poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Jutro...

Wróciliśmy cało i zdrowo.
Jędruś urósł 3cm w ciągu miesiąca, wyhasał się za wszystkie czasy, objadł się jak bąk malinami, nadwerężył cierpliwość dziadka i babci, zaprzyjaźnił się z rok starszą sąsiadką zza płota, miał okazję samodzielnie popływać łódką i poszaleć w wodnej kuli, do której nawet ja nie odważyłam się wejść, wkręcił się na urodziny zupełnie obcego dziecka, grał na prawdziwych afrykańskich tam-tamach...
Jul rozgadał się na potęgę, pokochał pływanie w rzece, totalnie już obraził się na owoce, zaczął brać przykład z brata i wymuszać krzykiem, ma za sobą pierwsze przypadkiem udane próby nocnikowe...
Zdjęć przywieźliśmy bardzo mało, ale może będzie jakaś fotorelacja, kiedy się w końcu ogarnę i odrobię - najpierw ze stertami prania, a potem z Picasą.

Tymczasem jutro 1 września.
Mój pierwszy poważniejszy sprawdzian z wychowania.

Jutro Andrzejek idzie do przedszkola na cały dzień.
Czeka na niego spakowany plecaczek, a w nim podpisane kapcie, kubeczek ze szczoteczką i pastą, zmiana ubrań, ręczniczek, bidon wygrany przez dziadka na zawodach rowerowych, do którego tuż przed wyjściem mama wleje mu wodę.
Sam w Krośnie wybierał swój ekwipunek, sam się spakował.
Sam zdecydował, w co się ubierze. Nawet żadnej zabawki nie chce zabierać na pociechę.
Poduszeczki i piżamy nie chciał - jako jedno z dwójki dzieci w grupie stanowczo odmówił leżakowania. Dobrze, że w naszym przedszkolu to uszanowano i nie będzie do tego zmuszany.

Jędrek to twardziel, bez problemu wytrzyma bez nas te parę godzin. Próby już były.
Jeszcze miał żal, że tak szybko po niego przyszłam.
Gorzej ze mną - będę siedzieć jak na szpilkach.

Czy nie dał się we znaki opiekunkom?
Czy zjadł? Nie marzę o komplecie posiłków - cokolwiek?
Czy nie zrobił cyrku na zajęciach plastycznych?
Czy dał innym dzieciom leżakować w spokoju?
Czy znów nie zwarł się z tym małym terrorystą, co na adaptacjach?
Jak zareagował na płacz innych dzieci?

Na pewno będę przeżywać bardziej niż on.
Dobrze, że to mąż go odwozi. Też się denerwuje, ale udaje, że trzyma fason.

Będę miała problem, żeby od razu nie rzucić się na niego z gradem pytań z cyklu "No i jak było?"
Matka-wariatka?



poniedziałek, 24 sierpnia 2015

(Dlaczego) matki późno chodzą spać?

Od dawna obiecuję sobie - dziś idę spać o jedenastej.
Tymczasem Jędrek sie rozbisurmanił i rzadko zasypia przed 21.30 (jak on wstanie do przedszkola...), a kiedy już nawet on się ulula, to ja i tak spać nie idę...

Bo chcę poczytać książkę.

Bo lubię sobie zrobić wypasioną kolację i delektować się jedzeniem w spokoju.

Bo chcę poczytać blogi/posty na chustoforum, czasem też coś skrobnąć, a na wyjazdach mąż pracuje na moim laptopie i przed 23 nie schodzi z niego na dłużej niż parę minut.

Bo wreszcie sprawiłam sobie plastelinę.

Bo fajne filmy lecą późno.

Bo twarzy należy się peeling, stopom masaż, włosom mycie, a paznokciom świeży lakier.

Bo o małżeństwo też trzeba zadbać, a mąż do późna siedzi nad robotą...

...i w efekcie przeważnie nie kładę się przed pierwszą.


A Wy? O której chodzicie spać?


czwartek, 20 sierpnia 2015

Jul testuje: formowanka zapinana na bioderkach i otulacz polarowy Kokosi

Dzięki odpowiedniemu stażowi i wystarczającej aktywności na Chustoforum udało mi się załapać na testy formowanki bambusowej zapinanej na bioderkach z otulaczem polarowym marki Kokosi.

Marka ta kojarzyła mi się dotąd z pięknym, ale w naszym przypadku niezbyt trafionym SIO (snap-in-one czyli otulacza z dopinanym wkładem) - jego opis w TYM poście - ale że generalnie pieluszki te uchodzą za dobre, to postanowiłam wypróbować.

Zasady testowania były takie, że u każdej testującej zestaw mógł być używany przez 5 dni, po czym się go prało i wysyłało do kolejnej osoby z listy. Pierwsza osoba dostała nowy zestaw, ja testowałam jako bodajże piętnasta. Miało to ten plus, że wkłady i formowanki, szczególnie te z tkanin naturalnych, często potrzebują kilku prań, by nabrać pełnej chłonności. Mogłam też zobaczyć, jak zestaw ten będzie się prezentował po paru miesiącach intensywnego użytkowania.

