środa, 4 marca 2015

Z Julianowej Kroniki:)

Dziś kolejne karteczki z Plastelinowej Kroniki Osiągnięć Juliana.
Wersja oszczędna, bo Jędrula zużył sporo mojej plasteliny na swoje kulki do naklejania na meblach i prawie nie miałam już czego mieszać na "ciałko".

Powstały więc ulepki - niby dwa, a tak naprawdę jeden



Pić z niekapka Julek nauczył się już dość dawno, ale wczoraj odkryłam, że potrafi również z "kapka" - mąż zapomniał założyć zaworka na jego kubeczek-niekapek po umyciu:) A Julo pił, nie krztusił się i nie wychlapywał. Może pora na Lovi 360'? Albo na doidy?

Ambicja mnie zgubiła - misterniejsze nóżki, takie z fałdziochami i paluszkami, nie utrzymały dzidka w pionie;p

Dziś Julo pierwszy raz postał sam dłużej niż sekundkę. Po prostu puścił nogę stołu, stał i radośnie machał swoim (nie)kapkiem, a kiedy zorientował się, że nikt go nie podtrzymuje, jakby nigdy nic usiadł i poraczkował w siną dal. Na foty będę polować jutro, bo na razie był to jednorazowy akt ułańskiej fantazji - mój syn młodszy jest z tych ostrożnych i nie zrobi nic, dopóki nie upewni się, że da radę. Przynajmniej jeden rozsądny w tym naszym domu wariatów;p


piątek, 27 lutego 2015

Rodzina oczami męża i ojca (?)

Źródło: natemat.pl
Podział ról w rodzinie?
U nas bywało różnie - raz pracowaliśmy oboje, innym razem zarabiałam tylko ja.
Teraz, już od dłuższego czasu, utrzymujemy się z zarobków mojego męża. Czyli - wydawałoby się - mamy tradycyjny podział ról.

No właśnie, czy aby na pewno?
Mąż mój bowiem, choć gotować nie umie, z zakupów wraca bez połowy listy, a żelazko parzy go nawet zamknięte w pudle, pomaga mi w domu. Zmywa, odkurza, zrobi jakieś drobne naprawy etc.
A także pobawi się z dziećmi, wykąpie je, odgrzeje im obiad, wie, co i kiedy jedzą i jak założyć Julianowi wielorazową pieluchę.

I NIE WYPOMINA.

Tym szerzej otwierały się ze zdumienia me zielone oczęta, kiedy czytałam, co zalinkował na fb jego kolega, podobnie jak mój ślubny mieniący się tradycjonalistą (ale prywatnie bezdzietny kawaler).
Tekst nie jest autorstwa naszego znajomego, nazwisko autora kompletnie nic mi nie mówi, ale im dalej w las, tym bardziej cieszę się, że nie jestem żoną ani dzieckiem tego pana.

Rzucam Wam zatem owo dzieło na żer - a Wy mi powiedzcie, co o nim myślicie;p

czwartek, 26 lutego 2015

Małe stópki - duży problem

No i dopadło i mnie. Co prawda nie tak mocno, jak wcześniej moich chłopaków, ale gil do pasa i bolące zatoki skutecznie zniechęciły mnie do wychodzenia z domu.

A tu julkowa kontrola w poradni rehabilitacji.

Cóż robić - pojechał mąż. Dostał zapas ciuchów, zapakował stwora do samochodu i pojechali.

Nie było ich okropnie długo, a kiedy wrócili, od razu zapytałam: No i co?
Na co mój ślubny: nic.
O: Jak to - nic
Adam: No nic.
O: Nic ci doktor nie powiedziała?
A: Powiedziała, że wszystko dobrze.
O: Nie można było tak od razu? Czyli nie dostał żadnych ćwiczeń?
A: Nie, nie dostał.
O: No to dobrze. Kiedy kazała przyjść na kontrolę?
A: Za dwa miesiące. Zapisałem obu, tak jak prosiłaś.
O: Super, dzięki.
A: A, jeszcze lekarka kazała kupić Julkowi buty.
O: ??? Przecież on jeszcze nie chodzi.
A: Ale coś tam ma ze stópką i kazała kupić sandały.
O: Powiedziała, jakie to mają być?
A: No sandały z rzemieniami. I kazała zwrócić uwagę, że Julek ma wysokie podbicie.
O: Ale zwykłe czy ortopedyczne, takie jak miał Andrzejek?
A: Nic nie mówiła o ortopedycznych. Chyba zwykłe.


