poniedziałek, 28 lipca 2014

Co cieszy matkę w weekend

Z dzisiaj...

 1. Niewiniątko, czyli spojrzenie z cyklu: "Mamo, pochwal mnie"
Fakt, pozbierał swoje puzzle, ale przy okazji wybebeszył moją szafkę, rozniósł po pokoju spakowaną już na wakacje torbę z ciuchami Julka, a na koniec przytargał wszystkie ścierki z kuchni, bo były mu potrzebne do umycia nocnika.


2. Mistrz ciętej riposty

A: To dziś idziemy do piaskownicy bez wywjotki?
M: Ano bez.
A: Bez to są takie kwiatki.

3. Zabawne widoki, czyli jak namówić dziecko do powrotu ze spaceru. Potrzebne będą:

  • Dobra pogoda
  • Udany spacer
  • Dziecko w fazie buntu dwulatka: sztuk 1
  • Tatuś: sztuk 1

4. Coraz bardziej obrotny Julian :)








sobota, 26 lipca 2014

Stacja: Ubikacja

Źródło: merlin.pl
Tytułem wstępu: Andrzejek pięknie sygnalizuje, że chce na nocnik. Słuchając jego sygnałów i pytając od czasu do czasu, kiedy jest zajęty, czy nie chciałby na nim usiąść, można by oblecieć cały dzień jedną pieluchą albo i puścić bąka bez niej.

I tu mamy problem z tatusiem - jak wytłumaczyć, że skoro dziecko woła o nocnik, to trzeba iść, żeby się waliło i paliło, a nie dopijać herbatę/doczytywać dwie linijki książki/dopisywać ostatnie zdanie do artykułu... Każda taka sytuacja = wpadka.
A każda wpadka = założenie pieluchy. Bo tatuś nie lubi mokrych wpadek i do nich nie dopuszcza - na swój własny sposób. I można do niego mówić:/
Ja tymczasem chcę przyzwyczaić Andrzejka do noszenia majteczek. Problem w tym, że Andrzejek wie, do czego służą i rozumie, że jak ma majteczki, to musi wołać, ale szybko zapomina - i wpadka gotowa. Wykorzystałam więc dziś nieobecność niechętnego majtkom taty i założyłam je Andrzejkowi, co jakiś czas przypominając o nocniku. I sukces - wytrzymał bez wpadki prawie 3 godziny - do powrotu głowy rodziny.
Potem musiałam nakarmić Juliana, mąż nie zareagował na czas i cały mój wysiłek na nic. Wrrr...

A teraz do rzeczy: Andrzejek jest ostatnio pod urokiem tuwimowskiej "Lokomotywy". Objawia sie to między innymi tak, że staje za mną, chwyta mnie za ręce, każe mi naśladować ruch tłoków przy kołach lokomotywy, a sam powtarza: tak to to tak to to - i tak sobie jeździmy po mieszkaniu.
Dzisiaj, kiedy tak się właśnie bawiliśmy, Andrzejek wykierował "pociąg" do łazienki, odłączył sie ode  mnie, i zawołał:



 Tuuu tuuu! Jesteśmy na stacji KIBEL!

Po czym wysiadł z pociągu i skorzystał z nocnika:)

Nie taka rehabilitacja straszna

Pogoda się poprawiła, więc Jędrus na ponad trzy godziny wybył dziś z tatą z domu, a ja postanowiłam, że zrobię jakiś mały reportaż z naszych z Julkiem ćwiczeń.
Trenujemy twardo - kilka razy dziennie i przeważnie Julo przyjmuje to pogodnie.



Jak to u nas wygląda?

Najpierw są przygotowania: Julek musi być nakarmiony, ale nie tuż po posiłku, czekamy jakieś 20-30 minut, żeby się uleżało. Tuż przed ćwiczeniami zmieniam mu też pieluchę i przebieram go - zwykle o warstwę lżej niż normalnie funkcjonuje - bo w końcu ćwiczenia to spory wysiłek. W zanadrzu przygotowuję sobie też jakąś zabawkę, zwykle grzechotkę, bo te cieszą się największym uznaniem:)

A potem ćwiczymy: 10 powtórzeń na trakcję (trzymanie) głowy i po pięć razy obroty w każdą stronę.
Ćwiczymy trzeci dzień i już widzę postępy - Julek, coraz mniej potrzebuje pomocy przy obrotach (czyli w praktyce - wyciągania rączek spod ciałka, bo obracać się już potrafi).