A więc zaczynamy. 

I Przedmiot testów


1. Otulacz
Starannie uszyty z miętowego na zewnątrz i łososiowego od środka dość grubego polaru. Po kilku miesiącach testu był już widocznie skulkowany.
Jest to otulacz w uniwersalnym rozmiarze, wewnątrz nie ma zakładek podtrzymujących wkład, co sugeruje, że jest przeznaczony raczej do formowanek.


2. Formowanka
Uszyta równie ładnie jak otulacz, wykonana z froty bambusowej jako system snap-in-one. W środku ma nabite napki do wpięcia wkładu w formie długiego "jęzora", który można sobie dowolnie złożyć. Do tego w zestawie była jeszcze mała wkładka dwustronna - z jednej strony frota bambusowa, z drugiej coolmax dający uczucie "suchej pupy".


Zdjęcie poglądowe - również w celu pokazania, jak wygląda regulacja przy zapięciach na biodrach
I zbliżenie na wkład z coolmaxem, który kładłam na złożony jęzor



II Tester 



w chwili otrzymania zestawu: 15,5 miesiąca, 85cm wzrostu i ok. 9,5kg wagi - a więc chudzielec, ciężko dobrze dopasować mu wielorazówkę do szczuplutkich nóżek. 
Do tego pijak i sikacz;p

 

III Przebieg testów

1. Zestaw jako całość



2. Pranie i suszenie (Lovela+olejek lawendowy w 40st, suszenie na zewnątrz w upale)
3. Otulacz+mój wkład szary (najpierw zwykły prostokątny, potem klepsydra)




4. Pranie i suszenie
5. Otulacz+mój wkład konopny (zapomniałam zrobić zdjęcia)
6. Pranie i suszenie
7.Otulacz+formowanka+wkład szary (zob. 5)
8. Pranie i suszenie

IV WNIOSKI
Pierwsze wrażenie - formowanka, choć prana kilkanaście razy, pozostała miękka, co w przypadku bambusa wcale nie jest oczywiste.



Podoba mi się pomysł z dołożeniem wkładki z coolmaxa.
W ramach pierwszego testu założyłam synkowi cały zestaw na przedpołudniowy spacer, w czasie którego Julo wypił ponad pół litra wody, po czym zasnął i spał prawie 3h. W sumie pielucha była na pupie 3,5h i niestety przeciekła bokami, ale po takiej próbie ani trochę mnie to nie dziwi, bo nawet oryginalne pampersy by tego nie wytrzymały. Na noc nie odważyłabym się założyć takiej pieluchy - Julo sika bardzo dużo i musi być w nocy co najmniej raz przewijany a zapinanie formowanki a potem otulacza jest jednak kłopotliwe i budziłoby go.

Co do samego zapiecia na biodrach - nie znałam wcześniej tego systemu, ale nie widzę różnicy w zapinaniu między takim a standardowym - nie jest to dla mnie ani szybsze i wygodniejsze, ani też mniej wygodne.
 

Wielki plus za to, że pieluchę można dobrze dopasować dla takiego chudzielca jak mój - dobrze leżała rozpięta na długość do rozmiaru L i na obwodzie spięta najściślej jak to możliwe.



Całość robi dość dużą pupę, ale chyba nie krępuje ruchów synkowi, bo nie narzekał, jak to wcześniej przy formowankach bywało. Fajnie by było, gdyby otulacz miał jeszcze choć jedną zakładkę do trzymania w ryzach wkładu.
Otulacz z wkładem szarym pupusa wytrzymuje jakieś półtorej godziny, potem cieknie na potęgę. Za to jest bardzo wygodny dla synka i pozwala na takie na przykład wygibasy:



Z konopnym jęzorem puppi trzyma ciut dłużej, ale po 2h też już lało się bokami. 

Z testowaną formowanką wzmocnioną dodatkowo szarym wkładem może nawet wytrzymałby noc (wytrzymał 4h spaceru z jedzeniem i piciem i nic nie przeciekło), ale pupa była gigantyczna - tester zrzędził, że mu niewygodnie i próbował zdjąć.

Zarówno otulacz jak i formowanka są bardzo przewiewne - nawet totalnie przesikana, ważąca tonę pielucha nie odparzyła Julianka. Po spacerze takim jak ten pierwszy w pampersie miałby już ogień mimo kremu ochronnego.

Jeśli chodzi o pranie, otulacz był suchy po niecałej godzinie na polu. Jeśli nie miałam wsadu do pralki, prałam go ręcznie i za chwilę znów był gotowy do użycia. W tych samych warunkach formowanka i wkłady schły ok. 3-4 godziny. U mnie w mieszkaniu pewnie zeszłoby im całą noc.