Ale że co? Buty? Dla mnie? I będę mógł je zjeść?


Taaak, wyślij tu chłopa samego, dowie się wszystkiego. A ty, jak wołami nie wyciągniesz z niego, nie dowiesz się niczego.

Buty? Zawsze byłam pzekonana, że kupuje się je dziecku samodzielnie chodzącemu. Jędrek dostał pierwsze, kiedy już prawie biegał. Ale skoro lekarz każe...
Spróbowałam dodzwonić się do lekarki, żeby wyjaśnić, co Jul właściwie ma ze stópką, że musi nosić buty, no i przede wszystkim - jakie to dokładnie mają być buty. Lipa, doktor skończyła już przyjmować i nie odebrała.

Myślę więc sobie - Emele są fajne na początek, kupimy Emelki.
Mierzę Julasowi stopę: 10,5cm.
Zaglądam do neta w poszukiwaniu tabel rozmiarów. Emelowej nigdzie nie ma, zaglądam do Bartka. A tam rozmiarówka zaczyna się od 11,5 cm stopy.
No to zaglądam do Ani-buta i Gucia. Tu już lepiej - od 11cm. Czyli jeśli kupimy taką 18, Julo będzie miał ponad 1,5cm luzu. Za dużo.
Z tego, co mi się zapamiętało, właśnie Emel ma najbardziej zawyżoną rozmiarówkę i kiedy z innych firm Jędruś potrzebował rozmiaru 22, w emelkowym 22 już podkurczał palce. Więc może ich 18 pasowałoby na stópkę mojego młodszego Kopciuszka?
Na wszelki wypadek zadzwoniłam też do Gucia. Tam powiedziano mi, że rozmiaru 17 nie uszyją, ale w ostateczności, jeśli kupimy 18, odszyją go trochę głębiej, tak, żeby nie było nadmiernych luzów.

Czyli trzeba mierzyć. Na samą myśl o kolejnym obuwniczym maratonie cierpnie mi skóra. Jędrek miał długie, chude kajaki z wysokim podbiciem, Julo ma stópki jak półroczne dziecko + wysokie podbicie gratis.
Jednego jestem pewna - tym razem nie wyślę chłopów samych. Zawsze to jakaś motywacja do walki z glutem;p

Jędrusiowe Emele...

...i to, dlaczego chcę kupić je też Julkowi

niedziela, 22 lutego 2015

Wychodzimy na prostą

Długo się ostatnio nie odzywam, ale to tylko dlatego, że mam teraz w domu niezły kierat. Chorowały po kolei wszystkie moje chłopy i jako jedyna w tym towarzystwie ostałam się zdrowa.
Teraz mąż jeszcze trochę smarka, ale w sumie już doszedł do siebie, Julo, choć trochę jeszcze pokasłuje, też już wychodzi na prostą, a Jędruś jest jeszcze rozregulowany, ale poza tym nic mu nie dolega.
Dziś w każdym razie psocił jak za starych dobrych czasów. W czasie, kiedy Julek spał, ja dałam Jędrusiowi drugie śniadanie i poszłam myć włosy. Drzemki Julcia są krótkie, więc i tym razem obudził się, kiedy akurat miałam pianę na oczach. Owinęłam się ręcznikiem, wpadłam do pokoju, a tam Jędrek bawi się w "pada śnieg" za pomocą słoika ze swoją kaszką. "Śnieg" znalazł się więc na kanapie, dywanie i całym Jędrusiu łącznie z rzęsami i pantoflami.
W czasie, kiedy ja usiłowałam sprzątnąć ile się da bez wyciągania wielkiego odkurzacza (mąż chowa go w pawlaczu), Andrzejek pobiegł do łazienki. Kiedy weszłam tam, by spłukać wreszcie swoją czuprynę, zobaczyłam, jak Jędrula szoruje toaletę. Moim szamponem.

