonu.
Kurtyna!

sobota, 4 czerwca 2016

EEG u przedszkolaka - jak to zrobić bez traumy

Źródło: http://staszek-fistaszek.pl To właśnie Staś "pomagał" mi przygotować Jędrusia
do badania
Jak już Wam wspominałam, jakiś czas temu nasza pediatra wypatrzyła u Jędrusia coś, co wydało jej się napadem nieświadomości (to jeden z kilku podstawowych typów napadów padaczki) i skierowała go na badanie EEG i do neurologa.

Wiem, że posta o EEG obiecałam Wam wieeeki temu. No cóż, na swoje usprawiedliwienie mam masę innych badań, które trzeba było przeprowadzić u Andrzejka oraz kolejną odsłonę serialu pt. "domowy szpital", w której udział wzięli wszyscy oprócz wspomnianego wyżej Jędruli.

No nic, do meritum.

EEG, czyli elektroencefalografia, badanie czynności bioelektrycznej mózgu, czyli, najprościej mówiąc, tak jakby prądu w mózgu człowieka. Badanie to można wykonać we śnie fizjologicznym, w czuwaniu lub we śnie farmakologicznym pod kontrolą anestezjologa. 
Andrzejek, jak większość dzieci z podejrzeniem padaczki, miał EEG przeprowadzone we śnie fizjologicznym.

By to badanie mogło się o
dbyć w zaplanowany sposób, należało sprawić, by dziecko zasnęło dopiero tuż przed rozpoczęciem.
Jak to zrobić?

 Oto wytyczne żywcem skopiowane ze strony Szpitala św. Ludwika w Krakowie:
  • Dzieci: NIE ŚPIĄ
  • Do 6 miesięcy życia 3 godziny przed badaniem zabawione, aby nie przysnęło ani na moment,
  • Od 6 do 24 miesiąca życia nie śpią 4-6 godzin
  • Od 2-4 lat nie śpią od 5:00 rano aż do momentu badania, cały czas w ruchu!
  • Od 4-6 lat nie śpią od północy lub od 2:00 rano aż do momentu badania, cały czas w ruchu!
  • Dzieci nadpobudliwe wybudzane zawsze o północy
  • Przed badaniem nie oglądają telewizji i nie grają w gry komputerowe!
  • Dla małego dziecka wskazane zabranie kocyka, Przytulanki, smoczka i butelki z mlekiem lub herbatką.
  • Starsze dzieci w dniu badania nie mogą pić SŁODZONYCH NAPOJÓW GAZOWANYCH (np. cola), nie mogą jeść tik taków, rzuć (pisownia oryginalna, wiem, że to byk - przyp.red.)gumy do żucia.
  • Jeżeli dziecko przyjmuje leki konieczna jest informacja na ten temat.
  • Do badania zgłaszamy się ze skierowaniem, nr PESEL, książeczką zdrowia.
Jak wyglądało to u nas?

1. Jakiś czas przed EEG zaczęłam bawić się z Andrzejkiem w kosmonautów. Po co?
Ano po to, by oswoił się, że zostanie mu założony czepek lub siatka podtrzymująca elektrody elektroencefalografu. Następnie puściłam na yt filmik z prawdziwego badania EEG i starałam się zaciekawić Andrzejka. Udało mi się to:) Następnie poćwiczyliśmy zakładanie czepka na zwykłym czepku kąpielowym. Gdyby Jędruś był dziewczynką, pewnie wybrałabym zabawę we fryzjera i robienie pasemek:)

2. W dniu badania obudziliśmy Jędrusia przed 5 rano i na 6.30 zawieźliśmy go do przedszkola, uprzedzając opiekunki, że mają nie dopuścić, by usnął. EEG było wyznaczone na 14-tą, więc mąż pojechał po niego ok. 12.30 - tak, żeby odebrać go po obiedzie, a przed leżakowaniem i zawiózł prosto
do szpitala, zabawiając, by nie usnął po drodze. Uff, udało się.

druś bardzo dobrze zniósł badanie. Był spokojny, łatwo usnął. Myślę, że posłanie go tego
dnia do przedszkola było dobrym posunięciem, dzięki temu synek nie odczuł tego jako wyłomu w rytuale. 

Ciekawe, czy równie dobrze pójdzie nam z tomografią komputerową głowy - również rutynowo przeprowadzanym przy diagnozowaniu epilepsji. To już w przyszły czwartek, trzymajcie kciuki za mojego dzielnego kosmonautę:)

  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...