Podsumowując: ciekawy zestaw. Za słaby dla Jula na spacery i noce, ale ciekawy, jeszcze parę miesięcy temu (kiedy Julasty sikał mniej) sprawdziłby się u nas idealnie. 
Teraz zostajemy przy otulaczach z PUL, ale ta formowanka mi się podoba, rozważam jej zakup, bo to jedyna, w której Julo wytrzymał bez krzyku dłużej niż kwadrans - no i chłonie lepiej niż same wkłady.

Dla chętnych - strona sklepu Kokosi:








niedziela, 16 sierpnia 2015

Spóźnione 16

Darujcie opóźnienie. Wykańcza mnie jelitówka. Dzień biegów co godzinę do łazienki, życia sucharkami, marchwianką i ryżem z borówkami sprawił że dosłownie uszło ze mnie powietrze. Teraz pod okiem domowego gastrologa pomalutku dochodzę do siebie i mogę kończyć zaczętego wcześniej kolejnego julkowego posta miesięcznicowego.

Od 2 dni Julek ma 16 miesięcy. Zleciało... 16 miesięcy, niecałe 10kg wagi (ważony w bodziaku i świeżym pampersie), 85cm wzrostu. Podnieśliśmy "o oczko" zagłówek w foteliku samochodowym. Kupione początkiem lipca z centymetrowym zapasem sandałki w rozmiarze 20 są na styk, trzewiki i tenisówki kupiłam mu już na 21. A jeszcze niedawno 18 była za duża...

Rozgadał się, w tej chwili dysponuje zasobem ok. 50-60 słów, choć jego słownik jest raczej mało wyrafinowany, o czym można się przekonać w poprzednim poście. Ogromnym postępem i ułatwieniem jest to, że z Juliankiem da się już prowadzić proste dialogi np.
M: dlaczego płaczesz?
J: bam.
M: co boli Julianka?
J: popa (=stopa)
M: pokażesz, gdzie stópka boli?
J: o tuuu!

Boi się psów, nawet arcyłagodnej Gai, choć może to i lepiej, że się do nich nie zbliża, bo alergia nie daje za wygraną. Wystarczyło, że mąż raz zapomniał podać Zyrtecu, a już Julo cały się drapał.

Jest zazdrosny. Dziś (przyp. red. czyli właściwie przedwczoraj - post zaczęty 14 sierpnia) wzięłam na chwilę na kolana synka koleżanki chłopczyka w podobnym wieku co Julek - Jul demonstracyjnie się rozpłakał, a potem rzucił się na "rywala" z zębami.

Jedzenie idzie coraz sprawniej, choć bywa i tak:

jeśli uda mi się wgrać, to wstawię tu filmik)

Starszy brat jest obiektem uwielbienia i bezkrytycznego naśladownictwa, co Julianka często wpędza
w kłopoty - bo a to o zje coś niewłaściwego, a to spróbuje skoczyć ze schodów albo zaplącze się w ubranie. Ale są i dobre strony - nauczył się jeść banana, kroić jedzenie widelcem i dał się zachęcić do pływania w rzece.

Jest świetnym materiałem na telemaniaka. Podoba mu się wszystko - od filmów przyrodniczych przez fabularne aż po najgłupsze reklamy i mordobicie. Siedzi jakby go ktoś zaczarował i trzeba się porządnie natrudzić, żeby wytowarzyszyć go sprzed telewizora bez płaczu.

Zęby ostatnio jakby mu odpuściły, choć własnie podejrzewam, że zaczyna się kolejny atak. Jul jest jakby bardziej marudny, wylewa hektolitry śliny, nie bardzo chce jeść kaszki, za to bardzo chętnie gryzie twarde skóry domowego chleba made by Dziadek, a jego pieluchy stały się hmmm, radioaktywne.  A efekty cierpień skromne - na dole nadal tylko siekacze i po czubeczku każdej czwórki, na górze siekacze, czwórki w całej okazałości i krwiaki w miejscach na kły - ale tak jest od dość dawna.



A w następnym miesiącu: prowokacja mlekiem, powrót do Krakowa i prawdopodobnie reorganizacja pokoju chłopców, w sprawie której trwa właśnie rodzinna burza mózgów. Kto wie, może tata da się namówić na piętrowe łóżko?




środa, 12 sierpnia 2015

Na wakacjach wszystko jest BARDZIEJ

Co u nas?