Chciałam Wam pokazać, jak to robię. Nie jest to oczywiście fachowy instruktaż i przestrzegam przed stosowaniem takich ćwiczeń na własną rękę bez konsultacji ze specjalistami. Chciałam jedynie pokazać, tym, którzy być może boją się rehabilitacji, że nie taki diabeł straszny;p

Co do samych filmików - wcale nie tak łatwo je nakręcić. A to źle ustawiłam aparat i ucięło pół Julka, a to zaplątałam się w komentarzu... Filmik z ćwiczeń główki udało się nakręcić za trzecim podejściem - w sumie Julo zrobił więc nie 10, a 15 powtórzeń - i, jak widać, nie był już zachwycony. Każdy miałby dość.




Za to filmik "obrotowy" udał nam się jako tako już za pierwszym razem, więc nie męczyłam Julasa kolejnymi dublami:



Inna sprawa, że niespecjalnie jestem zadowolona z tego, jak sama wypadłam. No cóż, muszę pogodzić się z tym, że talentu reporterskiego nie mam, a do tego kamera mnie nie kocha i Hollywood raczej już nie zawojuję. Ale na "blogaska" wystarczy:)

piątek, 25 lipca 2014

Wbrew szarzyźnie:)

I nici z wolnej chaty - pogoda udaremniła moim chłopakom męską wyprawę. No cóż, może jutro, tym bardziej, że Jędruś od paru dni nudzi, że chciałby odwiedzić prababcię Alę.

No cóż, kręcenie filmików z ćwiczeniami Julka trzeba przełożyć. 
Do tego dzień był jakiś taki szary, że nawet moje dzisiejsze plastusie jakieś takie mało kolorowe.





Wiem, że obiecałam zdjęcia z instruktażem, ale tym razem Andrzejek nie pozwolił mi na to.

Ale u nas - wbrew wszechogarniającej szarzyźnie - galeria uśmiechu






środa, 23 lipca 2014

Deja vu

Byliśmy dziś z Julasem w poradni rehabilitacyjnej. Mały przeszczęśliwy - tyle kobiet do czarowania... Wizyta w każdym razie udana - Julo ćwiczenia dostał i aż do kontroli we wrześniu trenować ma co najmniej 5 razy dziennie. Jakie to ćwiczenia - o tym może jutro, bo zapowiada się, że przez pół dnia będziemy mieć z Julkiem wolną chatę - a nuż uda się jakieś zdjęcia zrobić, a może nawet filmik nakręcić.

Ale dziś nie o tym. Dziś o moim wrażeniu na widok Julka ubranego przeze mnie w pierwsze body i spodnie, które mi się nawinęły po tym, jak ulał na poprzednie.
Wiem, że sporo blogowych mam dzieci tej samej płci prowadzi cykle fotopostów ze zdjęciami dzieciaków ubranych tak samo lub w to samo. Ja nie chciałam tego robić, wszak moje chłopaki to indywidualności są, szczególnie Andrzejek;p
Poza tym ja na co dzień nie przywiązuję specjalnej wagi do wyglądu moich chłopców. Ma im być wygodnie, a mnie ma tych ciuszków nie być żal. A jednak do tej "stylizacji" poczułam dziwny sentyment. Nie dawało mi to spokoju, więc poszperałam w Picasie i już wiem, dlaczego. Poznajecie?



Tak, dokładnie te ubranka miał na sobie niespełna półroczny Andrzejek, kiedy pierwszy raz udało mi się uchwycić jego nieśmiałe próby raczkowania:)
A dzisiaj również w tych ciuszkach Julek pierwszy raz w bólach, stękach, trudzie i na raty, ale wreszcie całkowicie samodzielnie przewrócił się z pleców na brzuch:)


Czy(m) kolejne dziecko może zaskoczyć?

3-tygodniowy Andrzejek i miesięczny Julo
Przyznaję się bez bicia - po odchowaniu Andrzejka nie bałam się już samej opieki nad Julkiem. Czułam się już, hmmm, doświadczona. Przecież tyle pieluch zmieniłam, zaostrzeń AZS wyleczyłam, ćwiczeń z dzieckiem wykonałam, ataków kolki przetrwałam, napadów szału zniosłam, razy gardło na pieśniach legionowych zdarłam, kaszek narobiłam i plam przeróżnych z ciuchów sprałam, że myślałam, że nic mnie już nie zaskoczy.
W zasadzie bałam się tylko dwóch rzeczy - tego, że Jędruś będzie zazdrosny i tego, że Julek będzie taki sam jak Andrzejek, bo wtedy na bank bym ich obu nie ogarnęła.