Mały zadaje też coraz dziwniejsze pytania. Dialog po oglądaniu książeczki o owadach:

Źródło: godmother.pl

A: Mamusiu, a co pszczoła ma na pupie? Igłę?
M: Tak. Ta igła nazywa się żądło.
A: Po co ona jest? Do żądłowania?
M: Tak. Pszczoła żądli, kiedy się broni.
A: A co by się stało, gdyby pszczoła użądliła cię w oko? albo w ucho? albo w nos? albo w zęby? albo w... (i tak przez wszystkie części ciała)

I jeszcze jeden dialog.

M: Ale mam fajne dzieci. Takiego ślicznego Andrzejka i takiego ładnego Julianka...
A: I takiego brzydkiego tatusia...
M: Tatuś brzydki? W życiu! Mnie się podoba.
A: Nie znasz się.


poniedziałek, 16 lutego 2015

Szpital w domu

Pech nas nie opuszcza.
Wczoraj na spacerze zauważyłam, że Julo jakby troszkę charczy przy oddychaniu. Wieczorem parę razy sucho zakaszlał, więc na noc postawiłam mu przy łóżeczku parówkę z soli i ziół prowansalskich.
A rano... chrypa jak u Joe Cockera i kaszel jak u starego palacza, choć innych objawów brak i dziecko pogodne i radosne jak zwykle.
Chwilę potem budzi się Jędrula. Leje się przez ręce, nie ma siły zjeść śniadania, skarży się, że boli go głowa i nóżki. Dotykam czoła - jajko sadzone można by na nim smażyć.

Dzwonię do przychodni - zajęte i zajęte. Dzwonię do męża, żeby prosto z pracy poszedł tam
i zarejestrował chłopców, bo dodzwonić się nie da.
Mąż wraca - nie ma numerków, trzeba błagać lekarkę, lepiej wezwijmy prywatnego.

Dzwonię do naszego stałego "dojazdowego" pediatry. Wygenerowany komputerowo głos mówi, że nie ma takiego numeru.

Odpalam znanego lekarza i dzwonię do kolejnego - nie da rady dzisiaj. Odpalam chustoforum. Kobitki chwalą jakąś lekarkę, która podobno sama jest mamą-kangurzycą i orędowniczką długiego karmienia piersią. Dzwonię. D***, za przeproszeniem. Babeczka uczy się do egzaminu specjalizacyjnego i sama ma chore dzieci.

Poddaję się. Wyganiam męża, żeby jednak poszedł błagać naszą pediatrzycę, by przyjęła chłopaków.
Nasza pediatrzyca to złota kobieta - zgadza się, choć, oprócz "numerkowych" pacjentów, zgodziła się przyjąć jeszcze co najmniej drugie tyle takich jak my. Mąż zostaje w przychodni i ma zadzwonić, kiedy przed nim będą trzy osoby w kolejce, ostrzeżona przez niego, nie spodziewam się przyjęcia przed siódmą wieczorem.
Tymczasem pół godziny później - przed czwartą - mąż dzwoni - przed nim jest jeden facet, a potem my.
Zaalarmowałam teściową, błyskawicznie ubrałyśmy dzieci i z wywieszonymi językami pognałyśmy do przychodni. Chłopcy rzeczywiście zostali zawołani niemal od razu.