Jędrek zapoznaje nas z nowymi znaczeniami słowa "BUNT" ostatnio nawet kochająca babcia miała dość i zwiała na całodobowy dyżur do szpitala.
A jakich komplementów się nasłuchaliśmy (z cyklu "podziwiam waszą cierpliwość)... generalnie ostatnio wszystko jest na nie. Dotychczasowe "wady" Andrzejka nasilają się coraz bardziej. Jest jeszcze bardziej energiczny, jeszcze bardziej krnąbrny, jeszcze bardziej kłótliwy i jeszcze bardziej pyskaty. A, i jeszcze bardziej nienawidzi wszystkiego, co wymaga choć minuty siedzenia w jednym miejscu. Doszło do tego, że świruje po całym pokoju nawet kiedy czyta mu się bajkę, o która sam poprosił. Ciężki będzie jego żywot w szkole, choć nie sposób odmówić mu błyskotliwości - zapytany o to, co się mówiło przed chwilą lub poproszony o wskazanie czegoś w książeczce typu "Mamoko" zrobi to bez problemu, by sekundę później znów wspinać się na regał. Dojrzewam do sprawdzenia go pod kątem integracji sensorycznej, bo to, że potrzebuje fachowo prowadzonych zajęć ruchowych już od dawna jest dla mnie oczywiste i czekam tylko na dzień, w którym młody zostanie przyjęty do dziecięcej sekcji ju-jitsu.

A Julasty... gada.
Chyba muszę zacząć spisywać nowe słowa, bo błyskawicznie uciekają... na razie we względnie stałym użyciu: mama (lub mami), tata, tatuś, baba, dado (dziadzio), Gaja (imie psa), pani (o pani, która gotuje u mojej mamy), kote (kotek), tui (tulić się), myć (wszystko, co związane ze sprzątaniem albo kąpielą), tup tup (kiedy idzie), odź! (no chodźże;p), Olek (lub rzadziej Ola - imię mamy), Ade/Deje (Andrzej/Andrzejek), Kubek (imię wujka), kupa (sygnalizowana po fakcie), pejiii (proszę), dek (dziękuję), to, tu, tam, tota (szczotka lub ciocia), lala (śpiewanie albo lalka), koło (wszystko, co okrągłe, ale głównie kółko do pływania), kak(kask), kaki (kwiatki), kamyk, patyk, boty (chyba buty - dziś padło pierwszy raz na widok kapci do wody), tela (niekapek/butelka), jaja (jajko), miii (miś - ale tylko ten ulubiony, inne są "to"), piii (pić/napój w niekapku), da/dać (dawaj, ale już!), tak, nie, ojej, dzidzi, noga, gega (chyba zegarek), popa (stopa), peja (pielucha), oko (oko albo pępek), am, niam, kaka (kaszka), pupa (zupa), be (śmieć), ble (niedobre), bana (banan), masa bardziej lub mniej udanych wyrazów dźwiękonaśladowczych... i pewnie coś by się jeszcze znalazło.

Zlepków znanych mi słów jest mało i zdarzają się dość rzadko, ale są sensowne (da am, dać to,  to be, patyk bam). Za to zlepków przypadkowych sylab jet mnóstwo i brzmią jak obcy język. Czasem też próbuje Julo coś powtórzyć tak jak dziś, kiedy Jędruś popisywał się przed wujkiem wymową "r" i wujek kazał mu wypowiedzieć "rabarbar" - Jędruś powiedział i dodał, Julek, ty tez powiedz "rabarbar" - na co Julo: "jababa";p

W domu Julek wzgardziłby tymi biszkoptami
No i Jul we wszystkim próbuje naśladować brata. Na szczęście jeszcze się nam nie sprzeciwia, ale co ma Jędruś, musi mieć i Jul. Tak było z klockami, z piłką, a ostatnio z kółkiem do pływania. Myślałam, że Jul jest na to jeszcze za mały, ale tak uparcie próbował zabrać Andrzejkowi jego kółko, że odgrzebałam zeszłoroczne koło Andrzejka z "majtkami" - Jędrusiek go nie polubił, wolał zwykłe koło albo rękawki, ale Jul był przeszczęśliwy, że mogą pływać sobie po rzece razem. Teraz Julasty próbuje dobrać się do rowerka biegowego - ale jest jeszcze za niski - rowerek Jędruli jest z tych większych, a i tak dla Andrzejka podnieśliśmy już siodełko, więc te 10-12cm różnicy wzrostu, jaka dzieli chłopców jest tu nie do przeskoczenia, nie mówiąc o różnicy w sprawności. Na szczęście na Jula czeka w Krakowie rowerek na pedały z kijkiem do pchania dla rodzica - Jędruś już z niego wyrósł, dla Jula będzie akurat.



A tymczasem żegnamy się do piątkowego podsumowania 16 (!!!) miesiąca Julka:)

środa, 5 sierpnia 2015

Odpoczynek potrzebny od zaraz

Oprócz błękitnego nieba...
Zbieram siły na wyzwania czekające nas we wrześniu. Przedszkole Jędrusia, rearanżacja pokoju chłopców... taaak, siły się przydadzą, a gdzie nabiorę ich więcej niż w rodzinnych stronach...