Pierwszym zaskoczeniem był już pobyt w szpitalu. Myślałam, że wszystkie dzieci płaczą. Błąd. Są takie, które tylko marudzą, a do płaczu trzeba im znacznie więcej niż pełnej pieluchy, mokrego ubrania i lecącej na oczy czapeczki. Podczas czterodniowego pobytu w szpitalu Julek tak porządnie rozpłakał się tylko raz - był głodny, matka tuż po cięciu nie mogła jeszcze wstawać, a położna przyszła dopiero po kwadransie od wezwania.

Kolejne zdziwienie: pielęgnacja.
No bo jak to możliwe, że arcydelikatne kosmetyki, które skutkują u atopika, nie dają rady u noworodka? Dla Julka musiałam kupić inny zestaw, bo z kosmetyczki brata "polubił" tylko Ziajkę natłuszczającą do kąpieli, krem Nivea na każdą pogodę i Linoderm - ale nie na pupę tylko na łuszczącą się skórkę. Wszystko inne  musiałam kupić nowe - a nawilżanych chusteczek Julo nie akceptuje ŻADNYCH. Nawet poza domem mam przy sobie waciki i wodę do mycia.
Pępek. Dlaczego pępek Andrzejka traktowany octeniseptem odpadł 13 dnia, a u Julka trwało to prawie miesiąc, choć w ostatnim tygodniu w akcie desperacji zaczęłam dodatkowo myć go spirytusem?
No i skąd u Julasa ta okropna ciemieniucha? Andrzejek też miał, ale tylko w brwiach, zeszła po jednym natłuszczeniu i "wyczesaniu" patyczkiem higienicznym, a Julek ma to paskudztwo na całej głowie, momentami aż się sypie. Wypróbowałam chyba wszystkie dostępne natłuszczacze, a nawet maść robioną ze sterydem. Wszystko pomaga, ale na chwilę. Kiedy tylko odstawię maści, dziadostwo nawraca. A jak tu natłuszczać i wkładać czapeczkę na taki skwar...
I jeszcze odparzenia.  Tak, wiedziałam, że mogą się pojawić na pupie, ale że na szyi? Albo pod pachami? Jędruś nigdy czegoś takiego nie miał. Dopiero fałdziasty Juluś pokazał mi w praktyce, że jest to możliwe.

No i przede wszystkim - jak rodzeni bracia mogą się tak różnić?
Obaj z tych samych rodziców - jeden niejadek, drugi pożarłby zawartość obu piersi i matkę na dokładkę - i tak z dziesięć razy dziennie. 
Jeden kuty na cztery nogi, drugi pokorny jak cielątko.
Jeden od urodzenia nie wytrzymał pięciu minut w bezruchu, drugi to typ "gdzie położysz, tam leży", czasem nawet nóżkami fikać mu się nie chce.
Starszy od zarania hałaśliwy do bólu bębenków, młodszy tak cichy, że momentami zastanawiam się, ile ja właściwie mam dzieci. Nawet jak coś tam sobie gada to tak, żeby przypadkiem nikomu miru domowego nie naruszyć.
Andrzejek ciągle czegoś ode mnie chce, Julek chce tylko bliskości - i to tylko kiedy nie śpi, a śpi naprawdę dużo.
Jeśli porównać ich rozwój ruchowy, to Jędruś odsadza młodszego brata o co najmniej miesiąc. Jędrula trenował jak stachanowiec, Julo woli się wdzięczyć.
"Ból istnienia" u Julka to dla mnie coś jak lepszy dzień Andrzejka w analogicznym momencie życia.
No i coraz bardziej zaznaczająca się różnica wielkości - urodzili się tego samego wzrostu z różnicą 160g na korzyść Andrzejka. A dzisiaj 3-miesięczny Julek ćwiczy przewrotki na boczek w ciuszkach, w których jego starszy brat zasuwał na czterech mając pół roku.