Koniec końców okazało się, że "umierający" Jędruś ma jakąś lekką wirusówkę i mamy leczyć go objawowo. Faktycznie - po jednej dawce przeciwgorączkowca odzyskaliśmy naszego przemądrzałego Strusia Pędziwiatra.
Tymczasem Jul "tylko kaszlący" ma... zapalenie oskrzeli i dostał antybiotyk na 5 dni.

sobota, 14 lutego 2015

Julka strzał w dziesiątkę:)

Walone tynki dzisiaj, ale my nie obchodzimy. Mamy coś lepszego - ukończony dziesiąty miesiąc Julianka.
Nie mam pojęcia, ile syn mój młodszy teraz mierzy i waży - prawdopodobnie dowiemy się tego bliżej roczku, kiedy pójdziemy na jakiś mały bilansik. Widzę jedno - czubek głowy Julka niebezpiecznie zbliża się do górnej krawędzi fotelika samochodowego - w przyszłym miesiącu już na pewno go wymienimy, będzie taki wcześniejszy prezent na roczek:)
Wyrasta też Jul powoli z rozmiaru 80 - coraz więcej w szafie sztuk z metką 86.

Popsuło nam się w tym miesiącu spanie. Julek dotkliwie odczuł zmianę atmosfery po śmierci swojej prababci i zaczął budzić się nawet 5-6 razy każdej nocy. Po powrocie do Krakowa jest już nieco lepiej - tej nocy obudził się tylko dwa razy z prawie siedmiogodzinną przerwą.

Z jedzeniem też bardzo w kratkę. Udała się nieśmiała prowokacja jogurtem naturalnym. Od paru dni pozwalam sobie na 2-3 łyżki tego dobra dziennie. Apetyt Julusiowi dopisuje niezmiennie, ale mam wrażenie, że ostatnio nudzi i wkurza go sama czynność jedzenia. To też nasiliło się w Krośnie.
Skończyło się na tym, czego tak obiecywałam sobie nie robić - kiedy tylko Julek zaczyna wydziwiać, ja zaczynam go zagadywać. Wtedy potrafi zjeść swoją stałą porcję plus dwie dokładki.


Z pobytu u moich rodziców przywiózł sobie Julo, zresztą nie pierwszy raz, piękną wysypkę na buzi. Nie taką, jak przy AZS, ale i tak widać, że to alergia. I nawet wiem już na co - winny jest pies. Julek zawsze ma to tylko w Krośnie i tylko za dnia. W nocy znika, by pojawić się natychmiast po jakimkolwiek, choćby pośrednim kontakcie z sierścią Gai (wzięcie na ręce przez wujka, który przed chwilą głaskał psiura). Następnym razem przyjedziemy uzbrojeni w Zyrtec.

A z umiejętności:
  • Julo pokazuje palcem i domaga się nazw. Na razie szczególnie namiętnie celuje w oczy i dziurki w nosie.
  • Julek zasuwa przy pchaczu. Kółka odblokowane, pchacz już nie odjeżdża, młody trzyma się stabilnie. Przy zmianie kierunku nadal domaga się pomocy.
  • Jul próbuje sam jeść. Nie umie jeszcze nabrać sobie jedzenia, ale trafia właściwym końcem łyżeczki do miski, a potem do buzi.
  • Młody mówi. Mało i po swojemu, ale gada. Nie bardzo go rozumiem, ale słyszę już powtarzające się te same zbitki sylab. Na pewno na własne odbicie w lustrze mówi "dzidzi", a przy wywrotce lub upuszczeniu jakiegoś przedmiotu pojawia się "baaa".
  • Bawi się w chowanego - na swój sposób. Chowa się za kanapą, zasłaniając oczy, a potem wynurza się, trzęsąc się ze śmiechu.
  • Wreszcie porządnie robi "Papa".
  • Uwielbia bawić się w akuku. Wykorzystuje do tego nawet kółka piramidy.
  • Przytula poduszki i zabawki.
  • Stawia jeden klocek na drugim, potrafi też bez rozwalania rozebrać wieżę z kilku klocków.
  • Prowadzi autka po podłodze.
  • Próbuje odpychać się nóżkami, siedząc na jeździku.
  • Złazi tyłem z kanapy.
  • Wspina się po schodach, próbuje włazić na kanapę.
  • Chodzi pewnie podtrzymywany za dwie ręce i chwiejnie podtrzymywany za jedną (dziadzio i wujek nie wiedzieli, że tak się nie powinno, i sprawdzali)
  • Przez moment (może ze 2s) potrafi ustać samodzielnie.
Tak wygląda dziesięciomiesięczny przystojniacha:



Aaa, byłabym zapomniała - Julo je już masło, a ja w poście o moim małym jamochłonie obiecałam Wam wyjaśnić, jak do tego doszło. Już wyjaśniam - za moimi plecami została przeprowadzona bezpośrednia próba prowokacji. Kiedy wróciłam z toalety, zastałam Andrzejka, karmiącego Julasa własnym śniadaniem: kanapką z szynką i keczupem. Jul oczywiście w siódmym niebie, rzucał się na każdy kąsek podetknięty przez brata. Wytłumaczenie niejadka: "Mamusiu, ale on mnie tak ładnie poplosił..." Na szczęście próba ta nie przyniosła zaostrzenia AZS, więc masło zostało włączone do diety Julcia i mojej.

A w przyszłym miesiącu może uda mi się wreszcie skończyć recenzję naszego krzesełka do karmienia. Będzie pewnie też nieco o nowym tronie Króla Juliana i - mam nadzieję - więcej zdjęć oraz powrót do plastelinowej kroniki postępów:)

czwartek, 12 lutego 2015

Wieści z frontu

Dawno się nie odzywałam.
Gdzie jestem, kiedy mnie nie ma?
Dziś jeszcze w Krośnie, jutro wracamy do Krakowa.

Dlaczego nie piszę?
Bo tutaj rzadko dorywam się do własnego laptopa:) Przywieźliśmy tylko jednego i albo siedzi przy nim mój mąż, albo mam co innego do zrobienia.

Przyznam też, że ten pobyt u moich rodziców jest dla mnie inny niż poprzednie - ze względu na okazję. W poniedziałek pożegnaliśmy moją babcię. I choć uroczystości wraz ze stypą skończyły się w poniedziałek wieczorem, a dalej życie teoretycznie toczyło się jak dawniej, to jednak mam wrażenie, że to nie to samo.

Nawet dzieci wyczuwają w powietrzu jakąś nerwowość. O dziwo, Andrzejek mniej, ale Julo przestał przesypiać noce i dziwnie zachowuje się przy jedzeniu - chomikuje w policzkach zamiast połknąć,
a potem marudzi, kiedy mu się ulewa. Stał się też jeszcze bardziej przylepny niż dotąd - nosidło jest w użyciu przynajmniej kilka razy dziennie, właściwie kiedy nie wychodzimy, nie opłaca mi się go zdejmować.

A z bardziej optymistycznych rzeczy?
Spacerujemy, bawimy się, śmiejemy, byłam na nartach, najadłam się pyszności, jakich nie chce mi się albo nie mam czasu przyrządzać u siebie (gołąbki;p), naoglądałam się filmów przyrodniczych...
 Julo nauczył się pokazywać palcem i ustać sekundę-dwie bez podparcia.
I nie zapeszam, ale chyba udała nam się prowokacja jogurtem. Powtórka już u nas, bo skończył mi się jogurt bez dodatku mleka w proszku.
Andrzejek  codziennie rozładowuje zmywarkę, pomaga dziadziowi załadować ją brudami, wsypuje proszek i włącza mycie. Pomaga też babci podlewać kwiatki, zamiatać podwórko i karmić psa. Widać, że lubi czuć się potrzebny, bo jest tu dużo spokojniejszy niż w naszym mieszkanku, gdzie znacznie mniej prac można zlecić trzylatkowi - bo ani zmywarki, ani kwiatków, ani podwórka do zamiatania, że o psiurze nawet nie wspomnę. Nie ma szans - po dotychczasowych pobytach
w Krośnie wygląda na to, że pies to kolejny alergen do Julkowej kolekcji. Niestety:(

Aby zakończyć miłym akcentem: parę zdjęć z dzisiaj - jedyne jakie zrobiłam w ciągu tego tygodnia
Pomocnik babci

Julian w swoim żywiole
Za co lubimy park zimą?