Nie ma jak u mamy:) Wszystko podane pod nos (no, prawie, coś tam jednak staram się pomagać), po południu sporo chętnych do zajmowania się chłopcami, ładna pogoda... dla mnie wakacje idealne.

Korzystamy z tego, że jest przyjemnie, ale nie upalnie. Chłopcy ganiają po ogrodzie, podlewając kwiatki z babcią, grządki z dziadkiem albo taplając się w baseniku pod moim okiem.
Z obojgiem rodziców można iść/jechać na plac zabaw albo grzebać się w piaskownicy w ogrodzie, a z dziadkiem przejechać się na dorosłym rowerze na Rynek, gdzie jak co roku rozłożyła się mega-piaskownica z masą atrakcji.

Jędruś na dobre zaprzyjaźnił się już z rok starszą sąsiadką, cudnie się razem bawią.

Mąż na wakacje przywiózł sobie pracę. Na okrągło czyta bibliografię do habilitacji albo pisze zlecone artykuły- oczywiście na moim kompie, fundując mi przy okazji wakacje od internetu.

Chłopcy zaliczyli wizytę u alergologa. Jędruś miał mieć testy skórne, ale lekarka stwierdziła, że skoro brak jakichkolwiek objawów uczulenia, to po co kłuć i męczyć dziecko?
Jul miał mieć prowokację mlekiem, ale i ta się odwlecze - przecież przeprowadzana u dziecka na leku przeciwalergicznym podawanym z powodu uczulenia na sierść psa i tak nie byłaby wiarygodna. Mamy przeprowadzić ją już po powrocie do Krakowa, kiedy Jul nie będzie już miał kontaktu z psiurem.

A ja? Sama się sobie dziwię, ale nawet nie kupiłam sobie jeszcze plasteliny. Pewnie zrobię to w najbliższym czasie, a na razie remontuję... samą siebie. Obcięłam chyba z 15cm zniszczonych końców, co drugi dzień robię świeży manicure i pedicure, a nawet przeprosiłam się z peelingiem enzymatycznym i odżywką do włosów. Efekty już widać - jeszcze nie jest idealnie, ale włosy dają się rozczesywać, a ja pierwszy raz od dawna nie wstydzę się, wychodząc z domu bez makijażu. No i  -
w nadziei, że w końcu zrozumiem i poskromię temperament mojego pierworodnego - twardo czytam "Najszczęśliwsze dziecko w okolicy". Podobno dr Karp działa cuda, ciekawe, co na to Andrzejek...

Zapraszam na mały fotoprzegląd tygodnia;p

Za zimno na basen, to jedziemy z dziadziem na rower:) Jędruś osobiście nadzoruje montaż fotelika

Lans "na wnuczka";p

Mama, jak skończymy sprzątać, to możemy iść na basen? Zobacz, już się ubrałem...

Jędruś w swoim  żywiole, Julian jest nieufny

Nie jest źle, ale na pierwszy raz wystarczy

Zabawa w cienie, czyli mama i piłka plażowa dla chłopców;p

Po kąpieli trzeba odpocząć, więc Jędruś wymościł sobie "gniazdeczko"...

...a Julian postanowił uzupełnić stracone kalorie:)

Na koniec jeszcze ostatnie anegdotki

T(goniąc za Jędrusiem z majtkami): Andrzejku, załóż te gatki...
A: No coś ty, to nie są gadki, bo one nie gadają przecież.

***

Słyszę zza ściany radosny głos Juliana. Podejrzanie radosny.
Wpadam do pokoju i widzę, że Julian zdjął sobie pieluchę, patrzy w dół i piszczy radośnie: Ooo, paatyyyk!!!

środa, 29 lipca 2015

Wakacyjne nowości

No i jesteśmy w Krośnie.

Pierwsze, co się okazało po przyjeździe, to że nienoszone od ponad 2 tygodni trzewiki są już za małe na Juliana. Za jednym zamachem kupiliśmy więc trzewiki, tenisówki, kalosze i kapcie do wody. A ja przyjechałam w jednych półbutach na cały pobyt. No dobra, są tu moje stare górskie trepy i tenisówki jeszcze z liceum, w razie czego dam radę;p

Pierwszy raz chyba byłam zadowolona z wielkości naszego bagażu. Nie wzięliśmy wozka, nie zabraliśmy łóżeczka turystycznego... i okazało się, że bez problemu zmieściliśmy do bagażnika jeszcze dwa pudła za małych rzeczy po chłopakach plus rower biegowy. Czyli jednak da się:) No i Jędrula ma frajdę, bo zamiast w kojcu śpi na zaimprowizowanym przez babcię legowisku wymoszczonym na podłodze. będzie z niego harcerz;p

A propos wózka: kiedy przyjechaliśmy na miejsce okazało się, że równo z nami przyjechał prezent od dziadków - sportowy trójkołowiec z hamulcem ręcznym - Phil&Teds Vibe. Pooglądaliśmy, pomierzyliśmy - i stwierdziłam, że zostanie on teraz naszym podstawowym pojazdem, Tako Jumper przyjedzie do dziadków jako zapasowy, a z Fynem się pożegnamy. Dodatkowo do tego nowego wózka można jeszcze zamontować drugie siedzonko i wozić w nim dwójkę dzieci - więc byłby super, jeśli nasza rodzina by się powiększyła. Przy paru dniach dobrej pogody może zrobię jakiś test z recenzją - z braku podwójnego wsadu (Jędruś stanowczo odmawia bycia wożonym) - na razie jako powozu dla jednego dziecka.