Z wiekiem pewnie będzie się tego zbierać coraz więcej.
A u Was - czym zaskoczyły Was Wasza dzieci? Czym pierwsze, a czym kolejne?







poniedziałek, 21 lipca 2014

Dlaczego nie będę hejtować lekarzy

To nie tak, że pacjentom nic się nie należy. Należy się, to rzecz jasna i nie powinno się puszczać płazem sytuacji ewidentnie karygodnych.
Mnie samą również coś takiego spotkało i to w najbardziej bolesnym momencie życia. Do dzis sama się sobie dziwię, że nie złożyłam skargi. Może ten "delikatny" pan doktor następnym razem dziesięć razy zastanowiłby się zanim coś powie.

Nie mogę jednak stwierdzić, że jeden cham i jedna nie najlepsza lekarka Jędrusia rzucają cień na całe środowisko. Tak jak jedna położna na pato w Żeromskim dwa lata temu nie była w stanie popsuć mojej opinii o personelu tego szpitala jako całokształcie.
W tym zawodzie - oprócz wcale nie tak licznej jak media podają grupy łapówkarzy i niekompetentnych konowałów - jest bowiem masa ludzi, którym naprawdę się chce. Chce się dokształcać, chce się zostać po godzinach i przyjąć pacjenta w potrzebie, chce się pochylić nad problemem z którym przyszedł.

I choć takie moje spostrzeżenia odnośnie lekarzy w Krośnie można by jeszcze wytłumaczyć tym, że przecież moja mama pracuje w tamtejszym szpitalu od ponad 30 lat i siatkę koleżeńskich kontaktów ma całkiem sporą, o tyle do Krakowa jej macki już nie sięgają.

Jak więc wyjaśnić to, że zupełnie obcy endokrynolog, mimo że kolejki miał trzymiesięczne, zgodził się po całym dniu w pracy przyjąć jeszcze ciężarną z kiepskimi wynikami?
Że pani alergolog, do której poszliśmy z Julkiem, nie tylko przyspieszyła nam termin prywatnej wizyty, ale NIE WZIĘŁA OD NAS PIENIĘDZY?
Że nasza pediatra, kiedy przyszłam do niej z rozpalonym Julkiem, choć była już po swojej zmianie, a gabinet musiała zwolnić kolejnej lekarce, zbadała mojego małego mimo że musiała przez nas zostać ponad pół godziny dłużej i szukać po całej przychodni wolnego pokoju w którym można było rozebrać dziecko?
Że pani doktor od rehabilitacji (ta sama, która trenowała Jędrusia), do której z powodu braku terminów w poradni poszliśmy dziś z Julkiem prywatnie, stwierdziwszy, że Julek jednak rehabilitowany być musi, nie tylko nie przyjęła ode mnie pieniędzy, ale jeszcze załatwiła nam wizytę w poradni NA POJUTRZE?
Że nie wspomnę o moim wspaniałym ginekologu, który każdą swoją pacjentkę traktuje jak królową oczekującą royal baby...

Tak, są tacy. I albo jest ich tak dużo, albo ja ostatnio jakoś często na nich trafiam:)


Andrzejek i Youtube - lista przebojów

Jak spacyfikować dziecko?
Prosto - posadzić przed telewizorem. A że my telewizora nie mamy, rolę tę pełni laptop i internetem i Youtube.

Przyznam, że z początku nie chciałam puszczać Andrzejkowi filmików, żeby go nie rozpuścić;p
Potem jednak postanowiłam pokazać mu teledyski Fasolek - te piosenki i tak już znał, bo od dawna mu je śpiewałam.

Staram się jednak, żeby tej internetowej telewizji nie było więcej niż 10-15 minut dziennie, a i to zwykle w porcjach jednofilmikowych. Teraz ma już swoje ulubione. Oto obecna lista przebojów

Miejsce 10:
Lulek TV "Pieski małe dwa"
Yeah, ręka w górę, kto nigdy nie fałszował "Sibą sibą la la la la la..."



Miejsce 9:
"Rada Puchaczy"
Koniecznie w tej wersji. Tu są najpiękniejsze sowy. Choć, dowiedziawszy się o tym od tatusia, Jędrula za każdym razem wytyka autorowi kompilacji, że powtykał również zdjęcia innych gatunków sów.



Miejsce 8:
Lube "Koń"
Rośnie kolejny fan ruskich rzewności. Ja też uwielbiam tę piosenkę, ale odkrył ją dla nas mój mąż.