Za to, że mamy go tylko dla siebie;P

Jędruś&Mama prezentują: Bałwan Moustache
Zbój sam zakuł się w dyby;p


czwartek, 5 lutego 2015

Niemowlę i klocki

Dzieło Andrzejka
Niby nic ciekawego się ostatnio nie dzieje. Dzień za dniem - żyjemy teraz do wyjazdu na ostatnie pożegnanie z moją babcią. Mąż prowadzi ostatnie egzaminy przed krótką przerwą semestralną, ja siedzę w domu z dziećmi, bo przez większość dni smog taki, że Julek dosłownie odchorowuje każdy spacer.

Musimy więc jakoś zorganizować sobie czas w domu. Z Andrzejkiem jest problem - przy niczym nie wysiedzi dłużej niż minutę. Nudzi go zabawa naczyniami w kuchni, "zbieranie tacy" od misiów z rondelkiem w ręku, a nawet skoki z kanapy. Ostatnio, korzystając z chwili mojej nieuwagi, regularnie podsuwa sobie krzesło do naszej meblościanki i robi porządki w rachunkach albo książkach męża. Wczoraj w ostatniej chwili zabrałam mu "notesik", w którym już chciał nasmarować jakieś wiekopomne dzieło za pomocą flamastra. Ten "notesik" - to był indeks męża. Oczywiście bloku rysunkowego nie zaszczycił ani jedną kropką.

Julek - wręcz przeciwnie. On w ogóle nie psoci, najchętniej siedziałby w jednym miejscu i coś żuł.
Szczyt szczęścia to mamina pierś, ale nie jest ona dostępna przez 24h - czasem doczepiona do piersi mama musi zrobić coś w domu albo zająć się starszym bratem. Od biedy mogą być więc chrupki, wszelki papier, a nawet zaślepki od listew podłogowych - dziś przyłapałam stwora, jak sprytnie sobie jedną z nich zdejmował. Nauczył się też odkręcać sobie słoik z Linodermem. A potem buch palce do słoika - i ze słoika wprost do paszczy. Ten to z głodu nigdy nie zginie;p
W obliczu takiego problemu, staram się jakoś "aktywizować" Julianka. Z tym, że specyficzny z niego typ. Zabaw paluszkowych nie lubi - z jakiegoś powodu go denerwują. Książeczek długo nie poogląda - zaraz mi je wyrywa i próbuje zeżreć. Większość zabawek Andrzejka musi być przed nim schowana, żeby nie połknął jakichś drobniejszych części.
No, ale dziś wpadłam na pomysł genialny - dałam Julkowi klocki. Takie najzwyklejsze, drewniane kostki z nadrukowanymi fragmentami obrazków do układania.
Szybko rozwiały się moje obawy, czy to dobra myśl. Julo oczywiście najpierw klocki oblizał, potem postukał nimi o siebie, aż w końcu zaczął kombinować. Kiedy do kombinacji włączył się Andrzejek, mogłam zapomnieć, że mam dzieci i spokojnie nastawiać zupę, a potem wieszać pranie.

Co więc jeszcze robi niespełna dziesięciomiesięczne dziecko z klockami?
  • rozwala wieże zbudowane przez brata
  • delikatnie rozbiera wieże - zdejmując od góry klocek po klocku
  • rzuca klockami w brata
  • wciska bratu klocka do buzi
  • UWAGA: buduje. Julo stawia jeden klocek na drugim:)
  • Uczy się mówić - klocki to według niego "kaka", a spadająca wieża to "Baaa"
Jutro powtórka z rozrywki - jeśli uda mi się w miarę sprawnie spakować nas na sobotni wyjazd, postaram się uzupełnić posta zdjęciami i może jakimś materiałem filmowym:)

EDIT 6. 02.: 
A teraz obiecana mini-sesyjka. Andrzejek oczywiście zapozować nie zechciał, a filmik nie wyszedł, bo obaj próbowali wyrwać mi aparat. Ale coś tam udało się z dzisiaj wybrać:)

Nie ma, że mama wyjmie, ćwiczymy łapki:)

Klocki robią stuk-puk:)
Trzeci już spadł.