I jeszcze jedna nowość - Jędrula będzie jeździł na prawdziwym rowerze. Na razie - z dziadkiem. Fotelik już czeka aż dziadek za parę dni będzie miał trochę więcej wolnego.
Przyznam, że boję się. Sama w życiu bym się nie odważyła, ale mój tato na rowerze jeździ prawie wyczynowo i, skoro chce wozić wnuka, a wnuk chce być wożony przez dziadka, to nie pozostaje mi nic innego jak im zaufać.
A pod koniec pobytu prawdopodobnie spróbujemy przesadzić Jędrulę na dwa kółka z pedałami, bo rowerek biegowy chyba przestaje mu wystarczać.

A co nas tu czeka w Krośnie?
Mam nadzieję, że chlapanie się w basenie i rzece, dużo rodzinnych wycieczek i spacerów, testy nowego otulacza do pieluch wielorazowych (wiedzieliście, że istnieją otulacze z polaru? Bo ja myślałam, ze o wielopieluchowaniu wiem już sporo, a do niedawna nie sądziłam, że polar może być warstwą nieprzemakalną), kompletowanie wyprawki dla przedszkolaka, rodzinna sesja zdjęciowa i - mam nadzieję - dużo, dużo wakacyjnego luzu:)


sobota, 25 lipca 2015

Misz-masz

Od paru dni totalnie wymiękam. Jeśli wcześniej udawało mi sie na siłę wymyślić jakieś plusy temperatur powyżej 30st. w cieniu, to teraz się poddaję.

Przez ostatni tydzień najchętniej mieszkałabym w łazience, gotowałam tylko w termomiksie, żeby broń Boże nie zapalać płomienia na kuchence, z dziećmi lub/i na zakupy odważałam się wyjść dopiero ok. 19-20 i prosiłam Niebiosa, żeby facet, który miał montować nam rolety, zlitował się i przyszedł jak najszybciej.

Na domiar złego zostałam odcięta od świata - w ciągu miesiąca zepsuł mi się już drugi telefon.
Jak zwykle poratowali mnie tato i brat - zdziwienie na ich twarzach, kiedy zamiast wypasionego smartfona wybrałam starego grata z wysuwaną klawiaturą - bezcenne. A ja jestem zachwycona, że wreszcie mam telefon, na którym bez problemu piszę smsy:)

Spec od rolet umówiony na poniedziałek dotarł w końcu dziś - fajnie, zdążę jeszcze nacieszyć się chłodniejszym mieszkaniem przed poniedziałkowym wyjazdem do Krosna.
Mąż w ogóle na sprawę się wypiął i nawet przy specu manifestował jak bardzo go to nie obchodzi, to ja chciałam rolety, więc ja mam wybierać, ON SIĘ NIE ZNA. Taaa, a ja się znam. Koniec końców coś tam wybrałam, fotki zrobię jutro w dziennym świetle, kiedy wróci z serwisu mój aparat - całkiem fajnie dopasowałam kolory, nawet mama męża na swój oględny sposób ("no, mogą być") wyraziła uznanie.

Andrzejek i Julo dostają totalnego świra. W związku z planowanym wyjazdem i jutrzejszą długą nieobecnością męża puściłam kolejno dwa prania i zaczęłam przekopywać szafę Julasa w poszukiwaniu za małych ubrań do odłożenia "dla trzeciego". Nie minęło dużo czasu, a pokój, przedpokój i łazienka tonęły w ubraniach mokrych, suchych, dobrych, za małych, wypranych i czekających na pranie, a chłopcy robili sobie zawody pt."kto lepiej się zakopie". I segreguj mamusiu od nowa.

W całym zamieszaniu, jakie ostatnio mieliśmy, umknęło mi, że Andrzejkowi już prawie udaje się stanąć na głowie, a z Julem coraz łatwiej się dogadać. Próbuje powtarzać coraz więcej słów - głównie po Jędrusiu i po nas, podsłuchując, jak czytamy książki Jędrusiowi. I tak do słownika weszły m.in. "amen" (Jul klęka obok nas i mówi "amen" pacając się w czoło), "mok" (smok), "tapa" (czapka) i "jeb" (chleb).