Miejsce 7:
Fasolki "Szczotka, pasta..."
Pozycja obowiązkowa przy czyszczeniu zębów... pluszowemu Kłapouchemu;p



Miejsce 6:
Fasolki "Każdy ma jakiegoś bzika"
Czyli "Mamusiu, puść mi piosenkę o zwiezątkach"



Miejsce 5:
"Wirtuoz harmonijki" - Andrzej D. we własnej osobie
Odrobina zdrowego narcyzmu jeszcze nikomu nie zaszkodziła;p



Miejsce 4:
Andrzej D. sprząta
Nadal kocha odkurzać - i z jakiegoś powodu - oglądać jak sam kiedyś odkurzał;p



Miejsce 3:
Kompilacja pieśni patriotycznych
czyli "Pójdę do dziewcyyyny, pójdę do jedyyynej cośtam cośtam"



Miejsce 2:
Edmund Fetting "Deszcze niespokojne"
Chyba każdy chłopiec prędzej czy później choruje na "Czterech pancernych". Mój pierworodny właśnie wszedł w ten etap rozwoju;p



Miejsce 1:
Defilada 1000-lecia Państwa Polskiego
Odkrycie Jędrusia - znalazł miniaturkę w pasku bocznym przy okazji oglądania "Czterech pancernych", kazał sobie wyświetlić i przepadł. Od tej pory tylko "Mamaaa! Puść mi defilaaady!!!"
I zdziwko, że mama nie podziela synowskiego zachwytu...




A Wasze pociechy mogą nam coś polecić?

niedziela, 20 lipca 2014

Pasjomatka:)

Każda matka będąca z dziećmi w domu wie, jak absorbująca i hałaśliwa jest taka właśnie codzienność. Śmiechy, płacze, wrzaski i piski, a kiedy te wieczorem ucichną, szczęk mytych talerzy i syk płomienia pod garnkiem z zupą. W dzień gonitwa i gonitwa wieczorem.

Wiem już, czego mi było trzeba.
Nie zakupów, odświeżenia wizerunku czy pogaduszek.
Mnie trzeba było się wyciszyć.
Udało mi się i od razu mi lepiej.


Nie wiem jak Wy, ale ja najlepiej restartuję się w samotności i skupieniu robiąc coś, co nie wymaga ode mnie myślenia. Mam kilka takich pasji.
Kocham narty. Szum wiatru i skrzypienie śniegu pod nogami. Lekki zawrót głowy po zrobieniu kilku piruetów i radochę ze skoku ze skoczni ulepionej przez lokalne dzieciaki. I to piękne uczucie wolności, kiedy jadę rytmicznym slalomem po kolana w dziewiczym puchu.
Marzenia ściętej głowy - mamy lato...

Uwielbiam rzewne pieśni zza naszej wschodniej granicy, Okudżawę, Germankę, tradycyjne ballady i romanse. Słuchać i... śpiewać, przygrywając sobie na gitarze. Kij z tym, że granie to w moim przypadku parę chwytów na krzyż. Cisza nocna jest, a gitara została w Krośnie.

I na koniec coś mniej nierealnego...



Wczoraj w końcu kupiłam sobie nową plastelinę. Skusiła mnie cena (3,30zł) oraz obietnice na opakowaniu: że eko z woskiem pszczelim i że w czasie lepienia o 8% zwiększa objętość.
Cichaczem otworzyłam, ucisnęłam przez folijkę - mięciuteńka. Wzięłam dwa pudełka - jedno dla mnie, a drugie dla Jędruli, a nuż się skusi i z plastelinką przeprosi.

A ja tymczasem zrobiłam sobie dziś małą rozgrzewkę. Lwia część moich dotychczasowych dzieł na prośbę mojej mamy została w domu w Krośnie. Te, które zrobiłam u nas, padły łupem Jędrusia i zostały unicestwione, zostały mi po nich zdjęcia na blogu i satysfakcja. Dlatego dzisiejsze twory lądują za szybą - może w ten sposób uda im się przetrwać nieco dłużej. Liczę też, że uda mi się częściej wygospodarować jeszcze godzinkę na własne przyjemności:)

Tymczasem zostawiam Was z moimi robalami









PS.1. Ta plastelina świetnie nadaje się dla dzieci. Jest mięciutka, łatwo się skleja i miesza. Jak dla mnie - za łatwo. Ciężko było uniknąć smug innych kolorów na figurkach. Raczej nie nadaje się na wiekopomne dzieła. A pedantów pewnie zdenerwuje to, że brudzi ręce. Bo skoro ręce, to pewnie i ubrania, dywany... Z tego względu trzeba się z nią obchodzić ostrożnie.