Mama ustawia, Julo rozbiera - klocek po klocku

"Baaa!" :(


poniedziałek, 2 lutego 2015

Na pociechę

Myślałam, że lata choroby babci i patrzenie, jak gaśnie, przygotowały mnie na to, co było nieuniknione. Myślałam - kiedy to już nastąpiło, podłamałam się. Nie płakałam ani raz, ale smutku po odejściu osoby, którą się kochało, chyba nie da się uniknąć.
Staram się nie wyglądać na smutną przy maluchach, ale moje dzieci chyba wyczuwają te emocje. Andrzejek od jest po prostu nieznośny. Awanturuje się od rana do wieczora o każdą duperelę, a Julek jest jakiś taki osowiały i jeszcze bardziej przylepny niż zwykle. Najchętniej cały dzień spędziłby przy piersi, a te - proza życia - również wyczuwają stres. Widać to chociażby po ilości mleka, które codziennie odciągam dla Julka:/

Na domiar złego mam ostatnio problemy zdrowotne. Może nie jakieś bardzo duże, ale utrudniające życie mamie dwójki małych dzieci. Przede wszystkim z zasypianiem - nocami nie mogę zasnąć, a kiedy budzą się dzieciaki, ja ryję już nosem ze zmęczenia, zanim w ogóle zdążę zrobić coś konstruktywnego. Cała nadzieja w endokrynologu i większej dawce Euthyroxu:/ No i w tym, że może to jednak nie depresja.

Dobrze, że są dzieci. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie one. Choć same przechodzą swoje
(i moje) stresy i napięcia, są moją jedyną radością. Rozmowy z Jędrusiem, przytulasy z Juliankiem, obserwowanie jak się bawią, jakie postępy robią. Dziś na przykład Jędruś kazał sobie pociąć rurkę do picia i uparcie nawlekał te "koraliki" na znaleziony kawałek nitki. Julo codziennie ćwiczy z pchaczem. Teraz już zasuwa, aż się za nim kurzy, imitując przy tym odgłos warczącego silnika - coś pięknego:) W takich chwilach wiem, dlaczego synonimem słowa "dziecko" jest słowo "pociecha".

W ramach odskoczni od ponurej ostatnimi czasy codzienności - Jędruś:


Wczorajsza kolacja. Tatuś śpiewa Andrzejkowi

T: "Cóżeś tam pijał, czarny baranie, czarny baranie? Miodeczek i mleczko, mościwy panie"
A: Za słodko. Stanowczo za słodko.

***

A: Mamusiu ploszek do plania się lozsypał.
M: SIĘ rozsypał? Czy ktoś mu pomógł?
A: Nooo, ja.
M: Co się mówi, kiedy się rozsypało proszek?
A: Przeplaszam. A co się mówi za lozsypanie ploszku?
M:???
A (z bananem na buzi): Mówi się: "DZIĘKUJĘ"

***

Dziś u mamy męża. Andrzejek podsuwa sobie krzesełko do wiszącego na ścianie telefonu, przykłada do ucha słuchawkę i wystukuje numer na klawiaturze.

M: Do kogo dzwonisz, Andrzejek?
A: Aaa, do takiej jednej pani.
M: Do jakiej pani?
A: Do tej, któla mówi, że wyblany numel jest za klótki. 
 

sobota, 31 stycznia 2015

Babcia

Miały być zabawne powiedzonka Andrzejka, ale chyba odłożę to na kiedy indziej.

Tej nocy zmarła moja Babcia - jedyna już.
Długo chorowała, przez ostatnich parę lat kontakt z nią był już coraz bardziej ograniczony, ale ja chcę ją zapamiętać jako wesołą starszą panią, która energią biła na głowę niejedną nastolatkę, na pamięć robiła sobie idealny makijaż, do której co piątek po szkole biegałam na najlepsiejsze pod słońcem placki ziemniaczane i  która za Chiny nie chciała mi dać swojego przepisu na drożdżowe rogaliki
z różą, którymi zajadała się cała rodzina.

Świeć Panie nad jej duszą.
Proszę o modlitwę w intencji mojej Babci.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...