Prawdę mówiąc, zastanawiałam się ostatnio, czy nadal chce mi się prowadzić tego bloga. I dzisiaj, odkładając na stosik za małych kolejne ubranka w rozmiarze 86, stwierdziłam, że jednak potrzebuję tego kącika. Bez niego pewnie już dawno pomieszałyby mi się wspomnienia z niemowlęcego okresu moich dzieci, nie miałabym tylu fajnych zdjęć, nie spisywałabym jędrusiowych powiedzonek... będę starać się pisać tu nawet jeśli już nikt nie będzie mnie czytał, choćby po to, żeby kiedyś tę pisaninę odkopać i przypomnieć sobie, co wyprawiali moi chłopcy, kiedy byli mali.
Spieszmy się uwieczniać dzieciństwo naszych dzieci, tak szybko rosną...

sobota, 18 lipca 2015

"Mniej zdolne" z rodzeństwa?

Mamy rodzeństw, czy Wam też, kiedy obserwujecie Wasze pociechy, wydaje się, że jedno z Waszych dzieci jest wybitne, a reszta pozostaje jakby tłem dla gwiazdy?

U nas - niestety - trochę tak jest. Tym wybitnym, megainteligentnym, łapiącym wszystko w lot, a do tego bardzo sprawnym fizycznie dzieckiem jest Andrzejek. On umie zawalczyć o swoje, upomnieć się o uwagę, odegrać scenkę czy rozśmieszyć wszystkich do łez nawet wtedy, kiedy są na niego wściekli. Za to namówić go, żeby na chwilę usiadł i zajął się jakimiś pracami ręcznymi - bezcenne. Parzą go kredki, farby i ciasto solne, on musi mieć dwie rzeczy: ruch i widownię.

A Julian? Julian to taki mały słodziak, który siedzi sobie w kątku, sam wynajduje sobie zajęcia, gdyby nie pilnować zmiany pieluch, bez słowa protestu łaziłby w jednej cały dzień, głośno upomina się właściwie tylko o jedzenie, a za uwagę łaskawie okazaną w innym momencie odwdzięcza się najcudowniejszym uśmiechem. Julian nie mówi nawet połowy tego, co Jędruś w jego wieku, nie dorównuje mu sprawnością fizyczną i nie broi ani w jednej dziesiątej tak jak jego brat. Wyspecjalizował się za to w czynnościach samoobsługowych i zabawach manualnych niewymagających towarzystwa, wygląda to trochę tak, jakby nie chciał sprawiać innym kłopotu swoją obecnością. Jednocześnie jest dzieckiem niesamowicie złaknionym czułości, które nawet gotowanie obiadu potrafi wykorzystać na przytulenie się do maminej nogi, a kiedy się go głaszcze po głowie, zamyka oczy, uśmiecha się i odpływa. Brakuje jeszcze tylko, żeby zaczął mruczeć;)

Zauważyłam też, że nie tylko ja, ale właściwie wszyscy dookoła Julka uważają za wspaniałe, miłe, ciepłe, ale - przynajmniej w porównaniu z bratem - niezbyt bystre dziecko.
Tymczasem dziś dotarło do mnie, jak bardzo go nie doceniłam.
Pierwszy raz opadła mi szczęka, kiedy Jędruś bawił się figurką przedstawiającą Profesora Gąbkę. Mąż zagadnął go, że on, Jędruś, też ma taki parasol, tylko w innym kolorze, na co Jul pokazał palcem parasol Jędrusia leżący na szafie, krzycząc "tam! tam!", a potem podbiegł do okna i, uderzając dłońmi w zroszoną deszczem szybę zaczał wołać "kap kap".
Opad szczęki numer dwa odnotowałam, kiedy wróciłam z łazienki, gdzie pomagałam Jędrusiowi umyć ręce po toalecie, i zastałam Julastego siedzącego na podłodze i dojadającego resztę andrzejkowego drugiego dania. Ten mały gagatek podstawił sobie garnek, wlazł na niego, zdjął z blatu kuchennego miskę, wziął sobie z górnej szuflady czystą łyżeczkę, a z dolnej małą tackę, rozsiadł się z tym wszystkim na dywanie koło kanapy i całkiem sprawnie - jak na 15-miesięczne dziecko - wsuwał zimne już spaghetti bolognese.
I choć dookoła było nabrudzone jak w chlewiku, nie potrafiłam się na niego gniewać. Żałuję tylko, że nie miałam czym robić zdjęć, bo widok był bezcenny. Ciekawe, czym jeszcze zaskoczy mnie to wcale nie mniej inteligentne dziecko:)


wtorek, 14 lipca 2015

15 miesięcy po raz drugi

Julianek kończy 15 miesięcy.
Tym razem jednak zdjęć nie będzie, bo ich... nie mam. Nie zdążyłam zgrać z aparatu zanim się zepsuł, aparat trafił do serwisu, a potem pan serwisant wyjechał sobie na urlop - więc jeśli zdjęcia się nie skasowały, to uzupełnię później.