PS. 2. Mój mąż zapytał mnie dziś, czemu tych swoich figurek nie sprzedaję. Nie pomyślałam o tym. Robię je - i będę robić nadal, bo lubię i odtruwam się przy tym.
Myślicie, że ktoś w ogóle chciałby coś takiego kupować?

piątek, 18 lipca 2014

Podsłuchane i podpatrzone

I PODSŁUCHANE

Dla Andrzejka miałam jeszcze duszone mięso z wczoraj. On mały, to postu trzymać jeszcze nie musi. Tatuś zjadł zupę i pojechał się dokształcać, a ja zaczęłam robić drugie danie dla siebie. Kiedy Jędruś poczuł smakowity zapach czosneczku i cebulki i usłyszał, że matczysko coś chrupiącego sobie podgryza, stanowczo odmówił zjedzenia swojego mięska i, szarpiąc mnie za rąbek spódnicy, zażądał swojej doli.
Zrobiło mi się żal dzieciaka. Mam nie dać mu spróbować swojego ulubionego dania, które kojarzy mi się z dzieciństwem i piątkowymi wizytami u babci?
Tym bardziej, że mogłam, bo robiłam je bez jaj... No dobra, synu, masz.
Andrzejkowi aż się oczy zaświeciły. Wcinał tak, że uszy mu się trzęsły, dwa razy brał dokładkę.
Przyszła babcia Andrzejka:
"O, robisz placki ziemniaczane? Dobra, tylko wywietrz tu potem. I nie dawaj ich Andrzejkowi, bo jest za mały na smażone"...
I właśnie w tym momencie do przedpokoju dziarsko wmaszerował Jędrula, ładując do paszczy ostatni, zdecydowanie za duży na jeden kęs kawał placka, a tłuste łapki wycierając w gołe brzucho - i rzucił się babci na szyję, plackiem wystającym jeszcze z pyszczydła plamiąc jej bluzkę.
Mina babci - bezcenna.

Tak więc po ostatnich przygodach z jedzeniem, placki ziemniaczane zjedzone dziś w ilości jak dla tatusia, na stałe wejdą do andrzejkowego jadłospisu. Wiadomo, nie za często, ale czasem dziecku przyjemność zrobić można. I za tę przyjemność i pięknie zjedzony obiad pozostanę wdzięczna "babie z mięsnego", bo dzięki niej wyszły mi dziś najlepsze placuchy, jakie kiedykolwiek zrobiłam. I to bez jajka:)
Jak to czasem warto dłużej postać w kolejce i poczekać, aż ekspedientki się naplotkują... a tak dowiedziałam się, że placki najbardziej chrupiące wychodzą z ziemniaków startych na grubej tarce.
POTWIERDZAM i już nie wrócę do dawnego przepisu z jajami i ziemniakami na papkę:D

A poniżej przepis, z którego chyba będę korzystać przez resztę życia:

  • 10  średnich ziemniaków
  • 1 duża cebula
  • czosnek, sól i pieprz do smaku (dałam 3 duże ząbki czosnku, bo lubię, kiedy jest wyczuwalny)
  • 1 płaska łyżka mąki ziemniaczanej (dodałam, bo miałam młode, mało kleiste ziemniaki, może przy lepszych nie trzeba)
  • mąka pszenna - tyle, żeby masa "trzymała się kupy" - mnie wyszło 2 duże kopiate łyżki.
  • olej rzepakowy do smażenia.


II PODPATRZONE

Smażyłam sobie placki, raz po raz zerkając przez okienko, co też robią moi chłopcy. Jędrula siedział na kanapie i udawał, że też smaży placki, a Julianek na podłodze usiłował ucapić kotka zwisającego z pałąka maty edukacyjnej. W pewnym momencie słyszę " No, Julecku, a tejaz poćwicys sobie podnosenie główki".
No to pięknie!
Zanim dobiegłam, Jędruś zdążył już przetoczyć Julasa na brzuch, ale wtedy...
Julek sam odwrócił się z powrotem na plecki.
I to nie tak jak do tej pory, tracąc równowagę przeważony przez nadmiernie odgiętą łepetynę. Normalnie, pięknie się obrócił. Sprawdziłam, czy to nie przypadek. A potem jeszcze kilka razy. Za każdym razem Julo wracał na plecy.

A jaką miał radochę, że postawił na swoim:D
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...