Na razie więc statystyka.

Waga: nadal 9,5kg
Wzrost: 84cm
Rozmiar ubrań: 86/92
Pieluchy: pampy 4/4+, wielorazowe L
Nr buta: 20
Zębów: 10 wyrżniętych w całości, po kawałku obu dolnych czwórek + zmasowany atak trójek.

Na początek odkrycie miesiąca: Julkowi zasmakowały surowe maliny. Uff, czyli ISTNIEJĄ owoce, które on naprawdę lubi, a nie tylko dziubnie, skrzywi się i porzuci.

Z dietą jest coraz lepiej - Jul rano wcina michę kaszki lub owsianki ze szklanki mleka (nadal Bebilon pepti), na drugie śniadanie zwykle jogurt lub domowy koktajl owocowy w podobnej ilości, czasem domowe ciasto z owocami (ale skubaniec wydłubuje owoce), potem dwudaniowy obiad, na podwieczorek staram się dawać surowe owoce (ostatnio banan lub maliny, inne akceptowalne tylko w formie kisielu lub koktajlu, czasem zje też sorbet), a na kolację 2 kromy chleba z masłem i twarożkiem/serem żółtym/pastą mięsną lub rybną/jajem na twardo czy co tam akurat wymyślę.
Jedyne, co mnie trochę martwi, to to, że tej jego żarłoczności wcale nie widać na wadze - ale zlecone przez lekarkę badania wyszły w normie, więc może taka uroda i już. Wszystkie metody podrasowywania kaloryczności posiłków już dawno wdrożyliśmy - może dzięki temu Julo nam nie chudnie.

Zdrowotnie - było szczepienie Priorixem zniesione bez zarzutu, ale tydzień po nim pojawiła się kilkudniowa biegunka. Do dziś nie wiem, czym była spowodowana i czy można ją powiązać ze szczepionką, w każdym razie skończyła się wraz z wybiciem dolnych czwórek (na razie tylko po czubeczku, ale zawsze to krok naprzód). Jutro kolejne szczepienie - zaległe Di-Per-Te - o ile lekarka go nie odroczy z powodu tej biegunki. A potem parę miesięcy spokoju i dawki przypominające.

Zrobił się Julianek jakby ciut bardziej ruchliwy. Po domu coraz częściej porusza się biegiem. Nawet na spacerach coraz częściej deklaruje chęć wyjścia z wózka i drepcze na własnych nogach. Przy jednostajnych dźwiękach i rytmicznej muzyce ślicznie tańczy, sprężynując na nóżkach lub kręcąc się w kółko i często akompaniuje sobie klaskaniem. Hit nad hity to mniej cenzuralna wersja "Wlazł kotek" w wykonaniu Andrzejka. Ukochane przez starszaka pieśni legionowe i dziecinne piosenki Fasolek mogą się schować.

Manualnie - bez zmian - super. Zaczęliśmy ostatnio zabawy drewnianymi "puzzlami", w których trzeba dopasować klocek do wnęki tak, by powstał obrazek. I Jul całkiem fajnie sobie radzi.
Dałam też młodemu klocki o różnych kształtach. Wcześniej po prostu budował wysokie wieże, a teraz zaczyna kombinować, który klocek na którym lepiej postawić, żeby wieża się trzymała:)

Gadanie cały czas wygląda podobnie. Język własny i zlepki dwóch-trzech zrozumiałych wyrazów w porze posiłków. Z nowych słówek wyłapałam "kem" (krem), "peja" (pielucha), "be" (śmieci wszelakie), "peji" (proszę - używa, kiedy coś podaje, albo kiedy chce coś dostać np. "da am, peji") i "Jaja" (jajka albo Julian, zależy od kontekstu). Reszty nadal nie rozumiem.

Udało się wreszcie przeprowadzić Julasa do pokoju Jędrusia. Poszło właściwie bezboleśnie, Jul musi mieć tylko do usypiania coś, co pachnie mamą. Rozwiązałam ten problem, dając mu swojego misia "pandę", na którym przez lata spałam. Cieszę się, że mój najukochańszy pluszak, niespecjalnie lubiany przez mego pierworodnego, w końcu doczekał się kolejnego chętnego do przytulania:)
I tylko łóżeczko dziecięce nam graci - zamiast zostać złożone, służy, a jakże - za domek do zabawy i kolejny składzik dziecięcego szmelcu (czyt.: zabawek). Ciekawe, czy będzie tak czekać na kolejnego lokatora;p
Tymczasem w planach przemeblowanie dziecięcego pokoju. Zastanawiamy się nad łóżkiem piętrowym i szafą ścienną - chłopcy zyskaliby w końcu miejsce na stoliczek z dwoma krzesełkami:)


A w następnym miesiącu wyjazd do dziadków i prawdopodobnie pierwsze podejście do prowokacji mlekiem. Kciuki proszę:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...